Kiedy Wy mokniecie w deszczu, ja też moknę w deszczu. (część 6)

Wiele razy spałam w dziwnych miejscach i raczej się tym nigdy nie przejmowałam, ale tym razem jestem dość przerażona dobiegającymi zza namiotu hałasami. Albo naoglądałam się za dużo filmów, albo naprawdę przez ten gęsty, ciemny las, cały czas coś przebiega. I wyje. Na domiar złego rozbiliśmy się dokładnie u końca wąskiej, biegnącej przez strome zbocze dróżki, która prowadzi donikąd. No ale skoro jest dróżką, ktoś musiał tędy chodzić...

Mimo wszystko budzę się cała i zdrowa, nie licząc mokrych skarpetek. Padało! Jak może padać w upalnej Słowenii, do tego w majówkę? Na szczęście fakt, że nadal żyję, nie zjadły nas niedźwiedzie i nie dorwali seryjni mordercy z lasu, wprawia mnie w dobry humor. Z uśmiechem na twarzy oglądam pochmurny poranek nad słoweńskim morzem.


(mówiłam już, że gdzie ja, tam i deszcz?)
Duża miejska łazienka (DARMOWA!) to nasz plan na dzisiejszy poranek. Suszenie namiotu suszarkami do rąk? Czemu nie!

(panie sprzątaczki nie były zachwycone naszą wizytą)
obowiązkowo słitfocie w lustrze!
...przynajmniej próbowali!

Paskudną pogodę postanawiamy wynagrodzić sobie burżujskim śniadaniem. Objadamy się w piekarni i uznajemy, że skoro Izola już niczym nas nie zaskoczy, jedziemy dalej. Szkoda tylko, że wszędzie pada, a nie ma czasu jechać do Chorwacji.
Jeszcze się nie ustawiliśmy, a już łapię stopa do Kopru. Dokładnie w południe docieramy do niewielkiej stacji, gdzie testuję swój włoski i załatwiam stopa do Włoch. No ale skoro tutaj jest średnia pogoda, to tam jest, powiedziałabym, jeszcze bardziej średnia...
(spokojnie, to tylko głupia mina)

Dwóch młodych Austriaków zgadza się zabrać nas do Graz. Po ustaleniu, że nie mamy ze sobą żadnych narkotyków, mkniemy autostradami w rytmach Empire of the Sun.

Jak na ironię w tym najmniej lubianym przeze mnie państwie, pogoda jest o niebo lepsza. Mimo zaleceń naszych kierowców wcale nie chcemy zwiedzać Graz - źle mi się kojarzy przez stopa, wysokie ceny i generalnie dochodzę do wniosku, że przyjemności przyjemnościami, podróże dobre na wszystko, ale całki same się nie policzą - trzeba wracać do domu. Marny los studentki automatyki i robotyki.

Obierając strategię 'od stacji do stacji', wysiadamy przy jakimś zajeździe. Naszym oczom ukazują się trzy osoby, które wcinają typowo autostopowe kanapki. Wiem jak wyglądają autostopowe kanapki, wiem jak wyglądają stopowicze i do tego wiem, jak wyglądają stopowicze z Polski. I faktycznie są stopowiczami z Polski. No tak, Autostop Race. Początkowo nie jestem zachwycona, bo stopowicze na stacji to kolejka do łapania, a kolejka do łapania W AUSTRII to wiele godzin siedzenia na stacji. I wszechobecnej nudy.

O jakże się myliłam! Szybko dochodzimy do porozumienia i zgodnie ustalamy, że skoro my mamy whisky, a oni mają 0.7, to nie można ich wieźć z powrotem do Polski...

Prześlij komentarz

.