I siup! na Czarny Ląd. (część 3)

6. lutego 2014, czwartek.
DZIEŃ TRZECI.
Czekanie na samolot uważam za tak nudne, jak sam lot. Internet na lotnisku w Charleoi jest płatny, przez co musimy znaleźć sobie inne zajęcie . Najlepiej takie, które pochłonie nas na cały dzień - bo wylot mamy dopiero po południu. W związku z tym na zmianę śpię i czytam ulotki.

 
A po prawej kolejny podróżnik - Polak Polaka rozpozna! Dzień na lotnisku spędzamy
razem - nudzić się w cztery osoby zawsze raźniej.


Wnęka za automatem z colą - najlepsza miejscówka w całym Charleroi!


Tak, ja też grałam. Ale tylko przez chwilkę. Wystarczyło kilka surowych spojrzeń
ludzi z restauracji i zakończyłam koncert. 


'Ej, patrzcie! Tamten koleś zostawił prawie cały talerz spaghetti, a jego syn - frytki!'

 

Pierwszy raz samolotem to zazwyczaj emocje, adrenalina, ale w moim przypadku raczej rozpaczliwe poszukiwania papierowej torby na bełtanie. Wbrew obawom wzbicie się w powietrze nie jest bardziej inwazyjne niż roller coaster i na szczęście nawet przez chwilę nie jest mi niedobrze. Pierwsze minuty podróży to podziwianie z góry arcyciekawych, gęstych chmur, a później to już tylko modlenie się, żeby upierdliwe marokańskie dzieci w jakiś sposób wyparowały i przestały nam przeszkadzać (dlaczego siedzą akurat za nami?).

 
Przejaśnia się!

Po trzech godzinach czas zejść na ziemię. Zawsze myślałam, że stewardessy muszą być całkiem bystrymi i światowymi dziewczynami, a tu ci heca! - przy wyjściu z samolotu obsługa pyta nas, co właściwie jest stolicą Maroka? Bo oni tu do Rabatu to już milion razy latali, ale w sumie nadal nie znają odpowiedzi na to ciężkie pytanie.

Ano Rabat, moi mili.


Don't talk to strangers.
Phi! I to ma być Afryka? Wszystko takie nowe, powietrze takie chłodne. Z uporem zdejmuję płaszcz i zmuszam się do paradowania w samej bluzie. Ale to chyba nie ma sensu, bo za ciepło to nie jest. Odbieramy bagaże i wyłączamy się na 3 minuty z realnego świata, by wejść do Krainy Bezpłatnego Wifi. Po poinformowaniu mamy, że jednak mój samolot nie był obiektem zainteresowań terrorystów, po przejrzeniu stu dwudziestu udostępnień piosenki Ed Sheeran – 'I see fire', w końcu przychodzi czas zmierzenia się z biurokratycznymi łamigłówkami. Do wypełnienia dostajemy małą karteczkę, na której trzeba wpisać kilka niezbędnych dla policji informacji. Następne 5 minut spędzamy na tłumaczeniu, dlaczego nie możemy podać miejsca pobytu w Maroku. Pełne niezrozumienia urzędniczki i tak wpisują nam adres losowego hotelu w Rabacie. Who cares?


Taxi?
O zgrozo! Pamiętam jak dziś ten moment, w którym przekroczyłam granicę turecko-gruzińską. Niczym gołębie na krakowskim rynku, zaatakowała nas chmara taksówkarzy. Oni byli w stanie dowieźć nas nawet do Turkmenistanu, byleby cokolwiek na nas zarobić. Wkurzyłam się wtedy niemiłosiernie, ale tym razem byłam przygotowana. Klapki na oczy, uszy i nie wdaję się w dyskusję. Kuba natomiast się zatrzymuje i od razu robię pełne irytacji 'oeeeezus'. Ale po chwili zapala się czerwona lampka: przetestujmy targowanie! Ponoć w Maroku targować się trzeba o wszystko, dlatego – i tak nie chcąc jechać taksówką – rozpoczynam licytację. Gdybyśmy postali tak jeszcze z 10 minut, zbilibyśmy cenę pięciokrotnie. To działa!
Super, a teraz poszukajmy transportu do centrum.

Pierwszy dzień, więc możemy czuć się jak bogacze – wielcy autostopowicze, autobusem jeżdżą. Wsiadamy do pojazdu komunikacji miejskiej i od razu robimy w tył zwrot - biegniemy do kantoru, bo potrzebujemy aż 20 dirhamów (8zł). Podczas dość długiej przejażdżki opowiadamy historie życia innym pasażerom, którzy ewidentnie są przerażeni pomysłem z autostopem. Dostajemy kilka wskazówek, jak nie dać się zabić. A pierwsza z nich brzmi: nie rozmawiaj z obcymi. Tylko z policjantami.


