Szok kulturowo-kulinarno-cenowy, czyli pierwszy dzień w Stambule. (część 4)

bo jeśli sok w Stambule, to tylko świeżo wyciskany!

Alarm bombowy w pierwszej chwili wywołał paraliż - zarówno jeśli chodzi o miasto, jak i o mnie. Patrzę na ludzi, którzy jak gdyby nigdy nic stoją na przystanku, siedzą w samochodach, przebiegają przez ulicę. Czy dla nich to codzienność? Z przerażaniem przypominam sobie, że wyłączyłam telefon i moja mama na pewno uznała mnie już za zmarłą. Widząc kilka nieodebranych połączeń piszę wiadomości, że jeśli nic zaraz nie wybuchnie, będę cała i zdrowa.

Ciemność i mżawka zepsuły trochę zdjęcia i nawet jedną wideorelację, którą nakręciłam natychmiast, jak na prawdziwego podróżnika/odkrywcę/reportera przystało. Mimo wszystko nie polecam znaleźć się w centrum takiego zamieszania (nie no, atrakcja przednia, ale można się trochę wystraszyć kiedy nie rozumie się ani słowa z komunikatów policji).

Swoją drogą: jakie było prawdopodobieństwo, że w tak wielkim mieście, w tak wielkim państwie, ktoś będzie chciał wysadzić akurat mój przystanek - i to prawie w nocy?!


Nie ma tego złego...
A co do pytania, które zadałam przed chwilą - jaka jest szansa, że zamach miał być obok mieszkania, w którym mieliśmy nocować? Od jakiegoś Turka dzwonimy do Cana (kolegi Michała) i pytamy, jak mamy się dostać z tego przystanku na Taksim, czyli do centrum. Oczywiście mam wizję kilkugodzinnego marszu, bo komunikacja miejska przecież nie działa. Okazuje się, że Can może po nas przyjść za 10 minut, bo alarm bombowy zatrzymał nasz autobus prawie pod domem...
Kierujemy się w stronę wyjścia z przystanku i odnajdujemy Cana. Can, sympatyczny turecki student medycyny, nie jest osobą znalezioną przez CouchSurfing - Michał poznał go, gdy jechał stopem do Rzymu. Idziemy do mieszkania, które udało się załatwić na jedną noc. Później przeniesiemy się w inne miejsce.
Pierwsze co rzuca mi się w oczy, to ogromna liczba kotów. Przeważnie grube, puchate i kolorowe, cały czas plączą się pod nogami. Co ciekawe, często wskakują do mieszkań przez otwarte okna (nawet na 4. piętrze!). Turcy nie znają też onomatopei 'kici kici' - u nich jest 'ksz ksz ksz!'. Mimo całego uroku tych zwierząt, ludzie przeważnie traktują je jak szczury - kiedy któryś wszedł do sklepu czy jakiejś knajpy, od razu wyganiano go miotłą. Zdarza się jednak, że w kawiarniach rozsiadają się w wiklinowych fotelikach i pilnie przysłuchują się rozmowom gości.

Docieramy do mieszkania, w którym poznajemy Sinem - koleżankę Cana. Upragniony prysznic, czyste ubrania i chwilę później rozgrzewamy się polską wiśniówką, rozmawiając o rzeczach ważnych i mniej ważnych (czy w którymś momencie były nawet całki?!). Na stole pojawiają się też inne trunki - i tu rozpocznie się smutny wątek, jakim jest alkohol w Turcji. A raczej jego ceny.

0,2l ruskiej wódki BelaRus kosztuje tutaj ponad 20zł. W ogóle wódka ma takie ceny że ja nie wiem, co oni robią na imprezach. Jedynym piwem jest Efes, choć podobno w niektórych sklepach można znaleźć Tuborga i inne zagraniczne browary. Nam zdarzyło się widzieć sporo miejsc, gdzie alkoholu w ogóle nie było. Wracając do piwa Efes - kosztuje niemało, bo taki średniej klasy wychodzi za 7-8zł. Jedyne co można pochwalić w tej marce to spory wybór smaków i fikuśne kształty butelek. A co do samego picia alkoholu: nasi znajomi w Turcji nie byli religijni, ale wiecie, że muzułmanie piją pod stołem, żeby ich Allah nie widział?

