Zakaukaski off-road: autostop przez las i strumienie.

DZIEŃ 2.
27 października, wtorek
Drugi dzień w Gruzji powitał nas chmurami i pierwszymi starciami językowymi pod tytułem 'nie znam rosyjskiego'. Trzech obieżyświatów, wielkich podróżników, wzięło kawałek mapy z nie tym kawałkiem miasta który był potrzebny i ruszyło w drogę szukać wylotówki z Batumi na Achalciche. To zaledwie 160km, ale nam zajęło ponad 6 godzin. I nie dlatego, że długo łapaliśmy stopa. Dlatego, że pół trasy przypominało błotną lawinę.

Nie wiem jak to się stało, że wzięłam na siebie wyprowadzenie nas z miasta. Ale oczywiste jest to, że po 5 minutach byliśmy totalnie zgubieni.

Zapytaliśmy więc miejscowych dziadków spod stacji benzynowej, gdzie droga na Achalciche. O dziwo, żaden nie wiedział. Kiedy każdy z nich zaczął pokazywać w innym kierunku i skończyła się nasza znajomość rosyjskiego (to znaczy polskiego bez polskich znaków i z losowo wstawionymi do wyrazów literkami 'i'), wsiedliśmy z jednym z panów do auta i pojechaliśmy gdzieś, gdzie podobno 'dobrze się stopa łapie'.

I zawiózł nas na dworzec...



Dworzec w Batumi mnie urzekł. Wielki betonowy kloc, babuszki sprzedające gorące buły za 1 lari (~1,6zł) i automat do gier - wiecie, taki jak w Sopocie, że można złowić misia. Wygrana po gruzińsku ma jednak trochę inny smak - standardowo bez filtra.


Plan jest taki, żeby marszrutką (busem) dojechać do Kedy - 40km w stronę naszego celu, czyli wysiadamy na tej drodze której szukamy od godziny i dalej ciśniemy stopem. Z pomocą naszego kierowcy ustalamy cenę 5 lari za 3 osoby (czyli po 2,6zł za przejechanie 40km). Mamy 20 minut do odjazdu, więc wyruszamy na poszukiwania jakiejś piekarenki z epickimi, gorącymi bułami z ostrym farszem czy słonym serem. Z każdą kolejną uliczką w którą się zapuszczamy czujemy się coraz bardziej obco, a sklepy które z daleka wyglądały jak street food marzeń, okazują się prowizorycznymi hurtowniami. Kiedy w końcu nie dajemy się skusić na 25kg mąki ani wielki worek owsa, wracamy do zagadanych babuszek, które spacerują z tacą bułek po dworcu. Kupuję jedną i z niesamowitym apetytem zabieram się za nią od razu gdy ruszamy.

Wyjazd z Batumi to straszliwe korki, bezprawie na jezdni, dźwięk klaksonu ze wszystkich stron i... śniadaniowe rozczarowanie. Chcąc dokopać się do nadzienia, nagryzam bułę ze wszystkich stron. Pusto. Rogalewicz, kupiłaś bułkę z niczym, to znaczy z tłuszczem, brawo. Zlizuję z palców kapiący olej i zaczyna mnie mdlić. Oczywiście jem od razu całą, żeby mieć na co narzekać.

Keda

Podróż marszrutką (tak, 40km) zabiera nam godzinę. W Kedzie bierzemy mapy z informacji turystycznej i ze smutkiem odkrywamy, że droga którą jedziemy na niektórych mapach zaznaczona jest grubą kreską, na innych trochę cieńszą, a na jeszcze innych tak jakby żadną. Jeszcze pełni optymizmu zmierzamy ku wylotówce. Łapanie stopa w trójkę z plecakami? Nie ma problemu. Najpierw zgarnia nas dwóch Gruzinów z mocnym radiem i silnikiem, później od razu łapiemy leśne dziadki w rozklekotanym busiku. Siedzimy jedno na drugim, ściśnięci plecakami i łapiemy chleb - jest tu go ze 20 bochenków, każdy w osobnej foliówce. Chleby latają we wszystkie strony, pomiędzy nami stoi małe żywe drzewko, panowie z przodu palą bez filtra. Autostopie w Gruzji, tęskniłam!

Khulo

Kolejnym miastem na naszej drodze wiodącej przez południe kraju jest Khulo - za przejazd płacimy w przeliczeniu całe 1,6zł. Khulo okazuje się miastem, w którym nie ma nic - nawet asfaltu. Jest za to dużo trąbiących busów, dzieci z tornistrami, kilka krów radośnie taplających się w błocie i zamknięty punkt informacji turystycznej. Zaczyna kropić i lekko zdezorientowani szukamy dalszej drogi. Problem polega na tym, że tu nie ma drogi.

