Za Ankarą. (część 6)


Zbliżamy się do Ankary. Nie tędy chcieliśmy jechać, ale przegapiliśmy nasz zjazd. Kierowca już się wytańczył, my się pośmialiśmy - teraz nastał moment jazdy w ciszy i obserwowania drogi.


Coraz większe natężenie ruchu i częściej pojawiające się zabudowania wskazują na to, że stolica tuż-tuż. A może już? Jak zwykle jestem skołowana: widzę znak 'Ankara 40km', a zaraz zjazd na prawo, na lewo i we wszystkie inne strony świata - że to już tutaj ta 'Ankara'. I faktycznie, monotonne, złociste wzgórza zapełniają się blokami, domkami, meczetami. Dziwnie to wygląda - cały czas wydaje mi się, że jest trochę pusto. Miasto porozdzielane, rozwleczone po pagórkach. A pagórki pokryte wypaloną słońcem trawą, która teraz mieni się żółto-burymi odcieniami. Zza wzniesień czasem wyłania się wieżyczka meczetu, czasem kilka domków - z niekoniecznie kompletną ilością dachówek.


Wjeżdżanie na obwodnicę z mniejszych dróg nie jest prostym zadaniem:

Mimo wszystko każdy ma własny kodeks drogowy. Przed Państwem... stół:
Machają nam!


Znów wyjeżdżamy na pustkowie,znów otacza nas odludzie. Gdzieniegdzie próbuje się przebić niski, zielony krzaczek. Poza wątłymi drzewami, innych roślin raczej tu nie ma. Krajobraz na pierwszy rzut oka ładny - bo inny. Po jakimś czasie staje się dołujący brakiem życia.

Mimo że korek już się rozładował, a my mkniemy dużą, dobrą drogą, wszystko tak jakoś się dłuży. Może to przez ten niezmieniający się krajobraz mam wrażenie, że w ogóle się nie przemieszczamy?


Ale znaki nie kłamią. Powoli zbliżamy się do rozjazdu na Samsun i Yozgat, a wciąż nie wiemy, gdzie będzie jechał nasz kierowca. Za każdym razem, gdy próbujemy się dogadać, podaje inną wersję. W końcu ustalamy, że jedzie tędy, co my.

Wszędzie flagi! Turcy uwielbiają flagi. Im większe i w im dziwniejszym miejscu,
tym lepiej.


Pora na pauzę. Myślałam, że wcześniejsze krajobrazy były pustynne, ale ten przechodzi sam siebie. Nie oczekiwałam, że zatrzymamy się przy toalecie, ale liczyłam chociaż na jakieś krzaki... Desperacko próbuję znaleźć się poniżej poziomu ruchliwej drogi i zjeżdżam po usypanych górkach gruzu i śmieci, łudząc się, że nie będzie mnie widać.

Kiedy wracam, chłopaki przygotowują kolację. I to jest prawidłowy podział obowiązków!


Myliłam się myśląc, że nie będę obierać ziemniaków. Kierowca wsypuje do garnka wielką paczkę kosmicznie długich ziaren ryżu, wyjmuje puszki irańskiego tuńczyka (?), a nam każe kroić ziemniaki i cebulę. Dogadanie się graniczy z cudem, ale po minie kierowcy rozumiemy, że u nich ziemniaków się nie obiera...


Dosiada się inny kierowca. Pijemy czaj i jemy wspólny posiłek - najlepszy ryż, jaki kiedykolwiek w życiu jadłam. Pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że bariera językowa tworzy jakąś dziwną atmosferę. Przychodzę więc ze swoimi tureckimi rozmówkami i coś próbuję mówić, ale mam wrażenie, że nikt mnie nie słucha. Nie wiem, czy to przez to, że jestem kobietą, czy może dlatego, że powiedziałam coś nie tak. Kilka razy udało mi się już powiedzieć mnóstwo głupot po turecku, ale teraz nie zauważyłam, żebym popełniła gafę. Lekko zniechęceni ruszamy w dalszą podróż.


Szybko robi się ciemno, szybko moja czujność zostaje uśpiona. Kuba na szczęście pilnuje drogi i jest strasznie oburzony, kiedy widzi, że kierowca chce nas wywieźć do Samsun - w inną stronę, niż planowaliśmy jechać. Kiedy na rozjeździe - wbrew temu co mówił wcześniej - skręca w lewo, Kuba postanawia, że wysiadamy TUTAJ. Tutaj czyli pośrodku pustkowia. Tyle że tym razem ciemnego pustkowia.

Na chwilę obecną nie widzę niczego, poza ostrymi światłami przejeżdżających samochodów. Jesteśmy na dużej, dwupasmowej drodze, która prowadzi na północ. Z latarką w dłoni cofamy się do rozjazdu, choć to i tak chyba nie ma sensu - nie chcemy niczego już dzisiaj łapać. Jedyną opcją jest spędzenie nocy w szczerym polu, z którego dobiega nieprzyjazny świst zimnego wiatru, gdzie widać nas jak na dłoni, a co najgorsza - które pokryte jest wysuszoną trawą i spękaną ziemią, co od razu kojarzy mi się z wężami, skorpionami i innymi stworami z koszmarów.

Prześlij komentarz

.