Jak wyklułam małe żółwie - Cypr i plaża Lara.

Tup, tup, tup. Cztery małe łapki. Dwoje upiaszczonych oczu. Jeden cel: bezpiecznie dobiec do morza. O żółwiach karetta i żółwiu zielonym miałam okazję słyszeć nieraz, a kiedyś nawet widziałam o nich film dokumentalny. Czytała Krystyna Czubówna a ja pewnie pomyślałam, że gdzieś tam w tropikach świat jest fajny i ciekawy.

Nigdy w życiu bym nie pomyślała, że przypadkowo przyjdzie mi brać w takim filmie udział.


Off-road
'Żółwie, żółwie. Żółwie sobie wymyśliłaś'. Narzekanie słyszałam odkąd wjechaliśmy w taką dziurę w ziemi, że kurz z całej drogi wzbił się do góry i zrobił nam przed maską wielką zasłonę dymną. 10-dniowy urlop na Cyprze postanowiłam urozmaicić poszukiwaniem przygód i właśnie za taką przygodę uznałam informację, że całkiem niedaleko naszej trasy z Pafos do Polis znajduje się plaża, na której gniazda zakładają żółwie morskie. Ale kiedy nawigacja pokazuje 10 km drogi i 50 minut do celu wiedz, że to przygoda cięższego kalibru i prawdopodobnie pakujesz się w poważne tarapaty. Zwłaszcza kiedy piaszczystą, dziurawą szosę pokonujesz wysłużoną meganką z silnikiem jak z kosiarki.

A jeśli tam gdzie jedziemy nie będzie żadnych żółwi?

Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby urwało nam się koło, żółwie nas olały, dzień byłby stracony a Patryk chciałby mnie zabić.

***

Przy znaku 'Lara cafe' wymiękłam. Wydawało mi się, że to jeszcze nie tu, ale jako pasażer nie miałam za dużo do gadania. Posłusznie wysiadłam i rozejrzałam się dookoła. Pusto i ani śladu żółwi, ich gniazd czy wolontariuszy. Poczułam rozczarowanie.

Przez chwilę miałam trochę pretensji do siebie, że to nie jest miejsce w które chciałam się udać. Byłam pewna że trafiliśmy na złą plażę i według mapy faktycznie, wysiedliśmy jakieś 4km za wcześnie. Miałam poczucie że coś straciliśmy, mimo że zgodnie z tym co czytałam w internecie, żeby trafić na moment odkopania gniazda żółwi, trzeba mieć naprawdę szczęście.

Minęliśmy małą kawiarnię i poszliśmy w stronę plaży - dziewiczej, otoczonej pustkowiem, bez setek leżaków i rosyjskich turystów. Niby pięknie, niby spokojnie i kameralnie, ale jednak czegoś mi brakowało. W piachu stało kilka metalowych konstrukcji, a na kamieniach obok były podpisy: W22. W39. Tak się składa że odkąd pracuję w korpo bardzo dobrze się orientuję 'który teraz mamy week', więc oznaczenia gniazd dość szybko rozszyfrowaliśmy - i nie zapowiadało się, żeby dzisiaj coś się z nich wykluło. Zresztą, takie to gniazdo, że wygląda jak lekko przekopana dziura w ziemi. Nic więcej.

Upór wziął górę. Naoglądałam się zdjęć żółwi i chcę je zobaczyć na żywo - z grymasem, ale stanowczo zawnioskowałam o spacer na drugą, oddaloną o godzinną wędrówkę przez pustynny krajobraz plażę.

Słońce prażyło i ciężko się oddychało, ja miałam na nogach klapki, a do przejścia był kawał drogi. Dreptałam tak po kamieniach i nagle z zadumy wyrwał mnie widok Patryka, którego zaczął gonić osioł. Prawdziwy, futrzasty, z żółtymi zębami, robiący 'i-o, i-oo'. Nie wiem, skąd na plaży wziął się osioł. Ten chyba był bardzo spragniony, bo zaczął gryźć butelkę z wodą. Daliśmy mu pić i jeszcze raz spojrzeliśmy na bezludny krajobraz.

I nagle nastąpił zwrot akcji.










Za nami niespodziewanie zaparkował jeep, z którego wysiadł starszy Cypryjczyk w kowbojskim kapeluszu i białej koszulce z rysunkiem żółwia i napisem: 'Save the turtles'. Za nim wyszedł mężczyzna z plastikowym wiaderkiem i wyczłapały dwie kobiety - przy czym jedna miała nogę w gipsie. Przymrużyłam oczy z niedowierzaniem. Oto na tym pustkowiu, dziewiczej plaży nieznanej turystom, ni stąd ni zowąd pojawia się ekipa rodem z filmu. Od razu zrozumiałam, że to jest mój dzień. Stałam jak zaczarowana i po prostu nie mogłam uwierzyć, że właśnie będę świadkiem pracy cypryjskiego wolontariusza. Pół metra pod piaskiem czekały na niego malutkie żółwiki morskie, które właśnie wyszły ze skorupki. Jak zwykle w takich momentach zaczęłam się zastanawiać, jakie są realne szanse, że akurat w tym dniu, akurat w tej godzinie i w tej minucie na takim odludziu spotkasz kogoś, kogo chciałeś znaleźć, ale nawet do końca nie wiedziałeś jak i przede wszystkim - kiedy. Gdyby w tamtym momencie ktoś z nich powiedział: 'Pani Emilio, czekaliśmy na panią żeby zrobić pani małe National Geographic na żywo', uwierzyłabym, że żyję w jakiejś bajce. Setny raz odkąd pierwszy raz wyruszyłam w autostopową podróż pomyślałam, że moje życie to jeden wielki niewiarygodny zbieg okoliczności.

