Gruzińska Droga Wojenna - zmierzając do Kazbegi. (część 17)


26. lipca 2013, piątek
DZIEŃ PIĘTNASTY
Tbiliskie metro wywozi nas za centrum. Trzymam przed sobą mapę, trasę sprawdziliśmy w internecie, ale nijak nie możemy się odnaleźć w gruzińskim chaosie. Od razu dogania nas taksówkarz, który widząc ludzi z plecakami momentalnie zwietrzył interes i próbuje nas namówić na przejażdżkę. I chyba nie rozumie słowa 'nie' w żadnym języku, bo uparcie biegnie za nami przez pasy i krzyczy 'taxi, taxi!'. Postanawiamy więc go wykorzystać i poprosić o wskazanie drogi, ale wtedy okazuje się, że ten czterdziestoparoletni mężczyzna... nie zna alfabetu łacińskiego i nie umie odczytać nazw ulic z naszej mapy.


Z dumą czytam po gruzińsku, ale nic to nie daje. Kolejna zapytana o drogę osoba - młoda kobieta - kręci się wokół własnej osi, wymachuje rękami i usilnie próbuje zlokalizować północ, jakby jej ręce były igłą kompasu. Po kilku obrotach pokazuje nam chyba wszystkie możliwe kierunki i mówi, że nasza droga jest 'tam'. Nie wytrzymuję i zaczynam się śmiać, na szczęście uwagę dziewczyny odciąga jakaś babcia, która od razu pokazuje właściwy kierunek.


Z takim plecaczkiem to ja mogę jeździć!


Jak wygląda gruziński kiosk?
To, co urzekło mnie po drodze, to kioski. Nie zwracałam na nie wcześniej szczególnej uwagi, ale tym razem zauważam, że coś jest nie tak. Chcąc kupić chusteczki higieniczne doznaję lekkiego szoku. Cała wystawa prezentuje się następująco: dwie boczne szyby zajmuje wódka, a środkową - papierosy. Gdzieniegdzie dopatrzeć się można gum do żucia.


Tak tak, sam alkohol!

***

Idziemy przez most, a pod mostem... krowy!


Osobówką wyjeżdżamy za miasto i kierujemy się w stronę wiejskiego sklepiku. Cały taras pokryty jest różnej wielkości arbuzami, ale to nie na owoce mam w tym momencie ochotę. Moją uwagę przykuwają lody bananowe z ogromnymi kawałkami migdałów w bajecznie wyglądającej polewie i od razu zaczynam świrować jak dziecko. Obiad niezbyt pożywny, ale zjedzony z największą czcią - rozsiadamy się na plastikowych krzesełkach i odpakowujemy naszą zdobycz.

Z wielkim żalem muszę napisać, że lody bananowe w polewie czekoladowej z kawałkami migdałów to ściema - polewa i migdały były tylko na obrazku. Na próżno doszukuję się w składzie choćby jakiejkolwiek wzmianki, choćby promila jakiegoś innego składnika niż mleko w proszku i cukier. Pamiętajcie - nigdy nie ufajcie gruzińskim producentom słodyczy, lodów ani chipsów. Godna zaufania jest tylko tamtejsza wódka.

Rozżaleni idziemy łapać dalej - zatrzymuje się ukraiński dostawczak. Kierowca potwierdza, że jedzie do Kazbegi, po czym wykręca i wiezie nas z powrotem do Tbilisi.


Całe szczęście jesteśmy w stanie się trochę porozumieć, bo normalnie zaczęłabym panikować i z bezradności kupiłabym jeszcze 5 lodów z migdałami. Okazuje się, że owszem, pojedziemy pod granicę rosyjską, a nawet i do Rosji możemy się zabrać, ale najpierw musimy wrócić do stolicy i dostarczyć jakąś przesyłkę. Niby godzina w plecy, ale kierowca jest tak sympatyczny, że postanawiamy mu towarzyszyć.


Gruziński zwierzyniec.
Jeżdżąc po Gruzji nie da się nie zwrócić uwagi na święte krowy, które spokojnie spacerują ekspresówkami, górskimi drogami a czasem nawet uliczkami miast. Na początku widok ten bawi, ale z czasem człowiek uświadamia sobie, że takie 600-kilogramowe bydlę może powodować wiele wypadków, zwłaszcza w nocy. Otóż te krowy nie boją się niczego; łażą swobodnie gdzie chcą i nie mogą ogarnąć, że pośrodku drogi się nie leży.

Ale niech ktoś tylko spróbuje na krowę zatrąbić! Bezstresowe wychowanie w tym przypadku procentuje świetną jakością wyrobów mlecznych. I dlatego Zakaukazie słynie z pysznych serów...

Omijanie level hard:

Buzi!


