Home office na Malcie - początki

Dziś opowiem Wam o tym, jak uciekłam przed zimą i przeniosłam swój home office na przepiękną Maltę. Pierwszy raz pojechałam pracując dla korpo, od 8 do 16, bez elastyczności dotyczącej pracy w dowolnych dniach i godzinach, tak jak mogłam to robić będąc freelancerem w Azji jeszcze przed czasami covida. Jak to wyglądało?


Nie wiem czy istnieją ludzie zasilani energią słoneczną, ale jeśli tak, to jestem jednym z nich. Jesień, zima i polska paleta barw wpływają na mnie tak, że mam ochotę owinąć się szczelnie kocykiem i leżeć tak bez ruchu aż do wiosny. Przeniesienie się na słoneczną wyspę na południu Europy było więc dla mnie jedynym ratunkiem.



Na home office z ciepłych krajów zbierałam się trochę jak sójka za morze. Odkąd covid-19 zamknął nas w domach i pokazał, że praca z domu to jednak też praca, w wielu korporacjach zniesiono limity na home office. A kiedy podróżowanie zaczęło wracać do normy, w głowie zakiełkowała mi myśl o przeniesieniu swojego ‘biura’ w nieco cieplejsze miejsce.


Wymyśliłam więc plan wyjazdu na Teneryfę, który jak szybko powstał, tak szybko upadł. A miałam już bilety! Niespodziewanie mój nastrój wyruszył w błyskawiczną podróż po równi pochyłej. Już nawet nie chodzi o to, że przepadły mi kolejne loty, bo upolowałam je za jakieś 90zł, ale o to, że żyłam tym wyjazdem przez ostatni miesiąc, dokładnie wyobrażając sobie siebie na plaży, na wulkanach, pod palmami. I co? I bziańco, zostałam ze styczniową pluchą w Łodzi.


Od końca stycznia aż do połowy lutego starałam pogodzić się z tym, że nigdzie nie wyjadę i próbowałam skupić się na pracy. Czy się udało? Już po kilku dniach od nowa szukałam kolejnych miejsc na wyjazd, obsesyjnie przeklikując wyszukiwarki tanich lotów. Potrzebowałam zmiany tak desperacko, że było mi już w zasadzie wszystko jedno czy moje kolejne decyzje zakończą się happy endem. Po prostu musiałam coś zmienić.


Styczeń 2021 był okresem kolejnej fali covida i kolejnych lockdownów, więc moja lista potencjalnych miejsc do wyjazdu kurczyła się w błyskawicznym tempie. Kupowanie biletów z dużym wyprzedzeniem mijało się z celem, zresztą za dużo lotów przepadło mi już przez pandemię, żeby opłacało mi się ładować kolejne pieniądze w błoto (swoją drogą, Ryanair, mam nadzieję że docenisz kiedyś to wsparcie finansowe z mojej strony :D). Kiedy przeczytałam że ze wszystkich krajów europejskich Malta ma niewielkie obostrzenia i nie trzeba przed przylotem robić testu, bo po przyjeździe robią go za darmo na lotnisku, nie zastanawiałam się długo. Na liście moich podróżniczych marzeń Malta nie plasowała się nawet w pierwszej połowie, zresztą już na niej byłam, ale walić to - po prostu musiałam wyjechać. Nie wiem jak wygląda załamanie nerwowe ale jestem całkiem pewna, że dzieliły mnie od niego dni, więc mimo braku planu, reserachu czy mieszkania, kupiłam bilety na za tydzień. Niech się dzieje!


Czy przytłaczała mnie myśl, że jadę sama, bez przygotowania, w miejsce którego nie znam? No błagam. :D Po moich wyjazdach do Azji i podróżach z ludźmi, których poznawałam dopiero na lotnisku, taki wyjazd na Maltę mógł się wydawać wypadem jak z Łodzi do Warszawy. A jednak, coś było inaczej. Nie jechałam turystycznie i na yolo, jechałam mieszkać i pracować.


Dwie sztuki bagażu (nie)podręcznego przed kompresją i bilet za jakąś stówkę


Siemanko! Na Malcie odżyłam 💛

Kiedy wyszłam z samolotu, pobiegłam w stronę punktu pobrań, żeby być pierwszą i nie czekać w kolejce. Był to mój pierwszy test na covid i dopiero gdy pobrano wymaz i usiadłam w poczekali uświadomiłam sobie, że nie mam planu B. Co jeśli wynik wyjdzie dodatni? Myślałam o tym przed przylotem przez chwilę, ale wtedy byłam tak zdesperowana żeby wyjechać, że zupełnie nie interesowało mnie co może pójść nie tak. Te 15 minut oczekiwania na test zbudowało takie napięcie, że kiedy otrzymałam negatywny wynik, poczułam się jakbym wygrała na loterii. Oto ona - wytęskniona podróżniczka, która tym razem wcale nie musiała rzucać korpo, żeby móc wyjechać gdzieś ze swoim one way ticket. Oczy mi się zaszkliły ze wzruszenia i tych wszystkich emocji, które gromadziły się we mnie przez ostatnie miesiące. Nucąc jakąś radosną piosenkę, wybiegłam z lotniska.


Jak wyglądała moja praca zdalna z Malty? Ile mnie to wszystko kosztowało? O moich pierwszych wrażeniach z życia na wyspie, tajemniczym współlokatorze z Dubaju i o tym, czego absolutnie nie robić na Malcie napiszę już niebawem -> obserwuj mnie na Insta i na Facebooku, żeby niczego nie przegapić!

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.