Zwykłe życie na Bali: spacer. Żółwiki.

Popołudnia na Bali mają to do siebie, że zazwyczaj zaczynam wtedy pracę. Są jednak dni, kiedy trochę odpuszczamy i możemy na przykład pospacerować. Wtedy dzieje się magia.


Chcąc wrócić trochę do świata żywych, wyjechaliśmy na kilka dni ze wsi do Kuty. Tęskniłam za rejwachem, bliskością plaży, sklepów, życiem na ulicach. Oczywiście Kuta to najgorszy wybór (no dobra, gorsze jest tylko Ubud), ale właśnie ogarniamy przedłużenie wizy i stąd nam po prostu wygodniej.

Już po jednym dniu dostałam migreny od wszechobecnych nawoływań: Yes, massage? Yes, transport? Airport? YES, shopping. YES, taxi. Hello sir? Excuse me?

Jezu, ludzie, ja tu po prostu mieszkam. Dajcie mi spokój. Poza tym jak można każde zdania zaczynać od yes? I dlaczego do każdego mówicie mister albo sir?

Serio, na Bali chyba złapałam poważną fobię społeczną.

Miłym i szczerym akcentem jest za to tutejsza religia i kultura - na Bali panuje hinduizm, a nie islam, jak w prawie całej Indonezji. Ostatnio zbiegło się kilka świąt, podczas których moi sąsiedzi na wsi chodzili poprzebierani za smoka. Tu też go spotkaliśmy, ale tylko w wersji dwuosobowej. Poza tym wszędzie są kadzidełka, ofiarniki i dźwięk cymbałków. Brzmi i wygląda magicznie.


Kiedy już przebrniemy przez wszystkie kramy i miniemy znudzone masażystki, którym po nocach śnią się bogaci bule co je stąd zabiorą do Europy, wchodzimy do galerii handlowej przy morzu - tędy po prostu prowadzi najkrótsza droga na plażę. Przy wejściu czeka nas security check i jeśli nie masz na sobie pasu szahida albo granatów w plecaku, sprawdzanie trwa chwilę (w Kucie w 2002 był potężny zamach, w 2005 zresztą też. Ogólnie w Indonezji niedawno były 3 zamachy w ciągu 4 dni).

Chciałabym napisać, że po wejściu na plażę znika cały rejwach i naganiacze, ale wtedy w sumie podchodzą indonezyjscy pracownicy spotów surfingowych i zaczyna się: yes, surfing? No dobra, nie przeszkadza mi to nawet. Tak na serio to kiedy widzę plażę i morze, cały świat przestaje dla mnie istnieć. Chociaż widzę to codziennie, zdejmuję klapki i jak dziecko pędzę do wody.

Przy plaży jest McDonald's i McFlurry dark choco oreo.
Wiecie ile taka przyjemność kosztuje w Indonezji? 2,5zł!!!


Pamiętacie, jak na Cyprze całkiem przez przypadek udało mi się 'wykluć' małe żółwie i odprowadzić je do morza? Te maleństwa mnie chyba kochają. Na plaży miejskiej, ni stąd ni zowąd, dziś - choć po drugiej stronie świata - znowu trafiłam na tuptające żółwie morskie. Były ich dziesiątki! Niektóre szybko dobiegły do wody, inne strasznie niemrawo przebierały malutkimi płetwami w tym błocie. Każdy krok był walką, a później i tak przychodziła fala i siup! - wyrzucała je z powrotem na brzeg.



Nie umiem robić zdjęć, nie chciałam za bardzo przeszkadzać maluchom, a do tego wolę takie rzeczy oglądać na żywo, niż na wyświetlaczu telefonu, ale musicie mi uwierzyć, że świat jest piękny, a widząc takie rzeczy można się rozpłakać ze szczęścia.

Brak komentarzy:

Obsługiwane przez usługę Blogger.