Z wizytą w Błękitnym Meczecie. (część 7)

Siedząc w kuchni u Tanyi zwracam uwagę na przedmiot, który w sumie widziałam już w każdym innym domu: demli, czyli dwupoziomowy imbryk do parzenia herbaty. Większość z nas pewnie nigdy tego nie zrozumie, ale na wschodzie poświęcanie herbacie 30 minut kilka razy dziennie to coś normalnego (o ile normalny może być cały rytuał wymagający wykonania ściśle określonych czynności). O tym, że przygotowanie tego napoju wcale nie musi być takie banalne, możecie przekonać się dzięki licznym artykułom w internecie - są nawet filmiki, jak należy robić czaj.


Jedna część dla liści czarnej herbaty, druga - na wodę. Turecki brak pośpiechu i zamiłowanie do tego napoju zaobserwować można w każdym domu, kawiarni, sklepiku.

Po znalezieniu wszystkich tureckich odpowiedników produktów potrzebnych do ruskich pierogów, rozpoczynamy kulinarną przygodę. Po zrobieniu farszu pojawia się wiele pytań: czy możemy dosypać do tego papryki? Dlaczego nie dolejemy tu dwóch litrów oliwy? W Turcji wszystko musi być tłuste i ostre - i basta.


Pierogi przygotowujemy jednak całkowicie 'po polsku'. W życiu bym nie przypuszczała, że tak banalna i prosta dla nas potrawa może zrobić taką furorę - nasi Turkowie zajadają się tak, jak my ich kebabami.

Ostatecznie postanawiamy połączyć nasze upodobania i jemy polskie pierogi w wersji tureckiej - polane jogurtem naturalnym i posypane moją ulubioną, paprykową przyprawą. Oraz miętą.

Jogurt kupuje się tu w wiadereczkach (1,5 kilograma). A kosztuje to tylko około 8zł! Delikatny i chłodny świetnie komponuje się z ostrą, startą papryką - do dzisiaj jem tak większość potraw.

 

Próbujemy też cezerye - 'ciasta' marchewkowego, tyle że... bez ciasta. Słodki, twardy placek pokrojony w kwadraciki, to karmelizowana marchew z bakaliami, obsypana wiórkami kokosowymi. Zdjęcie z internetu (a dokładniej stąd):

Próbowałam zdobyć przepis, ale mało kto wie, jak zrobić cezerye domowymi sposobami - podobno jest to bardzo trudne. A szkoda, bo pyszne.

Po kolacji czas na nowy odcinek The Walking Dead. Pierwszy tydzień naszej wyprawy dobiega końca.



wtorek, 12 lutego 2013
O 12:30 ogarniam swoje zapisy na zajęcia - mamy tu przecież inną strefę czasową. Ostatecznie wychodzi na to, że mam kilka wykładów w jednym czasie - nie przejmuję się tym za bardzo i ruszamy zwiedzać dalej. Wybieram się z Michałem do Kadıköy, gdzie mamy spotkać się z Canem. Jedziemy autobusem ponad godzinę, mknąc pod górę i w dół zakorkowanymi ulicami Stambułu. Kiedy w końcu wysiadamy w porcie, moim oczom ukazują się tłumy Turków sprzedających jedzenie, pijących czaj na fikuśnych stołeczkach, słyszymy śpiew muezinów z kilku meczetów jednocześnie. Przyglądam się kobietom w całości okrytych burkami, które chodzą 3 kroki za swoimi mężami i dziećmi, jakby były psami uwiązanymi na smyczy. Nie wyobrażam sobie, co czują kiedy jest upał - i jak ja mam jeździć stopem na przykład po Iranie, żeby za bardzo się nie wyróżniać?

 
 
 
 
 
Zgadnijcie, co piją ci ludzie! 
 
