Morze Martwe - nocleg. Izrael za 56zł.


Jechaliśmy 140km/h rozwalonym mercedesem, który miał więcej lat niż ja. Gnaliśmy na północ najniżej położoną autostradą na Ziemi, krajową 90, która biegnie wzdłuż granicy z Jordanią. Przyglądałam się jak w gładkim lustrze wody migoczą światła gwiazd. Co prawda z każdym kolejnym zakrętem moje serce przyspieszało, zwłaszcza że siedziałam przygnieciona plecakiem, a sam kierowca spokojnie mógł zostać naszym dziadkiem. 'Od 40 lat pracuję jako zawodowy kierowca' - wyjaśnił, a my uspokoiliśmy się trochę.

Wysiedliśmy na terenie Autonomii Palestyńskiej, niedaleko gorących źródeł nad Morzem Martwym. Zostaliśmy sami na parkingu, my i widoki. Staliśmy nad brzegiem najbardziej zasolonego morza świata, za którym rozciągały się potężne wzgórza - Jordania.

Izrael za 56zł    |    Część 1   |    Część 2

Morze Martwe

To się nazywa depresja! Tafla najniżej położonego morza na świecie znajduje się 422 m poniżej poziomu morza ('morze poniżej morza' - no inaczej się tego napisać nie dało). Morze Martwe położone jest w tektonicznym Rowie Jordanu i stale... wysycha. Rocznie obniża się o ponad metr! W ciągu ostatnich 40 lat jego powierzchnia zmniejszyła się o 30%. Izrael i Jordania podpisały niedawno umowę w sprawie budowy prawie 200-kilometrowego rurociągu z Morza Czerwonego, które miałoby swoją wodą 'zasilać' Morze Martwe i zapobiec jego wyschnięciu.

Technicznie rzecz biorąc, Morze Martwe nie jest morzem, a jeziorem. Mimo że jego zasolenie wynosi ok. 35%, nie jest najbardziej zasolonym zbiornikiem wodnym na Ziemi (wyprzedza je np. jezioro Asal w Dżibuti czy Patience w Kanadzie). Rzecz jasna w takich warunkach nie istnieje żadne życie organiczne. Nie bez powodu w przeszłości Morze Martwe nazywano Morzem Cuchnącym, Morzem Diabelskim czy Morzem Asfaltowym - pierwsza nazwa stała się dla nas jasna zaraz po przybyciu. Ja wiem że wdychanie tamtejszego powietrza i korzystanie z dóbr i minerałów występujących w wodzie jest zdrowe, ale zapach jest naprawdę odpychający. Druga z kolei nazwa - Diabelskie - wiąże się z przekonaniami z czasów średniowiecza, że to wyjałowione, pozbawione ryb jezioro jest przeklęte, a opary unoszące się nad nim są trujące. Legendy głosiły, że pobyt tam nie wróży nic dobrego. Sprawdzimy!

Jeśli chodzi o nazwę 'asfaltowe', to całkiem mnie to zdziwiło - Morze Martwe wydziela grudki asfaltu, a dokładniej wydostają się one z głębi ziemi licznymi szczelinami.

Mówi się, że na dnie Morza Martwego znajdują się ruiny biblijnego miejsca rozpusty, Sodomy i Gomory. Prawda jest taka że czego bym jeszcze nie usłyszała o tym miejscu, byłam pewna, że chcę tam pojechać. Sam fakt jego położenia niespełna pół kilometra poniżej znanego mi lądu, widok granicy dwóch egzotycznych dla mnie państw i niepowtarzalny mikroklimat rozbudziły moją ciekawość.

Jak znaleźć tanie loty? -> PORADNIK

Nocleg

Kilkanaście kilometrów wcześniej przez szybę samochodu widziałam mnóstwo hoteli - jeden przy drugim. Nigdy nie mogłam zrozumieć, co to za frajda pozostawać w takim miejscu. Jak zwykle w takich chwilach cieszę się, że mam na tyle swobody i wyobraźni, że zawsze, ale to zawsze lepiej będę się bawić rozbijając nad brzegiem morza swój poliestrowy dom 2x2 m. Co prawda zastanawiają trochę ostatnie informacje, według których coraz więcej plaż jest zamykanych z powodu pojawiania się tzw. Sink Holes, czyli zapadlisk ziemnych. Powstają one przez nieustanne obniżanie się poziomu Morza Martwego i, mówiąc najbardziej obrazowo, są to kilkumetrowe dziury solne. W ostatnich miesiącach wiele plaż zamknięto, a chodzenie po nich jest zabronione i grozi utratą życia. Nasza na szczęście według relacji prezentuje się stabilnie i nie widząc nic w tych ciemnościach, będąc tu pierwszy raz w życiu włączamy nawigację i podążamy w stronę podanych koordynat.