Z deszczu pod rynnę.
Nie jesteśmy wielkimi fanami CouchSurfingu, więc krążymy sobie w kółko po centrum. Jest już ciemno, ale miasto nadal tętni życiem. Rabat jest czysty, kolorowy, a jak ktoś był w Gruzji, to i ruch uliczny uzna za w miarę cywilizowany. Włóczymy się ulicami miasta szukając szyldu 'hotel'; jednocześnie zachwycam się wszechobecnymi stoiskami z owocami i świeżym sokiem. I nagle, ni stąd ni zowąd, pojawia się ściana deszczu. A że ja deszczu nienawidzę, marokański czar pryska i zaczynam się irytować. Ile można szukać szyldu 'hotel'?

Po jakichś 15 minutach Kuba przypomina sobie pierwszą zasadę Maroka: jak nie wiesz co masz robić, to idź do medyny. Medyna, czyli stare miasto ogrodzone murem, ma w sobie wszystko. Jak jesteście głodni, idźcie do medyny. Jak szukacie noclegu, idźcie do medyny. Jak chcecie kupić pamiątki, też idźcie do medyny. Jak chcecie się zgubić, idźcie do medyny. I nieważne, w jak wielkim mieście jesteście. Medyna ma to do siebie, że zawsze jest do niej blisko.
***

Wieczory w Maroku lecą na przyspieszonym tempie. Czas mija tak szybko, że często ciężko się połapać, dlaczego ulice w ciągu 10 minut potrafią zmienić swoje oblicze z atmosfery dobrego festynu na niebezpieczne slumsy. Kiedy mijamy wielkie mury w kolorze wypalonego słońcem piachu, wszyscy się już zwijają. Może to deszcz, może późna godzina. Od razu dostrzegamy połamany znak 'hotel →', odpadające czerwone literki sugerują, że to musi być nasz przedział cenowy.


Witajcie przyjaciele.
Magia, recepcjonista nie zna angielskiego ni ciut ciut. Biorę głęboki wdech, głaszczę słownik francuskiego i próbuję przypomnieć sobie, co ja do cholery robiłam, kiedy powinnam być na lekcjach tego języka. 6 lat! W gimnazjum umiałam całkiem sporo. A później było liceum i... ja nie chcę tego wspominać. Kto wie, z kim miałam te zajęcia, ten zrozumie. Tak czy siak, zazwyczaj wtedy chodziłam do parku na piwo z Magdą.

Młody pracownik hotelu wydaje się być bardzo szczęśliwy, że ktoś w końcu tę dziurę odwiedził. Co chwilę nazywając nas przyjaciółmi, proponuje pokój za 22zł od osoby. Śmieję się z niego w serduszku i szybko wychodzimy, tkwiąc w przekonaniu, że przecież to Maroko w lutym, tu gdzieś musi być taniej. I rozpoczynamy smutną przechadzkę po opustoszałej już medynie.

Do tego naprawdę idzie się przyzwyczaić. Do stosów śmieci, do smrodu, kotów z poklejonym futerkiem, do żebraków bez oczu, nóg i nie wiem czego jeszcze. Ale nie zmienia to faktu, że pierwszy dzień plus spacer plus ogólny szok po wymuskanej Belgii, równa się spore zdziwienie. Hoteli* jest dużo, ale nic w odpowiadającej nam cenie. Cóż, nie dla biedaków wizyty w stolicy!

Na skwerkach jeszcze słychać muzykę z pirackich płyt Britney Spears – tu wciąż się je sprzedaje. Boczne uliczki to margines higieny i estetyki, ale nie cała medyna jeszcze śpi. Uliczne smażalnie szaszłyków, wózki z mandarynkami, bananami i stragany z 'klamotami' dają trochę poczucia bezpieczeństwa – jeszcze nie jesteśmy tu sami. Ale powoli powinniśmy ulokować się w którymś z hoteli, zostawić rzeczy i pobiec na kolację, póki nie wszystko zamknięte.


No w końcu nie konserwa!

***

Kiedy przestaje kropić, decydujemy się na powrót do pierwszego hotelu. W sumie to ja podejmuję tę decyzję i przyznam z ręką na sercu, że nie była ona najlepsza. Ale już trudno, noc w pomieszczeniu przypominającym więzienną celę też można uznać za przygodę. Oczywiście moja natura skąpca nakazuje mi zbić cenę. Po próbie ułożenia trzeciego argumentu po francusku, pasuję.

*hotel proszę wyobrażać sobie jako brzydki, choć czysty lokal z pokojami na kłódkę.

Prześlij komentarz

.