---

9.02.2013, sobota.

Rano idziemy do przychodni, bo Sinem rozcięła sobie palca podczas wczorajszego picia (nasza pomoc w postaci nakjelenia plasterków z Kubusiem Puchatkiem chyba nie była dla niej wystarczająco profesjonalna). Za naklejenie nowego plasterka płaci 10 lirów, czyli około 18 polskich złotych. Na śniadanie jedliśmy rogaliki i tłuste, słone ciasto z białym serem - to chyba jedyna turecka potrawa, jakiej nazwy nie zapisałam. A muszę to zrobić, bo było pyszne!

Widok z okna (ta woda to Bosfor!):


Idziemy na przystanek autobusowy i przypominam sobie cytat, na który kiedyś natknęłam się w internecie: 'Pieszy na pasach w Stambule ma jedno prawo - spierdalać'. O jakie to jest prawdziwe! Mimo że wspomniane pasy były 15 metrów od nas, przechodziliśmy przez ruchliwą ulicę 'na dziko', ocierając się o jadące samochody. Zresztą nie tylko my - ludzie starsi, młodsi, dzieci, kulawi... Co do warunków na drogach/przejściach dla pieszych - niedługo będzie filmik, na którym świetnie udało mi się uchwycić to, co mam na myśli mówiąc o przechodzeniu przez ulicę w Turcji.

Wsiadamy do autobusu! Can załatwił nam kartę miejską ze zniżką studencką! Podszywając się pod jakąś studentkę 'kasuję swój bilet', czyli przykładam kartę do urządzenia koło miejsca kierowcy i czekam na sygnał dźwiękowy. Komuniakacja miejska w Turcji działa na prostej zasadzie: kartę doładowujesz w każdym sklepie/kiosku, pierwszą przejażdżkę masz za 2 liry, każda kolejna taniej - tak, że pod koniec dnia jeździsz prawie za darmo. A w Stambule nie da się nie korzystać z komunikacji miejskiej, jeśli nie ma się własnego auta. Powiem więcej - poruszanie się po tym mieście to kilka godzin dziennie spędzonych w podróży.

W autobusie robi się tłok, a kierowca co chwilę hamuje, przyspiesza i trąbi, bo taki jest styl tureckiej jazdy. Mkniemy w górę i w dół krętymi brukowanymi uliczkami, aż w końcu dojeżdżamy do centrum. Po wizycie w kantorze czuję się jak bogacz, dlatego zaraz udamy się do pierwszego miejsca, które według przewodników warto odwiedzić - a jest nim Wieża Galata.




koty. koty wszędzie!
mnóstwo sklepów z naczyniami, talerzami i filiżankami.

Kolejka do Galata Tower jest wprost proporcjonalna do ilości pozytywnych opinii w przewodnikach. Przeciskając się przez kolejki wszystko_fotografujących Chińczyków, Anglików, Hindusów i masy innych narodowości, docieramy do kasy. Can uczy nas szybko jak powiedzieć 'dwa studenckie', niestety panie sprzedające bilety są już chyba wyczulone na takie numery. O ile dobrze pamiętam wejście na wieżę (a właściwie to wjazd windą) kosztuje 12 lirów, czyli ponad 20zł. Nie lubię tego typu atrakcji, gdzie trzeba walczyć z innymi turystami o to, żeby cokolwiek zobaczyć (no dobra, po prostu nie przywykłam do takich wydatków). Ale mimo wszystko warto zobaczyć z góry ogrom tego miasta.


Nadal nie ogarnęłam, gdzie była europejska część miasta, z gdzie azjatycka. Tak czy siak wieża ma 63 metry, a widoki są mniej więcej takie:




A już w następnym odcinku dowiecie się, jak łapać łódkostopa z Europy do Azji przez Bosfor. (:

Prześlij komentarz

.