Żółwia matka
Kopanie w piachu nie jest rzeczą przyjemną, bo w większości to wyjmowanie pustych lub zgniecionych jajeczek. Tylko niektórym żółwikom udaje się przeżyć. Byliśmy szczęściarzami. Ten po lewej, którego wzięła Niemka, trochę się rozruszał i zaczął wiercić się w dłoniach. Powoli otworzył oczy i otrzepał się z piasku. Spojrzałam jeszcze raz na starszego pana w białej koszulce. Trzymał skorupkę, z której od połowy wystawało nieruchome, malutkie ciało. To miał być jedyny żółwi braciszek z tego gniazda. Bezwładna łapka, zamknięte oczka. Wszystko trwało sekundy ale pamiętam, że zrobiło mi się strasznie przykro. Mężczyzna z nadzieją chuchał, głaskał i mówił coś po grecku.

50 cm pod ziemią, 100 złożonych jaj i 7 tygodni na wyklucie. Wyglądało na to, że przeżył tylko jeden maluch. Biorąc pod uwagę fakt, że w warunkach naturalnych, bez troski człowieka, żółwiki często zanim pokonają swoją pierwszą wędrówkę, są atakowane przez ptaki i drapieżniki, wcale nie dziwię się że są gatunkiem zagrożonym wyginięciem. Ogarnęła mnie nieziemska matczyna troska i poczucie odpowiedzialności. Czy ja w ogóle widziałam kiedykolwiek żółwia poza zoo? Radość i smutek naraz, emocje. Widok budzącego się życia w kontraście do życia, które już się skończyło. Najbardziej się przestraszyłam kiedy zobaczyłam, że ten drugi nie żyje. Wolontariusz ułamał kolejny kawałek skorupki i delikatnie wyjął malutką łapkę. Ale łapka nie poruszyła się.





Nagle krzyknął coś z radością. Jest! Łapka poruszyła się! Pisnęłam z radości. Kiedy wzięłam w ręce to nowonarodzone, malutkie, nieporadne stworzenie, złapała mnie taka czułość, że czuję ją do tej pory. Uświadomiłam sobie, jak bardzo kocham życie. Swoje i tego malutkiego żółwika, który przed chwilą leżał bez ruchu. Uświadomiłam sobie, jak niesamowicie zaskakują i do granic obłędu doprowadzają mnie takie małe rzeczy, które dzieją się każdego dnia na świecie, a na które uwagę zwracamy tak rzadko. Rzeczy, które dzieją się niezależnie od nas i mimo że są normalne i powszechne, kiedy się je zobaczy, są cudem.

Lekcja przyrody
Na plaży Lara w okresie od czerwca do września wykluwają się dwa gatunki morskich żółwi - kareta i zielony. Cypryjski rząd utworzył tu rezerwat, w którym pracują wolontariusze z całej Europy - oznaczają gniazda, podpisują je datami, pomagają maluchom bezpiecznie dotrzeć do morza.

Dorosłe osobniki ważą od 100 do 500kg. Ale póki co ja tu trzymam na rękach maleństwa-pierdoły, które ledwo potrafią się z piachu otrzepać i powieki rozkleić, a przewracają się za pierwszym napotkanym kamieniem.

Położyliśmy zwierzątka na piasku i pilnowaliśmy, żeby całe i zdrowe dotarły do wody. Małe żółwie drogę przez plażę muszą pokonać o własnych siłach, żeby w ich głowach utworzył się 'kompas', aby mogły tu trafić z powrotem za jakiś czas. Co parę kroków pomagając im wstać, kiedy bezradnie przewracały się na skorupkę, odprowadziliśmy oba stworzenia do morza. Spojrzałam jeszcze kilka razy jak niewielkie fale porywają te maleństwa i z powrotem wyrzucają je na brzeg.

Płyńcie, kochane!




Cud numer x.
Wracaliśmy. Obróciłam się za siebie. Palący stopy piasek, lazurowa woda, malutkie żółwiki przebierające szybko łapkami, aby dotuptać jak najszybciej do wody. Być świadkiem narodzin, pomóc stawiać pierwsze kroki, podnieść, gdy bezradnie leżą na skorupce i machają łapkami. A do tego widzieć to wszystko na żywo i czuć się jak na planie filmu przyrodniczego - każdy wie że świat jest ciekawy, ale doświadczyć tego na żywo i być tego częścią - wtedy dopiero można to zrozumieć.

***
Zajawka do wpisu pojawiła się tutaj.

Jeśli chcesz wesprzeć bloga, zachęcam do wyłączenia AdBlocka  - skromny
dochód z reklam przeznaczam na utrzymanie strony.


Prześlij komentarz

.