Pierwsze wrażenia z życia w Korei.

Ten kraj jak żaden inny wywołuje we mnie huśtawkę nastrojów - w zależności od tego gdzie jestem i co robię, podoba mi sie lub nie. Jako że większość czasu spędzam w pracy, odpowiedź brzmi...


Mija trzeci tydzień mojej pierwszej w życiu delegacji - wyjazdu na koniec świata, gdzie w odróżnieniu od poprzednich podróży mieszkam w hotelu, a nie w namiocie, gdzie zamiast zarabiać robiąc bańki, pracuję w IT, gdzie zamiast z plecakiem, przyjechałam z walizką. Czy żyje się łatwiej? Hm...

Sztuka przetrwania nie sprowadza się do złapania stopa, rozpalenia ogniska i znalezienia miejsca na nocleg. Tu polega ona tylko na tym, żeby nadążać za koreańskim tempem życia.

Tylko? A może to aż?

Jest wiele rzeczy, które zdziwiły mnie w Korei i zupełnie odstają od tego, co widziałam do tej pory w Azji. Powoli przyzwyczajam się do tutejszego życia, ale nadal pozostaję raczej na poziomie obserwatora niż miejscowego. Jakie są pierwsze wrażenia?

W Korei nie świeci słońce
To dopiero mój pierwszy miesiąc w Korei, ale w ciemno mogę powiedzieć, że lipiec to najmniej szczęśliwa pora na odwiedzenie tego kraju. Na szczęście już się zaaklimatyzowałam, ale pierwsze zderzenie z monsunem - wysokimi temperaturami, wilgotnością jak w dżungli i permanentnym deszczem, było dosyć brutalne. Choć z tego co słyszałam w Polsce tegoroczne lato też nie jest zbyt udane, także nie mam co narzekać.
Jedyne za czym trochę tęsknię to promienie słońca i światło, bo jak jestem tu trzeci tydzień, tak na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy widziałam niebo - prawie cały czas szczelnie pokrywa je gęsta, szaro-bura pierzyna.
A wracając do monsunu - kiedy widzę codziennie w wiadomościach, że w Indiach, Chinach, Wietnamie, Tajwanie, Japonii i wszędzie dookoła jest powódź, naprawdę mam wrażenie, że pogoda i tak mnie oszczędza. 
W koreańskim korpo
Mimo częstych i długich podróży, praca za granicą jest dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. I nie powiem, kraj do którego mnie wysłano okazał się rzuceniem na głęboką wodę. Koreańskie korpo jest dla mnie ucieleśnieniem wszystkich tych stereotypów, które powtarza się na temat Mordoru na Domaniewskiej. Powoli się przyzwyczajam, ale nadal dość ciężko znoszę azjatycki pracoholizm i brak jakiegokolwiek poszanowania dla work-life balance (to słowo tu w ogóle istnieje?). Koreańską szkołę przetrwania w wielkiej firmie zostawię na osobny temat, bo niestety to jedna z tych rzeczy, która zdziwiła mnie najbardziej.

Mimo spiętej atmosfery i produktywności na poziomie 2000% polskiej normy, jest kilka ludzkich rzeczy, które w biurze mnie urzekły. Pierwszą z nich jest szczotkowanie zębów, które jest sportem narodowym. Jak przejdę koło łazienki i są uchylone drzwi, to zawsze zobaczę tłum Koreańczyków myjących zęby. Open-space, mimo że zazwyczaj pogrążony w grobowej ciszy i skupieniu, w przerwie obiadowej rozbrzmiewa głośnym dźwiękiem szczotkowania zębów. Ludzie od samego rana aż po wieczór łażą po korytarzach, kręcą się w łazienkach, szorują, szorują, szorują...

I ja mam w pracy szczoteczkę i pastę - jak w Polsce, tylko tutaj zgodnie z modą, używam ich w ciągu samej pracy 3 razy. Nie dorobiłam się jeszcze profesjonalnego zestawu, bo dziewczyny w łazience mają specjalną szafkę, w której trzymają swoje plastikowe kubeczki i szczoteczki z pastą - zupełnie jak w przedszkolu!

Koreańczycy nie odrywają się od pracy. Żeby jeszcze ich zniechęcić do niepotrzebnego łażenia do kuchni po herbatę, wybór napojów jest dosyć ubogi. Podstawą diety jest kawa - bo wiadomo, to właśnie ją programiści zamieniają w kod. Herbaty są aż dwie: o smaku brązowego ryżu i gryki. Na początku nawet wydawała się dobra, ale po dwóch dniach przestała mi smakować i teraz codziennie mam wrażenie, że piję wodę, która została po gotowaniu ryżu czy kaszy gryczanej. Pije się z kubeczków o pojemności 150ml, co skutecznie oduczyło mnie chodzenia po picie co godzinę. Po prostu siedzę przy biurku aż wybije 18:00.

To, co dobre.
Po pracy pozwalam sobie na regenerację na najwyższym poziomie, zamieniając swój hotelowy pokój w małe spa. Moda na koreańskie kosmetyki udzieliła się i mi, a kiedy widzę w centrum handlowym po drugiej stronie ulicy tyle promocji 1+1, aż żal nie przetestować wszystkich kremów z śluzem ślimaka, pianek do twarzy z ekstraktem z fasoli mung, maseczek z uszami kota i aloesowych żeli. W zasadzie jako że nie bardzo mam na co wydawać tu pieniądze, a Hebe jeszcze tu nie dotarło, wszystkie koreańskie wony przeznaczam 'na głupoty'.

Kiedy weszłam do samolotu relacji Warszawa-Seul, rozbawiło mnie że większość obecnych na pokładzie Koreanek jeszcze przed startem nałożyła na twarze maseczki i poszła spać. Kiedy doleciałam na miejsce, przestałam się dziwić, że kobiety mają tu fioła na punkcie dbania o twarz. Bo jeśli na co dzień oblepia je takie powietrze jak to lipcowo-monsunowe, to jedynym skutecznym sposobem jest nieustanne nakładanie warstw kosmetyków, maseczek i pudru. Koreanki z umiłowaniem poprawiają makijaż w metrze, przeglądają się w każdej szybie, chłodzą twarz wiatraczkami podpinanymi pod USB. Zresztą, o zgrozo, tutaj nie tylko kobiety się malują...
 
Mimo umysłowego zgąbczenia i rozpaczliwego odliczania do końca nadgodzin każdego wieczora, cieszę się, że mam okazję spędzić 1.5 miesiąca w Korei. Przede wszystkim dlatego, że na liście moich 'must go' plasowała się ona gdzieś naprawdę na szarym końcu i sama bym pewnie tu nie przyjechała. Choć z tego co słyszałam, autostop jest tutaj znany - będę musiała w któryś weekend to zweryfikować.

Nie wiem jeszcze, czy polubię ten kraj, czy nie. Jedno jest pewne - kolejny raz doszłam do wniosku, że mimo całej swojej miłości do Azji, nigdy nie mogłabym zamieszkać tu na dłużej. Brakuje tu dość podstawowego artykułu użytku codziennego.
Jak można żyć bez czekolady? 

1 komentarze:

dawno mnie tu nie było, dobrze widzieć, że nadal jesteś w pisarskiej formie ;)

Reply

Prześlij komentarz

.