Na wschód! - jeden dzień we Lwowie.

O tym jak połączyć biedotę z podróżowaniem, studia z podróżowaniem i brak życiowego rozgarnięcia również z podróżowaniem, pisałam już nieraz i nieraz próbowałam być żywym dowodem na to że jak się chce, to się da. Niedawno poznałam jednak gorzki smak braku wolnego czasu i podjęłam desperacką próbę ratowania swojej miłości do autostopu. Pora na radykalne kroki.

Piątkowe wyjście do pracy należało do wyjątkowych. Zarzuciłam plecak na ramiona, wyszłam z domu po 5 rano, po drodze zaszczepiłam się na żółtą febrę (nie żartowałam z tą Afryką!) i o 9 byłam w pracy. Obiecałam sobie, że po tych 8 godzinach nie udam się do domu spać przez cały weekend, tylko pojadę gdzieś autostopem. Choćby na jeden dzień.

I skończyło się na tym, że z tą żółtą febrą, i oczywiście z Damian z aparatem (podróżowaliśmy razem do Czarnogóry), zapuściłam się z Łodzi aż do Lwowa. Tak się składa, że nie licząc bimbru pitego podczas przesiadki do Azji, nigdy nie byłam na Ukrainie. Dobrze, za nauczyłam się zawsze nosić przy sobie paszport.


10.09.2016, sobota
Random Hostel
Wiatr we włosach, kciuk w górę, nucenie starych piosenek. Parówki jedzone na ławce przed sklepem i skakanie przez barierkę na ekspresówce. Czasem tak się zastanawiam, ile trzeba mieć lat, żeby takie bezwstydne włóczenie się skomentować: już nie wypada? Miałam teraz długą przerwę od autostopu ale wiem, że za każdym razem będę do tego podchodzić z dziecięcą radością.

Po nocy w 'Random Hostel', czyli w rzeszowskiej ostoi autostopowiczów w domu Moniki, wychodzimy na wylotówkę w Łańcucie. Ostatnio stopem jechałam pół roku temu w Azji i czasami po tak nienaturalnie długiej przerwie zastanawiam się, jak to się robiło? Tak się nadal da jeździć? Ale co, że wystawiam kciuk i czekam?

Tak, tak, nadal działa. Standardowo: starsze małżeństwo - 60km do przodu, a później już 'Złoty strzał' i Ukrainiec prosto do Lwowa. No, z tym prosto to trochę przesadziłam.


Wywiezieni do lasu.
Czy ja już kiedyś wspominałam, że każdy Ukrainiec wyjeżdżający z Polski coś szmugluje? 
Z całym umiłowaniem dla klimatycznej muzyki w ich autach, mocnych szlugów bez filtra i z wdzięcznością za podwózki muszę ostrzec, że przejazd przez wschodnią granicę z obywatelami nie-Unii kończy się zwykle na staniu w najdłuższej kolejce, a i najczęściej na zawracaniu trzy razy pod centrum handlu Korczowa Dolina, gdzie na ogromną skalę odbywa się przerzucanie pudeł z towarem z busa do busa, z osobówki do busa, z busa do osobówki i z osobówki do osobówki. Ruch graniczny jest prosty - z Ukrainy wychodzimy obwiązani papierosami i wódką, za to z Polski wyjeżdżają tony biedronkowego mięsa, topczipsy i galaretki w czekoladzie.

W to sobotnie południe godzinę tracimy na parkingu, czekając na jadące skądśtam dwa kartony wkładów do zniczy. Później przeprawiamy się przez las, co wzbudza we mnie niemałe wątpliwości - dlaczego jedziemy dookoła po jakichś szyszkach, skoro byliśmy już przy samym przejściu Korczowa? Wierząc w to, że kierowca chce przebić przez granicę boczną ścieżką, wyjeżdżamy jednak do przejścia Budomierz i  ustawiamy się w najdłuższej kolejce (och, gdybym ja wiedziała, że jest kilka różnych! - a tu pieszo nie da rady). Moje wyobrażenia o sobocie przebalowanej we Lwowie i szybkim powrocie do pracy rozpływają się w oddali i pierwszy raz od wyruszenia z domu zastanawiam się, czy to na pewno był dobry pomysł? Może to ten czas, kiedy powinnam siedzieć na dupie i już w piątek po południu myśleć nad ubraniem na poniedziałek?


Za sześćset hrywien baluj!
Kiedy powiedziałam Monice, weterance szybkich podróży do Lwowa, że to moja pierwsza podróż na Ukrainę i chcę przepierdzielić tam 300zł, spytała mnie czy zwariowałam i czy planuję kupić cały rynek. Nie miałam za dużego pojęcia o cenach - przecież tanio to pojęcie względne, a że byłam świeżo po wypłacie to uznałam, że choć raz moja podróż odbędzie się 'na bogato'. Idąc jednak za dobrą radą wymieniłam najpierw 100zł i powiem Wam szczerze, że mimo usilnych starań nie udało mi się tego wydać.

