Włochy, część 5 - 'w Neapolu was zabiją'


Kolejny poranek, kolejne śniadanie z Istwanem, naszym węgierskim 'tatą'. Dziś 17. czerwca, niedziela - ruch dla ciężarówek zabroniony. Jesteśmy pod Rzymem i nie chcąc spędzić kolejnego dnia bez plażowania i kąpieli w gorącym morzu, postanawiamy jechać dalej. Jeśli nam się nie uda, pojedziemy z Istwanem do Neapolu.



Wymieniamy się adresami facebookowych kont i dziękujemy za opiekę - nie mogąc się wysłowić po niemiecku, powtarzam 'danke' chyba z 10 razy. Po porannej toalecie w AutoGrill (popularne jak nasz Orlen, tyle że ma darmowe prysznice!), zauważamy ogromne zagęszczenie policji, a do tego droga, która biegnie obok, jest autostradą. Zostaje nam jedynie łażenie po parkingu i kiedy idziemy w stronę stacji benzynowej, Maciek zauważa polską rejestrację. Nie mając nic do stracenia układamy bagaże obok auta i czekamy na kierowcę.


Dzień dobry, zabierze nas pan gdziekolwiek?
Sławek wydaje się być zaskoczony nie tylko językiem polskim, ale raczej całą sytuacją - nigdy nie zabierał autostopowiczów. Zgadza się, choć na dobrą sprawę nie mamy pojęcia, gdzie chcemy jechać. Opowiada nam o życiu we Włoszech i o tym, że w Neapolu nie spotka nas nic dobrego. Jak zresztą w całej południowo-zachodniej części kraju, gdzie najprawdopodobniej nas napadną, okradną, zabiją i zgwałcą na do widzenia. Proponuje za to pobyt w Foggi - 'stolicy pomidorów' - razem z resztą Polonii.
Kiedy dojeżdżamy do Foggi, drugi mieszkaniec domku - Rafał - czeka już z prawdziwym, polskim obiadem. Odwiedza nas reszta Polaków i po jedzeniu wybieramy się na plażę, oddaloną o pół godziny drogi autem. Po drodze chłodzimy się zimnym piwem, a na miejscu - w turystycznej Manfredonii, polujemy na kraby i cieszymy się gorącym morzem.


Wieczór to hektolitry białego wina z colą (smakuje naprawdę świetnie!), które tam pija się z 5-litrowych baniaków (kosztuje on 4,5 euro...).

Z nieziemskim, pierwszym autostopowym kacem, spędzamy najbardziej nieznośną część dnia w klimatyzowanym domku. Dlaczego tę część nazywam nieznośną? Bywałam już na południu Europy, ale sam koniec półwyspu apenińskiego pod względem temperatur przeraża nawet mnie, osobę, która uwielbia słońce. Kiedy wychodzę z domku czuję się tak, jakbym włożyła głowę do otwartego piekarnika - nie sposób w ogóle oddychać. W słońcu jest 55 stopni! Dlatego, kiedy mija syndrom dnia wczorajszego i chłopaki wracają z pracy, znowu delektujemy się białym winem.

Żółw Antek: 'kiedy umrze, zrobimy z niego popielniczkę!'

Poniedziałek jest dniem, w którym cała Polonia jedzie do centrum handlowego na duże zakupy. Z początku czuję się bardzo niepewnie, kiedy wiem, że kierowca coś wypił, ale szybko przyzwyczajam się do specyficznych warunków drogowych, które panują tam, na południu. Nigdy w życiu nie przypuszczałabym, że brak jakichkolwiek zasad na drogach może dotyczyć również kraju cywilizowanego. Nie mogę uwierzyć w to, że kiedy policja - chyba tylko dla dania dobrego przykładu - zatrzymuje się na czerwonym świetle, wszyscy zaczynają na nich trąbić, niektóre auta po prostu przejeżdżają przeciwnym pasem i blokują cały ruch, próbując przebić się przez skrzyżowanie, wymuszając pierwszeństwo. To właśnie dlatego Sławek uwielbia trąbić na wszystkich i trąbi kiedy ktoś dopiero odpala auto, kiedy ktoś jedzie przepisowo, albo kiedy nie ma wokół nas żywej duszy.

Docieramy w końcu do marketu i poznajemy resztę ekipy, która jeździ busikiem. Po zakupach i wizycie w Ortanovie - uroczym, niedużym miasteczku - spędzamy wieczór gotując przepyszne, prawdziwe włoskie tortellini. I oczywiście pijąc bianco z colą.


Kolejne dni to opalanie, błogie lenistwo, jedzenie fig prosto z drzewa i spacery po okolicy.

W końcu postanawiamy powoli ruszyć na północ, bo Maciek spieszy się do Polski na obóz. Rano żegnamy się i zostajemy podwiezieni na trasę. Nie mamy wtedy jeszcze pojęcia, że niedługo znowu się spotkamy...

Łapanie stopa idzie nam żałośnie. Stoimy w pełnym słońcu, mamy mało wody i nikt tu chyba nie wie, że ludzie stojący przy drodze niekoniecznie chcą dać dupy.

Po jakichś dwóch godzinach łapiemy stopa na całe 5 kilometrów. I zaczynamy łapanie od nowa!


Z kierowcą ciężarówki przemieszczamy się jakieś 100 km na północ. Nie wyobrażam sobie jazdy po tym kraju w towarzystwie dziewczyny, albo w ogóle bez żadnego kompana.

Na horyzoncie pojawia się mężczyzna ubrany kompletnie nieadekwatnie do pogody. Do tego pcha przed sobą wielki wózek i widać, że jest zmęczony. Ma długie spodnie, zakryte buty, bluzę z długim rękawem i czapkę. Siedząc na poboczu drogi SS-16, która leci przez cały kraj wzdłuż morza, przyglądamy się bezdomnemu, który zmierza w naszym kierunku. Lekko poirytowani naszą szybkością przemieszczania się, nie mamy ochoty na rozmowy. Już z daleka słyszymy radosne nawoływanie starszego pana i krzyczę od niechcenia po włosku, że nie mówimy w jego języku, bo jesteśmy z Polski.

Wielki uśmiech i błysk w oczach nieznajomego. Mówi po polsku: 'witajcie rodacy! A co wy tutaj robicie?'

Prześlij komentarz

.