Seul - zwykły poranek.

Piątek, 21 lipca 2017
Zawsze kiedy na blogu  zaczynałam od napisania daty, w kolejnym zdaniu było coś w stylu: 'obudziłam się o 9 i zaczęłam pakować plecak. Złożyłam namiot i poszłam łapać stopa'.

Dziś będzie trochę mniej ekscytująco, bo obudziłam się w hotelowym pokoju i przestawiłam budzik na kolejne 5 minut. Niby jak w domu, a jednak dopiero po chwili przypomniałam sobie że jestem w Korei, tak trochę na końcu świata. Nadal nie mogę się do końca przyzwyczaić, choć jest znacznie lepiej, niż na początku.

Pamiętam że pierwszej nocy gdy tu przyjechałam, była burza. Wiecie, taka azjatycko-tropikalna. Odsypiałam lot i byłam trochę nieprzytomna. Zasłoniłam okna grubymi, ciężkimi zasłonami, skręciłam klimatyzację, owinęłam się w pierzynę tworząc burito i w ciągu 10 sekund straciłam przytomność.

Obudziłam się gdy zagrzmiało tak, że byłam pewna, że coś się zawaliło. Brzmiało to trochę jak trzęsienie ziemi, kiedy wszystkie budynki rozpadają się jak domki z kart; takiego też obrazu zaczęłam spodziewać się za oknem. Potężny huk rozlał się tępym echem po sąsiednich wieżowcach i w moim pokoju zadrżały szyby. Wybudzona nagle, nadal nie do końca wiedziałam, gdzie ja w ogóle jestem i co tu robię. Wtedy przypomniałam sobie, że właśnie zamieszkałam w Korei, w Seulu. Ale pierwszego dnia wieczorem widziałam w CNN, jak wystrzeliwują kolejne rakiety w Korei Północnej. Zza okna rozległ się koleny grzmot. Mój wyrwany ze snu mózg złożył z tych informacji na szybko prosty wniosek: o kurna. Kim zaatakował.

Oswoiłam się już trochę z myślą, że nad hotelem dość nisko przelatują samoloty, grzmi często i na co dzień bywa głośno. Niemniej nadal mam mieszane uczucia co do faktu, że 50km od mojego miejsca zamieszkania zaczyna się najbardziej fanatyczny kraj na świecie.


***
A wracając do dzisiejszego poranka, to przewróciłam się na drugi bok i pomyślałam, że mi się nie chce. Na samą myśl o tym, ile zajmuje mi droga do pracy, chciało mi się jeszcze mniej. Na szczęście z chłopakami z firmy umówiłam się, że wychodzimy z hotelu 7:50 i jest to jedyny powód który sprawia, że nie spóźniam się do pracy.

Stacja Doksan. Z metra wylała się fala ludzi. Nigdy nie przestanie mnie dziwić, skąd się wzięło tylu Azjatów i jak to możliwe, że nikt jeszcze nigdy na mojej stacji nikogo nie zadeptał na śmierć. Ludzie zapierają się rękoma, żeby nie wypaść z pociągu i setki Koreańczyków z taką siłą i impetem przelewają się przez peron, że aż strach pomyśleć co by się stało, gdyby w taki zbity tłum się przez przypadek zaplątać i nie daj Boże iść pod prąd. Ku mojemu zdziwieniu jednak, wagon do którego zawsze wsiadamy wcale się nie przerzedził. Normalnie zawsze w piątki jest umiarkowanie tłoczno, bo Koreańczycy to alkoholicy i na początek weekendu chleją jeszcze ciężej, niż w tygodniu. Nikt więc do pracy samochodem w piątek nie jeździ. Ale dzisiaj ledwo się wepchnęliśmy i było oczywiste, że coś jest nie tak.

Jak się okazało, coś się zepsuło na poprzedniej stacji i stąd to zamieszanie. W metrze w zasadzie nie trzeba było się trzymać, bo zbita masa szczelnie przytulonych do siebie ludzi uniemożliwiała przewrócenie się w jakąkolwiek stronę. Gorzej trochę z tym, że przy takim tłoku klimatyzacja nie dawała rady i o ile zawsze w metrze schniemy po pierwszym odcinku drogi, o tyle dzisiaj w wagonie naprawdę wytworzyła się ludzka sauna. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam żeby z każdego, ale to po prostu każdego - ładnej dziewczyny w sukience, starszej pani z torbami, młodego chłopaka z kolczykami i makijażem na buzi, z eleganckiego pana z teczką i kobiet w spilkach - żeby z nich wszystkich pot lał się po prostu strumieniami. Ciężkie krople kapały z czoła, płynęły wzdłuż policzków, pokrywały nos. Ludzie wachlowali się czym popadło i chłodzili wiatraczkami pod usb, ale to było za mało. Po monsunie przyszła pora gorąca, to znaczy nadal jest wilgotno i w cieniu temperatura dochodzi do 35 stopni. W tym wagonie było z 50 i każdy wyglądał tak, jakby zaraz miał umrzeć.

***

Stacja Geumjeong. Kolejna fala wylewa się z metra, a w tej fali jestem i ja. Równym tempem razem z setkami osób wdrapujemy się po schodach. Wsiadam do busa, który odwozi do firmy. Jeszcze nie dotarliśmy do pracy, a już każdy z nas miał ochotę wracać. To niby tylko 50 minut, ale dzieje się jak za pół dnia.

Nie wiem, skąd Koreańczycy mają siły żeby wieczorami iść jeszcze na melanż. Bo moim ulubionym zajęciem na piątkowe wieczory stało się leżenie plackiem.

Prześlij komentarz

.