We Lwowie nie zobaczyliśmy wiele, w końcu ciężko zwiedzić takie miasto w jedno sobotnie popołudnie. Zresztą nie zwiedzanie było naszym celem. Jedzenie przepijane wódką, czy tam wódka przegryzana jedzeniem, długonogie Ukrainki tańczące salsę, dziesięciu ulicznych artystów na metr kwadratowy i ostatnie ciepłe dni września uświadomiły mi, jak fajnie jest ruszyć tyłek, nawet mając mało czasu.

Nocleg w hostelu przy rynku za 10zł był jak wygrana na loterii, barszcz ukraiński smakował jak nigdy, uliczne koncerty też jakoś cieszyły bardziej niż zwykle, a ja przez cały dzień czułam się jak Anglik, który przyjechał na weekend do Krakowa. Ukraina jest spoko i z całą pewnością tu wrócę. Zresztą, jak mogłabym nie lubić miejsca, w którym za dwie paczki najdroższych fajek, 5 'drogich' piw i nemiroffa płaci się 25zł, a wiejskie sklepy mają szyld z logiem Lidla, ale przerobiony na 'Litr'.


***
Na przejściu granicznym obserwuję młodą parkę. Oboje siedzą na ziemi oparci o barierki, obok rzucone plecaki i wystrzępione karimaty. On ostentacyjnie kartkuje wysłużony paszport i niby to pierwszy raz ogląda wszystkie swoje wizy i zdobyte pieczątki. Ona młóci jakieś plecione bransoletki i słucha muzyki. Nigdzie się nie spieszą, a my co chwilę zerkamy na zegarek - o 19:00 Damian musi być w pracy. Cieszę się, że udało mi się gdzieś wyrwać, ale aż by się chciało zawrócić i puścić pędem na wschód, byle dalej, do Mołdawii!

Po polskiej stronie bez zmian. Nadal Ukraińcy jak mróweczki przechodzą z pełnymi torbami z Biedronki, a druga strona nie pozostaje gorsza. Grupa polskich emerytów czeka tłumnie, dzierżąc w dłoniach papierosy i wódkę. Podjeżdża srebrny transporter i z hukiem otwierają się rozsuwane drzwi. Trzech jegomościów z banknotami w dłoniach wysłuchuje propozycji. A ci przekrzykują się kto taniej, kto lepsze, kto więcej. Szybki skup łupów, drzwi się zatrzaskują, samochód znika. 500 metrów dalej paczka była za 2,5zł. Tutaj idzie za 7.

***
Niedziela, późny wieczór. Wbiegłam do domu, rzuciłam plecak w kąt i rozstawiłam deskę do prasowania. Kilka minut przed północą kończyłam szykowanie na jutrzejszy powrót do pracy. Czy poniedziałki muszą być beznadziejne? Ej, ja je lubię. Szczerze mówiąc swoją pracę lubię tak bardzo, że mogłabym tam przychodzić w niedziele.

I choć to wszystko gryzie się niemiłosiernie a ja nadal sercem jestem gdzieś między Wietnamem a Dżibuti, choć nie do końca wiem czy da się pogodzić pracę i podróże, obiecałam sobie, że póki mam siłę na to wszystko, w stu procentach chcę wykorzystać jeden prosty fakt: między wyjściem z pracy w piątek po południu a powrotem w poniedziałek rano, są aż 64 godziny na autostop.

5 komentarze

Bardzo dobrze rozumiem, a decyzja świetna :) żałuję, że będąc w Polsce tak nie robiłam, bo w sumie miałam sporo czasu... A Lwów... kusi mnie, żeby odwiedzić w końcu, bo pluje sobie w brodę, że mnie tam jeszcze nie było ;)
Co za pracę masz, że mogłabyś tam nawet w niedzielę pracować? :D Najlepsza praca dla podróżnika to zdalna!
Wspaniałości i powodzenia, bo plan jest świetny :)

Reply

Nie jest zdalna, ale cieszy. Jak już przejdę okres próbny to się pochwalę. ;)

Reply

Ok, w takim razie czekam z niecierpliwością, na pewno Ci się uda! :)

Reply

Ukraina jest bardzo ciekawa. Już po przejechaniu przez granicę jest inny świat a im dalej na wschód tym lepiej (inni ludzie i ich podejście do życia - dla mnie super. Najlepsze są auta, które posiadają przyciemnione szyby i to wszystkie włącznie z czołową. Nawet przejeżdżając przez Ukrainę latem widziałem duży billboard, na którym było napisane "stop dla przemytu alkoholu do polski" (coś w ten deseń)). Polecam Rosję szczególnie za Uralem. Pozdrawiam

Reply

Świetnie się Ciebie czyta! Mało którego blogera teksty się tak łatwo i przyjemnie przyswaja ;)
PS. Chyba przekonałaś mnie, że muszę wrócić do nauki rosyjskiego bo Wschód też mamy na celowniku
PS2. A gdzie fotka "Li(dl)tra"? ;)

Reply

Prześlij komentarz

.