Wielkanocna Majorka - początki. (część pierwsza)

Niektórzy już tak mają, że ich najlepsze decyzje to te, które podejmują nie do końca będąc ich świadomym. Pamiętam dobrze ten wigilijny, spokojny wieczór. Nastrojowy - cisza w mieszkaniu, w moim niedużym pokoju klimatyczny półmrok. Bo jak byłam mała to urządziłam polowanie na komara i zamiast kapciem stłuc bydlaka, stłukłam kinkiet. Od tej pory nie mam światła i jakoś tak zostało. Kręciłam się w kółko w fotelu obrotowym, wydłubywałam łyżką ze słoika gęsty likier pierniczkowy i słuchałam Davida Bowie. Mogę tak godzinami.

Zielonooki kocur wylegujący się na laptopie przyglądał mi się ze znudzeniem i wyraźnym zażenowaniem, kiedy znowu przeszkodziłam mu w drzemce i przyozdobiłam choinkowymi lampkami.

Kolejny obrót. Jednak nie mogę tak godzinami. Przed oczami mignęła mi informacja o tanich lotach. Kraków - Majorka, na tydzień, ten wielkanocny. Zdjęcie rajskiej plaży mocno kontrastowało z grudniową pogodą za oknem, termin wydawał się dość odległy, a wśród znajomych nie znalazł się nikt spontaniczny. Kupiłam więc bilet sama sobie. W prezencie, na Gwiazdkę.


***

zdjęcia - Kuba Golewski


środa, 1. kwietnia 2015
DZIEŃ PIERWSZY

Wbiegam na lotnisko pełna ekscytacji. Napadało mi na głowę, przewiało mnie, w autobusie wynudziłam się koszmarnie i bardzo dobrze - im gorzej tu i teraz, tym lepiej będzie mi za kilka godzin na Majorce.

'E, ty!' - powiedział jakiś typ z puszką w ręce. W pierwszej chwili nie poznałam, no ale kto mógłby siedzieć na lotnisku z piwem i 60-centymetrową pizzą, jak nie moi towarzysze podróży? Całą uwagę koncentruję na gigantycznej pizzy, a chłopaki robią solidny przegląd mojego podejrzanie ciężkiego plecaka. Emi, naprawdę znowu wzięłaś dwie kosmetyczki i 6 słoików rozgotowanej owsianki?
***
Lądujemy przed północą - złotawe światła Palmy migoczą w gładkiej tafli wody. Suniemy tak nisko nad morzem, jakbyśmy chcieli w nim wylądować. Bezchmurne niebo daje nieodparte wrażenie, że wszystko nad nami, przed nami i pod nami składa się wyłącznie z czerni upstrzonej świecącymi, jasnymi punkcikami.

Palma, stolica Balearów, wita nas palmami - potężnymi i mniejszymi, gęsto rozsianymi przed budynkiem lotniska. Powietrze jest wilgotne, ciepłe - od razu zapominam o tym, że w Polsce przed chwilą padał deszcz ze śniegiem. Zapominam że studiuję, zapominam, że znowu zapomniałam zapłacić za mieszkanie. Tak sobie idziemy przed siebie a ja głupawo zaczynam śpiewać hit z lat 90-tych o wiadomym wszystkim tytule. Po paru krokach ktoś zaczyna na nas trąbić i uświadamiam sobie, że właśnie idziemy po autostradzie, chłopaki pognali do przodu, a mnie zaraz coś rozjedzie. Chwileczkę, nie mieliśmy dziś nocować na lotnisku?

