Jedziemy do Iranu. (część 13)

Nasza podróż 'do Bułgarii' kończy się dość szybko i boleśnie. Zatrzymujemy się za poboczu i od razu czuję, że coś jest nie tak. Kierowca każe nam wysiąść i pójść do ciężarówki przed nami, która podobno zawiezie nas do Bułgarii. A już się rozsiadłam tutaj!

Posłusznie pakujemy plecaki i idziemy w kierunku tira z irańską rejestracją. Same te szlaczki wyglądają dla mnie dziko, co dopiero kierowca pojazdu - starszy pan, który mówi w jakimś kosmicznym języku. Mimo wszystko wsiadamy do brudnej, nieprzyjemnej kabiny i dajemy się wywieźć w nieznane.

Póki co czekamy w aucie. Mija kilkanaście minut, zanim nasz nowy szofer do nas dołączy. No ale nie ma się co niecierpliwić, najważniejsze, że nie pada już na głowę.

Ruszamy. Jedziemy jakiś czas i zauważam, że coś tu nie pasuje. Plątanina stambulskich dróg może i jest nie do ogarnięcia, ale znaki mówią same za siebie. Gdzie my do cholery jedziemy?
Wyciągam tureckie rozmówki i zaczyna się mniej więcej taki dialog:
Ja: Gdzie jedziesz?
(cisza)
Ja: Czy jedziesz do Bułgarii?
Pan: Nie. Iran.

Nie wiem czy mam się śmiać, czy płakać. Dlaczego pytamy o takie rzeczy dopiero w trakcie podróży? Oczywiście przez moment cieszy mnie to, że jedziemy do Iranu - tam jeszcze przecież nie byłam. No ale po chwili przypominam sobie o studiach i schodzę na ziemię. Znowu nie jest mi do śmiechu.

Podejście numer dwa.
Ja: Jedziesz do Bułgarii?
Pan: Tak.

Próbuję wykluczyć pozostałe opcje.
Ja: Jedziesz do Iranu?
Pan: Tak.
Ja: Jedziesz do Bułgarii?
Pan: Tak.
Ja: Gdzie jedziesz?
Pan: Tak.

Zostaję zasypana masą zdań po turecku, na co z głupią miną  czytam z kartki: 'nie mówię po turecku'. Sytuacja się powtarza i chyba za piątym razem kierowca w końcu łapie, że ja naprawdę nie znam tego języka.

Jesteśmy tak zmęczeni gubieniem się, że decydujemy się nie wysiadać. Sprawa jest prosta: albo dojedziemy do Bułgarii, albo do Iranu. 50% szans.


Chcecie ze mną spać?
Widać nie tylko nas pokonała plątanina stambulskich ulic, wieżowców, centrów handlowych i autostrad. Wyobraźcie sobie zjazd z autostrady. My właśnie na takowym się zatrzymaliśmy - dokładnie na jego początku, blokując ruch dla wszystkich, którzy chcieli z niego skorzystać.

Wywołuje to ryk klaksonów i ogromne zamieszanie - a nasz kierowca po prostu wychodzi (przy otwieraniu drzwi prawie wpada pod innego tira), idzie do sklepu obok i pyta o coś kilku przechodniów - najwidoczniej o drogę. Kiedy wraca, postanawia cofać - na zjeździe z autostrady!

Kierowcy za nami wpadają w szał - i wcale im się nie dziwię. Kiedy wszystkie auta cofają, my wykręcamy z powrotem na naszą drogę.

Wjeżdżamy w jakąś niedużą, zwykłą uliczkę i znowu rozpoczyna się cyrk. Tu nie ma pasów, znaki są tylko ozdobą. Samochody ocierają się o siebie lusterkami - ale żaden pojazd nie jest obity! Za nic w świecie nie przyjechałabym tutaj swoim autem.

W tym całym gąszczu przepychamy się i my - wielkim, irańskim tirem. Wszystko strasznie się wlecze, bo ulice są zakorkowane.

W końcu gdzieś dojeżdżamy! Patrzę z ulgą na przedmieścia (to wcale nie były przedmieścia...), wjeżdżamy na jakiś teren prywatny. Znowu pada. Zjeżdżamy z górki błota i taplamy się w nim, próbując wyjechać. Naprawdę mam wrażenie, że to auto się zaraz przewróci.

Kierowca wychodzi, mówiąc kilka słów po turecku i machając łapami. A, czyli mamy poczekać...

Chyba usypiam. Nie wiem, ile czasu go nie było, ale kiedy wraca - jest godzina 16. Patrzy na nas dziwnym wzrokiem i mówi, że do Bułgarii jedzie jutro. A tutaj robi pauzę nocną - właśnie wstawia wodę na herbatę. Tak więc koniec naszej jazdy na dzisiaj! Żeby jednak nie było, że nie dba o swoich gości, dostajemy propozycję noclegu. Oczywiście z istotnym pytaniem - czy jesteśmy parą i czy... (tu pokazuje dwa ocierające się o siebie palce wskazujące). Nie umiem sobie nawet wyobrazić nocy w tym miejscu, więc rzucając kilkoma brzydkimi słowami - i wysiadam.

Rewelacja! Pierwszego dnia drogi powrotnej przejechaliśmy ze Stambułu do Stambułu.

Prześlij komentarz

.