Spanie w namiocie 'na dziko' jest w Izraelu legalne i popularne nawet wśród lokalsów. Początkowo jadąc do Izraela trochę miałam opory, ale jak zobaczyłam ile osób mieszka w namiotach i zostawia je na cały dzień ze wszystkimi rzeczami, sama zaczęłam tak robić. Nie umiem opisać słowami swojej miłości do nocowania kilka metrów od morza, do zasypiania pod rozgwieżdżonym niebem i budzenia się w porannej bryzie. Najlepszy 5-billion star hotel, a do tego za darmo.

Ruska wixa

Skaliste pagórki dookoła co prawda osłaniały nas od wieczornego wiatru, ale i tak poczułam lekki chłód. Jakby nie patrzeć był grudzień. Miejsce zbiórki miało znajdować się przy gorących źródłach, które znajdują się na plaży, przy samej linii morza. Oprócz autostopowiczów którzy wylądowali dziś z Poznania, miała być tu jeszcze ekipa która przyleciała dzień wcześniej z Warszawy.

Zeszliśmy z kamienistej skarpy powoli i ostrożnie, lekko osuwając się po małych kamieniach. W dole zobaczyliśmy kilka osób z latarkami i namiotami, a dalej dużo ludzi, 4 jeepy z taśmami ledowymi i ogromnym ogniskiem. Nie no, to chyba nie są autostopowicze.


Minęliśmy kilku backpackersów z namiotami i poszliśmy w stronę wody. Nie mogłam się doczekać. Zapach robił się naprawdę obrzydliwy i przez chwilę przypomniała mi się Islandia, w której też zdarzało mi się kąpać w gorących źródłach, mijać dziwne jamki w ziemi w których coś bulgotało, widzieć kopcące się pola siarki. Niesamowite jest dla mnie to wszystko. Czasem naprawdę cieszę się, że większość życia spędziłam na pabianickim blokowisku. Może to dlatego teraz zachwyca mnie byle palma, kawałek morza, widok skalistej pustyni.

Dochodzimy do kilku gorących źródełek na granicy brzegu i morza. Wyglądają jak jacuzzi. Sam brzeg natomiast ciężko nazwać plażą. Ziemia jest twarda, chropowata i równa (szczerze? Jakbym miała do czegoś porównać jej strukturę, to byłyby to sezamki :D). Tak naprawdę chodzimy po wielkiej bryle soli zmieszanej z piaskiem. Nie mogę się doczekać aż zobaczę, jak to wszystko wygląda za dnia.

Podchodzi do nas chłopak, który mówi po polsku. Nic nie widzę w tych ciemnościach i świecę na niego latarką. Łukasz! Tak się spieszyliśmy nad to Morze Martwe i przez całą drogę byliśmy pewni, że dojedziemy ostatni przez tę okrężną drogę którą wybraliśmy, a tu okazuje się że... że z dzisiejszego lotu dotarliśmy jako jedyni. Idziemy do ekipy z Warszawy, która jak się okazała, połączyła siły z tymi od jeepów i taśm ledowych. Trafiamy na polsko-ruską imprezę z litrami alkoholu, pokazem  fireshow od ekipy z Gdańska, ogniskiem z europalet i wycieczkami po okolicznych wzgórzach na dachu jeepa z nawalonymi kierowcami. Nie ogarniam. Dołączamy się i rozbijamy namiot obok innych. Siadamy na brzegu morza sącząc wiśniówkę i przyglądamy się gigantycznemu, ognistemu księżycowi, który właśnie wschodzi znad wzgórz Jordanii. Może to alkohol, a może to najpiękniejszy księżyc jaki w życiu widziałam.

Czytelniku! Ogarnij to proszę. :)

1 komentarz:

  1. Ja, bym się bala jechać w te rejony. Niespokojne czasy. Podziwiam odwagę i pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.