Gruziński, rajdowy styl jazdy i żywe przeszkody nie są dobrym połączeniem



Sakartwelos Samchedro Gza
Gruzińska Droga Wojenna to szlak wiodący z Tbilisi aż do Władykaukazu w Osetii Północnej. Jest jedyną drogą tranzytową między Rosją a Gruzją, Armenią. My akurat zmierzamy nią do miejscowości Stepantsminda (dawniej: Kazbegi). Na tej drodze znajdziecie wszystko: zabytki, góry, domowe jedzenie i mnóstwo adrenaliny... Mimo dużego ruchu i znaczenia trasy, stan północnego odcinka pozostawia wiele do życzenia. Wysokie góry, nieprzyjazne warunki pogodowe i często brak nawierzchni sprawiają, że tiry miejscami poruszają się z prędkością 20km/h.


Ale o odcinku wiodącym przez góry będzie później. Teraz moim oczom ukazuje się niesamowity błękit wody. Jest to sztuczne Jezioro Żinwalskie, nad którym znajduje się szesnastowieczna twierdza Ananuri. Zafascynowani widokami przyklejamy do szyby nosy, aparat i kamery, chcąc uchwycić jak najwięcej widoków. Borys trochę się z nas śmieje, bo tę trasę zna już na pamięć, ale postanawia zostać naszym przewodnikiem i pokazać kilka miejsc na szlaku Drogi Wojennej.



Przystanek: obiad.
Następna atrakcja to odkrywanie nowych smaków. Wszystkim nam niemiłosiernie burczy w brzuchach, a Borys uśmiecha się tylko i mówi, że zaprasza nas na obiad, ale to dopiero za parę kilometrów. Mijamy kilka wiejskich knajpek i zastanawiam się, co takiego wyjątkowego dzisiaj zjemy, skoro musimy tyle na to czekać. W końcu zatrzymujemy się w malowniczo położonym gospodarstwie i dowiadujemy się, że będą to szaszłyki z baraniny. I znowu trzeba na nie długo czekać, więc w międzyczasie rozglądam się po okolicy, czy czasem nie trzymają tu gotowych do oporządzenia baranków. Na szczęście znajdujemy tylko dziwnie wychudzonego Gandalfa.


Obudził go dopiero zapach jedzenia - w końcu znalazłam bratnią duszę!


Często zastanawialiśmy się, co było najlepszą rzeczą, jaką jedliśmy na wyjeździe.
I nadal nie umiemy wybrać.


Przełęcz Krzyżowa.
Serpentyny i ostre zakręty przerażają jak nigdy dotąd. Nawet w obliczu takiej potęgi, jaką są góry, zawsze znajdzie się kilku Gruzinów-idiotów, którzy muszą się popisać brawurą na drodze. Zapadający zmierzch i nieprzyjemne chmury budują nastrój grozy, ale na szczęście Borys za kierownicą budzi zaufanie. Mówiąc krótko, przyszedł czas na drzemkę.

Nie śpię długo, bo zakręty, temperatura i widoki każą być w pogotowiu. To świetnie, że nie mam pod ręką żadnego ciepłego ubrania, skoro jesteśmy 2400 metrów nad poziomem morza, a na zewnątrz jest całe 9 stopni na plusie.

Ale co to za problem, skoro dookoła są takie piękne góry?


***

Północny odcinek Drogi Wojennej nazwałam Gruzińską Drogą Śmierci. A wszystko przez:
- brak nawierzchni
- egipskie ciemności
- wąskie drogi
- tunele, a tam dziury jak kratery
- nieustanne wrażenie, że zaraz osunie się pod nami kupa kamieni i runiemy w przepaść.

Do tego podobno kilka dni temu lało, więc ziemia jest grząska, a każda kałuża wygląda tak, jakby miała metr głębokości. Kierowcy ciężarówek jeżdżących z/do Rosji, powinni zarabiać miliony, bo tam - wysoko w górach - każdy ruch kierownicą musi być wykonany z chirurgiczną precyzją.

Momentami zakrywam oczy i stwierdzam, że nigdy przenigdy, za żadną cenę nie przyjechałabym tu autem. Jeśli mam dzisiaj umrzeć, to wolę tego nie widzieć.


Stepantsminda.
Docieramy do miejscowości Kazbegi, która nocą wygląda jak dwie ulice na krzyż. Borys musi za da dni dotrzeć na Ukrainę, ale podobno dalej - przy przejściu granicznym z Rosją (za jakieś 12km) - Wąwóz Darialski jeszcze bardziej przyprawia o dreszcze i chyba lepiej pokonać go za dnia. Dziękujemy za podwózkę i wychodzimy do przerażająco zimnej i ciemnej rzeczywistości. Słychać tylko szum górskich strumyków, a widać co najwyżej gwiazdy; po kilku sekundach zgodnie dochodzimy do wniosku, że chyba będziemy mieć problem ze znalezieniem miejsca na namiot. Borys, widząc naszą dezorientację, proponuje nocleg u siebie w dostawczaku.


Już wiem, czym jest ta 'przybudówka' na górze auta. To sypialnia - wielkości trumny...


...trumny, ale jakiej ciepłej!

Prześlij komentarz

.