Chęć spania na plaży przemogła jednak zmęczenie i mój plan bezwiednego oklapnięcia na karimatę gdzieś w kącie ciepłego lotniska wziął w łeb. I tak ze swoim pomysłem stanowiłam mniejszość, szliśmy więc na czuja w stronę morza. Kawałeczek autostradą, kawałeczek podejrzaną dzielnicą Murzynów, aż w końcu deptakiem wzdłuż wybrzeża. Szliśmy tak dobry kwadrans, wsłuchując się w szum morza. A pierwsze dzikie obozowisko rozbiliśmy przy samiutkim morzu, kawałek obok oczyszczalni ścieków (pachnącej jak zupka chińska), odgrodzeni od chodnika skałkami (pachnącymi sikami).
Pamiętajcie. Jeśli bierzecie na wyjazd namiot to sprawdźcie, czy kijki nie są połamane.

czwartek, 2.05.2015
DZIEŃ DRUGI
Grzmot, wielki huk, Boże, moje uszy!!! Zrywam się przerażona i wsłuchuję w cichnące już dzikie wycie. Coś mi się przyśniło. Przewracam się na drugi bok i zasypiam, ale od razu historia się powtarza. Ze zdziwieniem uświadamiam sobie, że to, co wczoraj wieczorem wprawiło mnie w bajkowy nastrój, dziś rano jest moim przekleństwem. Nie wyśpię się. Tak to jest, jak się ulokuje dom w niewłaściwym miejscu - ktoś musi cierpieć przed hałas, żeby widok z sunącego nad morzem samolotu podziwiać mógł ktoś...

Kiedy latające potwory rozbudziły się na dobre, czułam się lekko niewyspana. Startujące nad moją głową samoloty. No tak, obok jest lotnisko - czego ja się spodziewałam? Wyczołguję się z namiotu i obserwuję wędkarzy, wciągam pachnące solą morze. Wymemłana, wczorajsza owsianka z której śmiał się nawet kontroler na lotnisku, dziś smakuje jak śniadanie idealne. Pochłaniając wszystko co mamy pod ręką przypominamy sobie, że od wylotu z Polski nie wypiliśmy nawet kropli wody, a najbliższy sklep jest... w mieście?

Spacer do Palmy dłuży mi się niesamowicie. Południowe słońce równoważy chłodny wiatr, dlatego nic nie podejrzewając idę dziarskim krokiem z okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Kilka godzin później z rozpaczą odkryję, że jak zwykle przez przypadek udało mi się spalić nos, zostawiając pół twarzy z lekkim rumieńcem, natomiast oczy i okolice - przez okulary blade jak ściana. Tak oto kolejny raz uzyskałam wygląd trójkolorowego bałwana we wszystkich odcieniach opalenizny.
Gdzie są mięśnie?

Oprócz ścieżki rowerowej okupowanej przez biegaczy, rowerzystów i rolkarzy, przedmieścia wydają się wyjątkowo ospałe. Łazimy uliczkami na oślep, w końcu trafiając na sklep. Dwoje chłopa i ja (i tak jem najwięcej), niskie hiszpańskie ceny, wypchane portfele i wilczy głód sprawiły, że ze sklepu wyszliśmy obładowani bagietkami, puszkami oliwek, owocami, chipsami, piwem i wszystkim tym, o czym jeszcze nie tak dawno podczas treningów starałam się nawet nie myśleć. Posiłek spożywamy na plaży, gapiąc się na hiszpańskie gimbusiary, które spędzają wagary bez skrępowania okazując wszystkim dookoła swoje wdzięki. Niby w pełnym słońcu, choć kuląc się z zimna i wiatru.

Czy nasz tydzień na Majorce będzie beztroskim wylegiwaniem się na plaży i autostopowaniem od miasteczka do miasteczka? Lecąc tu byłam pewna, że tak. Co prawda chłopaki wspominali coś że pojedziemy w góry i moja Majorka wcale nie będzie piaskowo-błękitna, a chłodna, deszczowa i opustoszała. Naprawdę nie byłam świadoma, co nas czeka już niebawem.


***
(Czytałam ostatnio, że za długie wpisy na blogach z reguły nie są czytane do końca. Na wszelki wypadek urwę w tym momencie, do usłyszenia w weekend!)

Prześlij komentarz

.