Na tropach Arki Noego. Witajcie w Erywaniu. (część 20)

Ararat dumnie góruje nad moją ulubioną stolicą. Wszystko w niej nazywa się 'Ararat'. Jest Ararat Bank, Ararat Hotel, klub piłkarski Ararat, koniak Ararat, piwo Ararat i nie zdziwiłabym się, gdyby chusteczki higieniczne też miały 'Ararat' w nazwie. To normalne, że ten pięciotysięcznik jest wręcz obiektem kultu dla Ormian. W końcu to na nim wylądował Noe ze swoją Arką.

Ale przecież ta góra wcale w Armenii nie leży. Już nie...


***

Do Erywania wcale nie dojechaliśmy tego samego dnia, którego przekroczyliśmy granicę. Koniec podróży z kierowcą od wódki wypadł nam na jakieś 20-30 kilometrów przed celem, więc mogliśmy sobie co najwyżej popatrzeć na migające światełka stolicy i z niecierpliwością wyczekiwać świtu, by ruszyć dalej.

Ale po co pisać o takich dalekich planach, skoro teraz stoimy na pustkowiu? Wysiadamy przy podświetlanych, wielkich literkach alfabetu ormiańskiego, które są chyba jedynym źródłem światła w promieniu 5 kilometrów. Wytaczam się z kabiny, już całkiem trzeźwa, o cholera! jak tu wieje! Oprócz tego słychać wycie psów i cała ta sceneria mrozi mi krew w żyłach. Naprawdę nie chcę tu spać. Naprawdę, jedźmy choć dwa kilometry dalej.

Dwa kilometry dalej okolica wygląda tak samo. No, oprócz tego, że nie ma już wielkich, podświetlanych literek, poustawianych rządkami pośrodku pola. Świecąc telefonami znajdujemy kawałek równego podłoża, twardego jak skała, więc rozkładamy namiot byle jak. A w sumie to Kuba rozkłada, a ja stoję na warcie, kręcąc się wokół własnej osi z gazem pieprzowym i latarką, czekając na psy/wilki/dzikie bestie. Poważnie, nieustanne wycie, ujadanie i szum wiatru przyprawiają mnie o palpitacje serca.

Zasypiam szybko, bo chyba zmęczony mózg ma już dosyć mojej bujnej wyobraźni i apokaliptycznych wizji. Zapas energii na dzisiaj zdecydowanie został wyczerpany.


wtorek, 30. lipca 2013.
DZIEŃ DZIEWIĘTNASTY.

Brak powietrza i mordercze słońce szybko wyganiają mnie z namiotu. Śmieszne uczucie: temperatura jak w Mordorze, a jednocześnie zimny wiatr, który zwala z nóg i prawie łamie namiot. Szybko się zwijamy i w mig łapiemy stopa. Nasz kierowca służył w Wilnie i w kółko wypytuje Kubę o wojsko. Mimo że rozmawiamy po rosyjsku (znaczy ja mocno improwizuję, modernizując wymyślnie język polski), panowie nie są chyba w stanie uwierzyć w to, że Kuba w wojsku nie był. Trochę mnie to dziwi, skąd w ogóle ten temat. Ale jak się pojeździ po Armenii, to idzie się przyzwyczaić. Pierwsze pytanie po wejściu do auta to 'skąd jesteście?' i 'gdzie służyłeś?'.

***

Nie da się odwiedzić Armenii i nie słyszeć codziennie o Rzezi Ormian, przez którą Turcja jeszcze nie stała się członkiem Unii Europejskiej. Nie da się nie słyszeć opowieści o tym, jak wszyscy dookoła rozkradli kolebkę cywilizacji, zostawiając powierzchnię mniejszą niż województwo mazowieckie. Armenia żyje wojną i nienawiścią do wrogów, co mocno przekłada się na solidarność wśród ludzi, podtrzymywanie tradycji i jednocześnie niesamowity patriotyzm. Naprawdę, patriotyzm godny podziwu!

Według statystyk aż 80% Ormian żyje poza granicami kraju. W samej Armenii spotkać można mnóstwo osób, które potrafią mówić po polsku. Ormiańskie korzenie mają między innymi: Herbert, Tymoszenko, Słowacki, Sienkiewicz. Ormianami są członkowie grupy System of a Down. Wszyscy jesteśmy Ormianami.

***


Lądujemy w centrum miasta. Centrum ślicznego, zadbanego miasta. Nie miałam pojęcia, jak może wyglądać stolica Armenii, dzięki czemu byłam naprawdę mocno zaskoczona. Kupujemy śniadanie i szukając cienia kierujemy się do parku. W ramach aklimatyzacji i chęci wczucia się w tutejsze klimaty, pijemy otrzymaną wczoraj wódkę i delektujemy się ciastkami francuskimi z ormiańskim zielem.


Pytając o drogę, dostajemy mapę. Idąc deptakiem jesteśmy zagadywani przez każdego - polska flaga jest tu dobrze znana. W ogóle ten naród to strasznie inteligentni ludzie. Coraz bardziej mi imponują. Każdy ma w sobie coś z mędrca, poligloty, matematyka, filozofa i obieżyświata.

Po ulokowaniu się w naszym backpackerskim, tanim hostelu, ruszamy zwiedzać.


Plac Republiki.

To miejsce udowadnia mi, że Erywań jest wyjątkowy. Widziałam je zatłoczone wieczorami, opustoszałe w południe, oblane żarem za dnia i muskane zimnym wiatrem w nocy. Ale zawsze jest majestatyczne, dumne, jakby niewzruszone. Może tętnić życiem, ale jest spokojne. Spacer tutaj jest lekarstwem po gruzińskim harmiderze. Miód na serce.


Po 21. zbierają się tłumy. W większości miejscowi, bo turystów aż tak wielu tu nie ma. Wszyscy z zaciekawieniem przyglądają się polskiej fladze - kilka osób zna trochę nasz język, więc podchodzą, zagadują. Uśmiechają się. Gromadzą się tu całymi rodzinami, by popatrzeć na, pewnie dla nich oklepane, tańczące fontanny. A w Erywaniu wieje, więc przy każdym mocniejszym podmuchu ludzi oblewa chłodna woda - niektórzy uciekają, inni tańczą i się śmieją. I mimo tego, że wódka tutaj kosztuje mniej niż popita, nie widać pijaństwa na umór. Chyba nigdzie nie czułam się tak bezpiecznie i swobodnie.



Migawki #1
Kilka dni w Erywaniu zaowocowało sporą kolekcją 'zdjęć losowych'. Przed Wami pierwsza część.


Uliczne niespodzianki po raz pierwszy.


Uliczne niespodzianki po raz drugi.


Sklepowe niespodzianki po raz pierwszy. Czy polskie patyczki do szaszłyków i rękawice aloesowe są aż tak dobre, że wysyłają je do Armenii?


iii sklepowe niespodzianki po raz drugi. Fajki za 2-5zł.


Parki, place, jeszcze raz parki. Mogłabym spędzić miesiąc w Erywaniu i mam pewność,
że by mi się nie znudził. 

 ***

A gdzie słynne, erywańskie schody? Są tak niesamowite, że trzeba poświęcić im osobny wpis.

Prześlij komentarz

.