Jak się żyje na Koh Phangan?

Wyspa życiowych degeneratów i najgrubszego w Tajlandii melanżu. Spokojnych plaż i rodzin z małymi dziećmi. Dookoła morze, pośrodku - dżungla. Upalne słońce, dzikie burze. Wodospady, pagórki, punkty widokowe. Dziwne to miejsce. Chciałbyś tu pomieszkać?


Część 1: Mieszkańcy.

LUDZIE
Kto mieszka na tajskiej wyspie?

Pewnie, Tajowie. A co jeśli powiem Ci, że na Koh Phangan pracuje, mieszka i prowadzi interesy mnóstwo Europejczyków czy Australijczyków? Kiedy przygotowywałam się do wyjazdu, przeczytałam zdanie, że 'wyspę umiłowali sobie życiowi degeneraci'. Nie wiedziałam co to znaczy, dopóki nie dołączyłam do lokalnej społeczności na Facebooku.

Życiowi degeneraci na co dzień zajmują się ćwiczeniem jogi. Na śniadanie piją latte z mlekiem bez laktozy i jedzą owoce (tylko z ekologicznych upraw!). Są zaangażowaniu w wolontariaty, opiekują się zwierzętami, sprzątają plastikowe butelki z plaży. Medytują i plotą kolorowe bransoletki z kamyczkami. Wieczorami chodzą na bezglutenową pizzę i drinki z palemką. Pochodzą z Australii, Niemiec, Francji. Mają dziary, kolczyki w nosie i kolorowe włosy. Jeśli ich spytasz skąd biorą pieniądze, odpowiedzą, że z bankomatu.

I choć Koh Phangan wygląda jak europejska kolonia, co dla turysty-przybysza może jednak trochę nie pasować, tu wszystko tworzy zgrabną całość. Mimo że jesteśmy w Tajlandii, w tym miejscu 'lokals' oznacza 'biały'. Tajowie mówią po angielsku, a biali po tajsku.


ZWIERZĘTA
Każda pora dnia ma swoje zwierzę.

Pająki
Rano wyłażą pająki. Jako dziewczyna z arachnofobią nauczyłam się już, że zanim wejdę do łazienki, muszę obejrzeć każdą ścianę i upewnić się, że jest bezpiecznie. Nie ma dnia żebym z paniką nie stwierdziła, że mamy kolejnego nieproszonego gościa. Ze śmiertelną powagą  mówię wtedy 'PATRYK, ZABIJ GO', a kiedy Patryk zaczyna się ze mnie śmiać, dodaję: 'ZRÓB TO DLA MNIE'. Nie wiem w ogóle jak to możliwe, że te pająki się nie kończą. Mam swoją teorię, że te małe gałgany zalęgły nam się pod domkiem, a za każdego jednego zabitego pająka, w jego miejsce rodzą się dwa kolejne.

Jaszczurek już nie liczę, ale one są spoko. Ich obecność pod prysznicem czy nad łóżkiem to norma.

Mrówki natomiast zeżrą wszystko, co zostawisz bez odpowiedniego zamknięcia. Kiedyś jak obierałam mango, kropla soku spadła na podłogę i jej nie wytarłam. Następnego dnia w tym miejscu było aż czarno od mrówek.


Wąż
Któregoś dnia podeszłam do wieszaka z ubraniami i mój wzrok powędrował na ścianę, pod sam sufit. Wystawał stamtąd kabel - dokładnie w takim samym kolorze jak ściana. Nie jestem zbyt bystra ale zaciekawiło mnie to, bo albo nie zwróciłam na to wcześniej uwagi, albo pojawiło się to teraz. Coś jednak było nie tak. Dlaczego ten kabel ma oczy?

Patryk znowu się ze mnie zaśmiał, ale nie był do końca przekonany. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, że to całkiem słabo gdyby ot tak nawiedzały nas węże.

Nasze wątpliwości co to jest, zniknęły dość szybko. Kiedy się odwróciłam żeby spojrzeć jeszcze raz, 'kabla' już nie było.


Kot
Wśród gości, którzy przychodzą kiedy chcą, mamy też czarnego kocura. Chyba nauczył się śpiewać od miejscowej zwierzyny, bo w życiu nie słyszałam tak jęczącego i proszącego o uwagę futrzaka. Nachodzi nas na tarasie i wskakuje do domku przez okno.

Dźwięki
W dzień gwiżdże jakieś zwierze. Nie mam pojęcia co to jest, ale to jednostajny dźwięk i brzmi tak, jakby ktoś zapomniał wyłączyć czajnika i zostawił go tak na 5 godzin.

Wieczorami budzi się dżungla. Pisząc to mam 23 na zegarku; siedzę w hamaku i z zachwytem wsłuchuję się w koncert wszystkich owadów i ptaków, jakie mogę sobie wyobrazić. Główny podkład robią świerszcze, które w momencie zachodu słońca zaczynają tak hałasować, że ciężko rozmawiać z kimś kto siedzi obok. Teraz co chwilę słyszę inne zwierzęta: coś zaczyna ćwierkać, coś gwiżdże, coś przez chwilę rechocze a później milknie. Każde zwierzę wyje inaczej i kiedy się w to wszystko wsłuchać, naprawdę dziwi, ile tu musi być gatunków. Niektóre tak pokochałam, że nagrałam je na dyktafon.

Egzotyka
Jeśli odbijemy w głąb wyspy, spotkać możemy małpy lub słonie, które są wizytówką Tajlandii. W końcu Chang - nazwa jednej z wysp, piwa czy wielu innych dobrodziejstw, oznacza po tajsku właśnie słoń. Uważany jest za zwierzę święte, oznakę szczęścia. W całym kraju modne i popularne są przejażdżki na słoniach, masowo organizowane dla turystów. Dopiero niedawno popularny stał się bojkot tej rozrywki i uświadamianie, jakie tortury przechodzą słonie, żeby być posłuszne. Wbijanie metalowych haków w głowy tych zwierząt i wielomiesięczne trzymanie ich w boksach, w których nawet nie mogą się obrócić, to tylko kilka obrazków z 'tresury'. Jak się pewnie domyślacie, biznes nadal się kręci, a zadowoleni turyści ochoczo strzelają selfiaki z grzbietów słoni, dźwigających ciężkie ławki. W końcu wakacje w Tajlandii mają być egzotyczne, nie? Ale jakoś nasz słoń, którego spotkaliśmy przedwczoraj, nie wyglądał na szczęśliwego.

Póki co był to jedyny mieszkaniec wyspy, który nie wydawał się zadowolony z pobytu tutaj. Reszta mówi mi, że ocenia Phangan 10/10.


2 komentarze:

  1. Azja ciągle przede mną na bliższą przyszłość. Nie wiem, czy bym mogła tam zamieszkać, ale na pewno dla jedzenia. Jeśli chodzi o egzotykę, to jednak miałabym tu wątpliwości :D. Nie chciałabym znajdować węży w szafie hahaha :D.
    Pierwsze zdjęcie - tam mogłabym zamieszkać, niewątpliwie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Odwiedzilabym chętnie, może nawet została na parę tygodni, ale ciagneloby mnie szybko do miasta. Podoba mi się Twój opis ludzi i jedzenia, to jak najbardziej tak. :)

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.