Wystawiam kciuk. Kilka metrów dalej Krzysiek pcha jakąś ładę, która nie chciała odpalić. Stoimy tak lekko zdezorientowani i z poczuciem, że jeśli istnieje koniec świata, to musi być właśnie tutaj. Po jakimś kwadransie patrzenia się na pustą, błotnistą drogę i otulone gęstymi, szarymi chmurami zbocza gór, pojawia się ten sam bus, którym tu dojechaliśmy. Wsiadamy bez zastanowienia z ogromną nadzieją, że na gorsze odludzie nie wyjedziemy.

Wyjedziemy.


Taplając się w błocie

Byłam już w Gruzji autostopem raz i myślałam, że warunki drogowe znam dobrze. Różnica między tymi dwoma wyjazdami polegała jednak na tym, że wtedy podróżowałam z kimś, kto ogarnia mapę i wybiera dobre drogi, a nie takie, które nie powinny być w ogóle zaznaczone. Wtedy trzymałam się asfaltu - teraz, bardzo nieświadomie, wyprowadziłam nas w las.

Tak więc jedziemy leśną drogą w deszczu, błocie i mgle. Zjazdy i podjazdy są tak strome, że aż mnie boli, gdy znowu zahaczamy o coś podwoziem i słyszę dziwny dźwięk, jakby odpadających części. Zatrzymujemy się pod chyba jedynym w promieniu 20 kilometrów domem, gdzie wysiada ostatnia pasażerka - starsza babuszka z zakupami. Wjeżdżamy na podwórko, ładujemy milion kawałków drewna. To się nigdy nie skończy.


Możecie uznać, że histeryzuję. Ale gdy wjeżdżamy w coś, co wygląda jak błotna lawina i niezdarnie przemierzamy ją z prędkością 15km/h, zamykam oczy i zaczynam się śmiać. A kiedy myślę że gorzej już być nie może, do busa dosiada się kilkanaście dzieci z plecakami szkolnymi. Pierwsza moja myśl była taka, że chcę umrzeć albo chociaż teleportować się do domu. Na szczęście po chwili mi przeszło.


Dzieci polubiliśmy prawie tak szybko, jak one nas.

Mamo, przyjedź po mnie Koniec podróży! Dojechaliśmy do celu, to znaczy donikąd - bus kończy trasę. Dzieci radośnie rozchodzą się do domów, a my wysiadamy w jeszcze bardziej odludnym miejscu pokrytym mgłą. A jednak może być gorzej. Dłonie zaczynają marznąć, deszcz pada coraz mocniej, o jakimkolwiek samochodzie nie ma absolutnie mowy. Przez jakiś czas patrzymy się dokładnie w taki widok:

Mamo przyyyy-jeeedź pooo mnieee!

Arbuzowe love
Dzień rozpoczęłam arbuzem, a poprzedniego wieczora zjadłam sama 6 kilogramów. Jaka była moja radość, gdy w tym strasznym zadupiu zatrzymali nam się młodzi Rosjanie z arbuzem na tylnym siedzeniu! Spakować się do auta w trójkę z plecakami nie było łatwo - nasi kierowcy lubili zdobywać wysokie góry, więc upychanie ich sprzętu wspinaczkowego w bagażniku żeby zrobić nam miejsce zajęło dobre 10 minut. Kompletnie zdesperowani i szczęśliwi z ratunku, przemierzamy niewielką osobówką ogromne kałuże. Znalazłam na YT filmik z naszej drogi, tyle że przy wyjątkowo dobrej pogodzie.


U nas było całkiem podobnie, tyle że zaczęło lać.

Nie wiem, co przeraża mnie bardziej - to, że jedziemy na czołówkę, czy mina tej krowy po lewej.

Tego w Gruzji NIE RÓB
Po dwóch podróżach przez Gruzję muszę przyznać, że ten kraj to przygoda. Jego urok nie polega tylko na pięknych widokach czy miejscach przesiąkniętych historią - mnie najbardziej zachwyca właśnie to, co jest biedne, brudne i z pozoru brzydkie. Zapyziały stragan z jabłkami, mały sklepik na rogu, rozklekotany busik na górzystych bezdrożach - kiedy jestem tam, gdzie nikt inny nie chciałby być, czuję się jak prawdziwy odkrywca.

Jednak po spędzeniu kilku godzin na z pozoru banalnej przeprawie między dwoma miastami muszę przyznać, że czasem szkoda czasu. Jeśli masz do dyspozycji miesiąc - jasne, utknięcie w takim miejscu to dobry sprawdzian, lekcja cierpliwości i okazja do poznania miejscowych.

Wybierasz się do Gruzji i masz mało czasu? Sprawdź dobrze, czy ta gruba, żółta linia sugerująca drogę krajową faktycznie na ten tytuł zasługuje. Albo, jak przekonałam się pod koniec wyjazdu - czy nie jest w całości zasypana śniegiem. :)


I pamiętaj: off-road jest dobry, jeśli masz dobry samochód.

Albo w ogóle jakikolwiek samochód.

Prześlij komentarz

.