W końcu znajdujemy Cana - jest to trochę cud, bo został mu 1% baterii w telefonie. Jemy fishburgery i tulumbę - jak mówi Wikipedia, 'deser wykonany ze smażonego ciasta, zaraz po smażeniu marynowany w syropie słodowym. Serwowany na zimno'. Dla mnie to po prostu rozciapana, mokra, zimna i obrzydliwie słodka wersja racuchów. Raczej nie polecam, chyba że ktoś lubi, jak od cukru aż mdli.
 
Cały most okupowany jest przez wędkarzy! 
 
 
Zapomniałam też dodać, że tu nie myje się rąk. W każdym barze, każdej restauracji, nawet w każdym samochodzie, znaleźć można nawilżone chusteczki do przetarcia rąk albo płyn w buteleczce, którym dłonie poleje ci kelner przy wychodzeniu z lokalu. Zazwyczaj faktycznie można się poczuć czyściej, choć niektóre zapachy wersji ciekłej są naprawdę obrzydliwe (raz przez cały dzień dłonie 'pachniały' mi naftaliną).
Turecki tytuł 'Fanatik' bardzo pasował mi do otoczenia pełnego meczetów i muzułmanów. 
 
 
 
 

Biegniemy na tramwaj. Chłopaki szybko przechodzą przez bramki, a moja karta odmawia współpracy. Skończyły się na niej pieniądze! Pojazd ucieka a ja stoję odgrodzona metalowymi barierkami. Niczyja karta już nie chce zadziałać i czuję, że utknęłam. Wtedy podchodzi jakiś Turek, przykłada swoją kartę, mówi coś do mnie w swoim języku i uśmiecha się. Właśnie kolejny raz ktoś sam z siebie ufundował mi przejażdżkę komunikacją miejską, co wcale nie jest takie tanie. Ci ludzie są tacy mili!



"Allāhu Akbar!"

Wreszcie zobaczę tę część Stambułu, której najbardziej nie mogłam się doczekać. Docieramy do Meczetu Sułtana Ahmeda (Błękitny Meczet) i do Hagii Sophii. Nie ma już tak wielu turystów, bo dochodzi godzina 17. - zastanawiamy się, czy jeszcze nas wpuszczą.
 

Przechodzimy przez pierwsze bramy i moim oczom ukazują się potężne budowle opatrzone napisami czcionką 'drut kolczasty'. Z jednej strony prostota - zwykłe, szare mury - z drugiej jednak przepych i egzotyczne kształty, do tego coraz więcej kobiet w burkach i głos dobiegający z środka, budzą ogromny podziw.
 

A jednak zdążyliśmy! Nie wiem dlaczego, ale dziś meczet jest otwarty dla turystów dłużej. Przed wejściem muszę się odpowiednio ubrać - mam krótkie spodenki i rajstopy, co już zalicza się do obnażania się. Biorę sprzed drzwi dwie chusty, zdejmuję buty (obowiązkowo!) i z radością próbuję obwiązać głowę - co wcale nie jest takie łatwe. Również spódnica (materiał o prostokątnym kształcie) nie pozwala mi zakryć moich skandalicznie półnagich nóg - chyba wcale w tej Turcji nie przytyłam, bo rzepy w chuście nijak nie dadzą się zapiąć. Chłopaki już dawno mi uciekli, więc związuję rogi 'spódnicy' byle jak, zarzucam na głowę szmatkę i - potykając się o własne nogi - wchodzę do środka.

Jeśli widząc Błękitny Meczet z zewnątrz powiedziałam, że cechuje się prostotą - bardzo przepraszam. Wnętrze to masa zdobień, przepychu i dziwnych wzorków. Szkoda, że nie umiem robić zdjęć...
 
 
 
 
Czas na paciorek - wszyscy turyści muszą opuścić meczet. Islamska modlitwa, czyli salat, ma miejsce 5 razy dziennie i na całym świecie odbywa się tylko w języku arabskim. Obiecany filmik (KONIECZNIE przełączcie na HD).


Prześlij komentarz

.