Zgubić się w Stambule. (część 10)

piątek, 15 lutego 2013.
Po tygodniowym pobycie w Stambule, czas wracać do Polski. Pierwotny plan obejmował dalszą podróż na południe Turcji, ale zbliżający się drugi semestr studiów każe nam wracać do domu.

Budzimy się później niż chcieliśmy. No co, każdemu może zdarzyć się zaspać. A że w moim przypadku właściwie zawsze...

O 11. zbieramy się na autobus, z którego przesiądziemy się do innego, później do jeszcze innego, aż w końcu dojedziemy do jednej z dwóch odwodnic, które biegną przez Stambuł. Po dokładnym zaplanowaniu trasy i znalezieniu miejsca do łapania stopa na hitchwiki, słyszymy z dworu dziwną melodyjkę. Okazuje się, że spokojna i przyjemna muzyka to szkolny dzwonek, a sama melodia pochodzi z... popularnego tureckiego serialu. Wyobrażacie sobie, żeby piosenka z 'Na dobre i na złe' albo 'Klanu' informowała was o początku lekcji?!

Wychodzimy. Jak na złość zaczyna padać deszcz - chociaż w sumie dobrze, że dopiero jak wyjeżdżamy. Jedziemy do portu, żeby przepłynąć do europejskiej części miasta. Zupełnie niepotrzebnie dajemy się namówić na czaj, który tutaj jest drogi i trzeba na niego długo czekać, a zostało nam tylko 15 minut.

Wygląda na to, że Can w końcu nie doczeka się swojej herbatki, więc wychodzimy i biegniemy na prom. Pędzę przed siebie kilka dobrych minut, oczywiście na plecach dźwigając jakiś 20-kilogramowy plecak - kiedy w końcu dobiegamy do bramek mam wrażenie, że zaraz wypluję płuca.

Przykładamy kartę miejską, przechodzimy i... Canowi skończyły się pieniądze do wykorzystania! Dlaczego zawsze w takich chwilach? Wszystko dzieje się szybko i podejmujemy strasznie głupią decyzję (chyba nawet sama ją podjęłam, może dlatego była głupia). Dziękujemy za gościnę, opiekę i żegnamy się. Can tłumaczy nam, gdzie mamy wysiąść i jak jechać dalej.

Oczywiście ten wpis byłby strasznie nudny, gdybyśmy dojechali na obwodnicę, złapali stopa i sprawnie dostali się do granicy. Dlatego teraz przez kilka akapitów będę opisywać, jak przez 10 godzin (!) próbowaliśmy wyjechać ze Stambułu.

Wbiegam z Michałem na prom w ostatniej chwili. Tym razem nie jest to zwykły stateczek, a bardziej luksusowa jego wersja. Wpadamy na pokład zdyszani i wszyscy patrzą na nas z lekkim zażenowaniem, zwłaszcza, gdy przywalę głową w sufit.

Rozsiadamy się w wygodnych fotelach i nasłuchujemy komunikatów kapitana. Wszystkie są w języku tureckim, więc mamy zamiar wysiąść wtedy, kiedy zrobią to pozostali pasażerowie.
Beztrosko przyglądamy się widokom zza okna. Na chwilę się zatrzymujemy, słyszymy komunikat, wysiadają ze trzy osoby. Pada nazwa naszego przystanku, no ale wszyscy siedzą - siedzimy i my. Ruszamy dalej... zawracamy! Czy właśnie przegapiliśmy nasz przystanek?

Ponieważ płyniemy w przeciwnym kierunku niż planowaliśmy, idę na zwiady. Łapię jakiegoś majtka i zadaję kilka pytań po angielsku. Widząc zdziwienie w jego oczach, przechodzę na turecki. Wyciągam swoje rozmówki, które niestety nie były przygotowane pod podróż promem. Znalezienie jakiegokolwiek zdania pasującego do sytuacji zajmuje sporo czasu i trochę przestraszona, chaotycznie poszukując czegokolwiek przydatnego, cały czas natrafiam na zwrot 'nie, nie chcemy uprawiać z tobą seksu' (gdyby nas macali w podróży - warto mieć zapisane).

Mimo powagi sytuacji, cała ta 'rozmowa' strasznie mnie bawi i jak zwykle kiedy sytuacja jest tragiczna - zaczynam chichotać, próbując się powstrzymać. Mówię kilka losowych wyrazów po turecku i nie wytrzymuję. Ze śmiechu zaczynają lecieć mi łzy, przez co trochę zmieszany mężczyzna postanawia odprowadzić mnie z moim problemem prosto do kabiny kapitana.

Przechodzimy przez blokowane na milion szyfrów drzwi i po chwili uświadamiam sobie, że połowa pasażerów patrzy na mnie jak na VIPa. Przez głupią pomyłkę i gapiostwo udało mi się wejść do kabiny kapitana!
Jestem właśnie przy ogromnym panelu sterowniczym, dziesiątkach przycisków, systemów, monitorów z położeniem naszego promu względem brzegu... Całe to 'centrum dowodzenia' ogarnia nie jeden kapitan, a aż trzech. Czuję się jak w 'Gwiezdnych wojnach'! 
Tłumaczę wszystko po angielsku jednemu z mężczyzn a on potwierdza, że przegapiliśmy nasz przystanek. I do tego nie da się tam wrócić żadnym autobusem. Ale spokojnie! Zaleca wysiąść na za chwilę i pojechać taksówką do właściwego portu. To tylko 10 kilometrów.
Mówię o autostopie i mężczyzna patrzy na mnie tak, jakbym sobie z niego żartowała. Przecież powiedział że taksówka i koniec! Tłumaczę, że nie mamy pieniędzy (naprawdę. Zostało nam z 5 lirów). I że przyjechaliśmy tu autostopem z Polski. Wywołało to w nim mniej więcej takie zdziwienie jak informacja, że wczoraj na obiad jadłam kebaby, więc chyba nie uwierzył. Dla świętego spokoju mówi, że tą drogą (tu pokazuje mi drogę), dojadę autostopem do poprzedniego portu. Łapanie w centrum kilkunastomilionowej metropolii? Challenge accepted!

Prześlij komentarz

.