20 kilometrów w stronę domu. (część 11)

Z powrotem na lądzie! Wyczołguję się z promu ze wszystkimi tobołkami i na dobry początek moja karimata ląduje w błocie. Cały czas jest nam niedobrze, bo mimo że nie mamy choroby morskiej, strasznie nas zemdliło. Do tego teraz pada mocniej i zaczynam się lekko stresować - zaspaliśmy, pogubiliśmy się, a przecież już jutro zaczyna się weekend i mniejszy ruch na drogach.

Wydaje mi się, że idziemy w dobrą stronę. Po drodze tradycyjnie zagadują nas taksówkarze i z ciekawości pytam, ile kosztowałaby przejażdżka do naszego poprzedniego portu. Kiedy słyszymy, że taka przyjemność to 'tylko' 20 tureckich lirów (ok. 35zł) podejmujemy decyzję, że dotrzemy tam stopem albo wcale.

Ustawiamy się przy drodze. Jakby nie patrzeć, jesteśmy w centrum olbrzymiego miasta, dlatego wszyscy patrzą na nas ze zdziwieniem i politowaniem. Desperacko piszemy na karce w kratkę nazwę naszego portu, wciągamy kciuki i patrzymy, jak z każdą sekundą 'tabliczka' wchłania kolejne krople deszczu, a literki zlewają się ze sobą.

Ludzie się od razu zatrzymują! Szkoda że to taksówki, które jak na złość stanowią chyba z 80% przejeżdżających tu aut. Czuję się tym wszystkim coraz bardziej zmęczona. Często mnie pytacie, co robię wtedy, kiedy utknę w jakimś miejscu i nie mogę się wydostać. I teraz wam odpowiem: stoję przy tej cholernej drodze, bo nie mam wyboru, a na pocieszenie powtarzam sobie moje autostopowe przysłowie: kiedyś w końcu się coś złapie.

I oto jest! Odganiając taksówki spędzamy może ze 4 minuty śmiejąc się z siebie, jak bardzo jesteśmy żałośni, żeby przegapić przystanek i łapać stopa w takim miejscu. A jednak opłaciło się - zatrzymuje nam się miły Turek w średnim wieku, który jedzie akurat w stronę naszego portu. Staram się przyszpanować tureckim, choć niewiele z tego pewnie wychodzi. Ale najważniejsze, że umiemy ładnie podziękować.

Dojeżdżamy do pętli i rozpoczynamy szukanie naszego autobusu, który - w naszym mniemaniu - wywiezie nas z tego cholernego miasta. Jeśli emocje już opadły i wydaje wam się, że wszystko mamy teraz pod kontrolą to napiszę, że to dopiero początek.

Nadjeżdża 146T. Płacimy kierowcy 4 liry, które wrzuca do kieszeni. Nie ma to jak odkładać sobie drugą pensję. Upewniamy się, że jedziemy w dobrym kierunku i zaglądam do portfela. No, teraz to już nie możemy się gubić, bo nas po prostu na to nie stać...

Mamy wysiąść na dwudziestym przystanku, czyli wygląda na to, że stracimy kolejną godzinę. Odpoczywamy i przyglądamy się ludziom, którzy są nadzwyczaj rozmowni i otwarci - szkoda, że w Polsce tak rzadko da się to zauważyć. I znowu bawi mnie brak jakiejkolwiek powagi w stosunku do zasad - wszędzie pełno jaskrawych tabliczek 'no smoking', a kierowca właśnie zapalił papierosa. Widzieliście kiedyś w Polsce kierowcę autobusu z fajką?

Dzięki uprzejmości ludzi, tym razem udaje nam się wysiąść na dobrym przystanku. Jest już całkiem późno, ale to obecnie moje najmniejsze zmartwienie. Wyobrażałam sobie, że droga wyjazdowa ze Stambułu będzie po prostu drogą i jakimiś resztkami cywilizacji po bokach - tymczasem ja mam wrażenie, że znowu jestem w centrum! Na domiar złego obwodnica, do której w końcu się dostaliśmy, jest ogrodzona siatką, a żeby do niej się w ogóle dostać, trzeba przejść przez inną drogę, od której ogrodzeni jesteśmy barierką. Oczywiście wszystko dzieje się na dwóch poziomach i musimy dojść do miejsca, w którym obie drogi się łączą i jedna nie jest 10 metrów nad drugą.

Wracamy. W tym momencie z czystym sercem mogę powiedzieć, że czuję się jak uczestniczka dzikiej wyprawy albo "Fear Factory". Idziemy trawnikiem, bo ciężko w tym miejscu przeskoczyć przez barierkę - poza tym wpadlibyśmy prosto pod koła tira, bo droga wzdłuż której teraz idziemy jest ruchliwa. Po kilku metrach mój 'trawnik' przestaje być płaskim fragmentem ziemi i przeradza się w strome 'zbocze', które prowadzi prosto do ścieku. Przypominam że mam ciężki plecak, że jest zimno i pada - przez co 'trawnik' to po prostu kupa błota. Taplając się w nim, co chwilę się ześlizguję i zastanawiam się, ile uda mi się przejść, zanim zjadę prosto do ścieku i skręcę sobie kostkę. (nie, nie mam ubezpieczenia)

Michał jest daleko z przodu, a ja już prawie się czołgam. Pas biodrowy co chwilę się odpina i 20kg na moich plecach wydaje się ważyć tonę. W tym momencie żałuję każdej torebeczki z salepem i każdego grama chałwy, których nakupowałam tyle przez swoją chciwość i umiłowanie do pamiątek w postaci jedzenia. Kilka razy tracę równowagę i chwytam się upaćkanej barierki, przez co w tym momencie wyglądam tak pięknie, że błota brakuje mi jeszcze tylko na twarzy. W końcu się poddaję i postanawiam iść okrakiem nad ściekiem, a ostatecznie nad nim skaczę - odbijając się raz z lewej, raz z prawej strony od betonowych płyt.

Całe moje zmagania uważnie oglądają tureccy kierowcy, którzy trąbiąc, ochoczo mi kibicują. Na szczęście do przejścia zostało jeszcze tylko parę metrów.

Docieramy do miejsca, gdzie jako tako da się wskoczyć na obwodnicę. Ślizgając się na trawie, która oczywiście i tutaj rośnie pod kątem jakichś 45 stopni do poziomu, wykończona przetaczam się przez barierkę na drugą stronę - prosto pod koła samochodów. Rozlega się charakterystyczny dla Stambułu dźwięk klaksonu, a właściwie wielu klaksonów i niezdarnie wychodzę na środek ulicy. Wydawało mi się, że kierowca tira zahamował i chce mnie przepuścić, ale nie wzięłam pod uwagę, że w Turcji z jednego pasa można zrobić 3. Zza ciężarówki wyjeżdża rozpędzona osobówka, również z naprzeciwka coś jedzie. Stoję ogłupiona pośrodku drogi, blokując prawie cały ruch. Oni wszyscy chcą mnie rozjechać w imię Allaha! W końcu decyduję się przebiec i kiedy cudem mi się to udaje, znowu muszę się wspinać po mokrej trawie.

W końcu jest! Cholerna obwodnica, która podobno jest naszą drogą do sukcesu. Jednak wcale nie wygląda tak kolorowo, a powiem nawet, że policja po przeciwnej stronie trochę mnie zniechęca...

Prześlij komentarz

.