Łapówka do Kosowa, czyli zagubieni w Europie - Włochy, część 3.

Węgierski kierowca zatrzymuje się pośrodku autostrady, pokazuje na zjazd w prawo i mówi 'Szeged'. Uśmiechamy się i przytakujemy - tak, też chcemy jechać do Szegedu! Pan jednak kręci głową i powtarza to samo zdanie. Węgierski bełkot nie ma ani jednej wspólnej sylaby z językiem polskim, więc dopiero po jakichś 5 minutach łapiemy, że my musimy jechać w prawo na Szeged, a pan - do Budapesztu. Obiecuję sobie, że kiedyś nauczę się podstaw węgierskiego.

Spacerując beztrosko autostradą zastanawiam się, czy mamy większe szanse na mandat, czy na rozjechanie. Maciek powiedział przed wyjazdem że nie może się doczekać, aż zobaczy, że w końcu zmienia się krajobraz - Węgry nie są jeszcze tym, czego szukamy, ale niewątpliwie widoki są przyjemne. Gdzieś w oddali widać pagórki, ruiny zamku, jakieś większe miasto, a dookoła nas rozciągają się pola - choć już trochę inne, niż w Polsce. Rozglądając się po okolicy łapiemy stopa przez dłuższy czas - na autostradzie mało kto chce się zatrzymać, a jak już się zatrzyma, to niekoniecznie jedzie tam, gdzie my.


Jeszcze tylko łapówka i jedziemy do Kosowa.
W końcu zbiera nas człowiek, który mówi trochę po niemiecku. Maciek z zasobem swoich kilku słów prowadzi rozmowę, a ja oglądam filmiki jak dzieci kierowcy podrzucają piłkę i krzyczą coś w nieznanym mi języku. Później oglądamy zdjęcia jego trzech domów, miliarda samochodów i dowiadujemy się, że pan kupuje auta w Niemczech, a później sprzedaje je... w Kosowie. Tak więc zamiast na południe Węgier, planujemy przejechać razem jeszcze całą Serbię, aż do państwa, które kojarzy mi się tylko z wojskiem i czołgami na ulicach.

(nie wiedziałam, że Google Maps wyznacza trasę nie przez granicę Serbii i Kosowa...)

 
Dojeżdżamy do granicy. Tu już nie przekracza się jej ot tak sobie, dostając tylko smsa od operatora, że jesteśmy w innym państwie. Kontrole graniczne, budki, strażnicy, kolejki tirów. Będziemy musieli tu poczekać na ojca i brata naszego Serba, którzy jadą tu z Kosowa - nastąpi wymiana i razem z niemieckim mercedesem zostaniemy przekazani w ich ręce, a kierowca wróci do Niemiec po kolejne auta. Siedzimy przy przejściu granicznym i uczymy się dziwnych słówek ze słowników, a po jakichś dwóch godzinach ruszamy w dalszą podróż. Zastanawiamy się, czy brak paszportu Maćka nie będzie problemem, bo podobno trzeba dostać jakąś specjalną pieczątkę, żeby móc później wjechać na teren Kosowa. Kierowcy tylko śmieją się z naszych obaw i dodają, że jak mamy na granicy problem, to wystarczy razem z dokumentami podać 5 euro, paczkę fajek lub... czekoladę.

Nie wiem dlaczego, ale zaczynam czuć ogromną ekscytację i jednocześnie niepokój w związku z Serbią. Może dlatego, że brzmi egzotycznie, nigdy tam nie byłam, nie jest nawet w Unii i nie wiem nic o tym państwie? Jedyne co mi się z nim kojarzy to oczywiście wojna. A smsy stąd kosztują miliard!

Zatrzymujemy się na stacji benzynowej, żeby zatankować. Wracamy do auta i... nie możemy ruszyć. Uparty mercedes nie chce odpalić. Zjawia się z sześciu Serbów ze stacji, elektryk, mechanik i cała reszta ludzi, która powinna sobie z tym poradzić. Niestety, po kilku godzinach czekania rezygnujemy z wyprawy do Kosowa. Jest już zupełnie ciemno, bo dochodzi północ i nie mamy pojęcia, co ze sobą zrobić. Nie mamy noclegu, stopa na autostradzie nie będziemy łapać, bo wszędzie krąży policja (dlaczego?!). Jesteśmy około 2 kilometrów od granicy i postanawiamy pójść tam, żeby złapać cokolwiek, gdziekolwiek, najlepiej jak najdalej.

Maszerujemy dalej z poczuciem, że Serbia nas pokonała - choć Maciek twierdzi, że zepsucie się auta było znakiem, że może nas spotkać coś złego. Decydujemy się jechać w zupełnie inną stronę i zbliżamy się do granicy.

Mijamy budki, pokazujemy dowody i kroczymy dzielnie z powrotem na Węgry. Widok pieszych turystów - zwłaszcza po północy - jest dość rzadki, ale nikt o nic nie pyta, bo do tego wypada mówić po angielsku. Mijamy kolejnego strażnika który krzyczy coś po serbsku - więc my krzyczymy po polsku. Pan machnął ręką więc uznałam, że możemy iść - i wtedy zaczyna się pogoń za uciekinierami - czyli za nami. Wrzeszczą na nas, każą wrócić, a ja nie mam pojęcia, o co chodzi. Serbowie w busiku, którzy właśnie są w trakcje przeszukiwania, znają angielski i tłumaczą, że my też musimy pokazać swoje plecaki. Całe zamieszanie tylko po to, żeby na pytanie 'alkohol? papierosy? narkotyki?' odpowiedzieć trzy razy 'nie' i móc pójść dalej. No właśnie... pójść dalej. Ale dokąd?


Znowu do Austrii
A co mi tam, nie mam nic do stracenia. Pytam Serbkę z busika, czy zabiorą nas gdziekolwiek. W ten właśnie sposób 'złapaliśmy' stopa znowu do Austrii - albo nawet i Szwajcarii, tylko po co? Chcemy jechać na Słowenię lub do Włoch, więc wysiądziemy pod naszym 'ulubionym' Wiedniem i odbijemy na południe.

Nocna podróż z Serbami to sporo śmiechu, zimne napoje (chcieli nam dać śliwowicę!), rozmowa, ale dla mnie przede wszystkim upragniony sen. Zostaje jednak przerwany w momencie, kiedy zatrzymuje nas węgierska policja. Przez nasze towarzystwo zrobiło się za dużo osób w samochodzie...

Świecą po oczach latarkami i ze zdziwieniem patrzą na jednego z Serbów, który niedawno został zmieniony przez innego kierowcę, a teraz śpi z tyłu busa na podłodze. Kręcą nosami i widząc problemy, postanawiamy wytłumaczyć, że to wszystko nasza wina - biednych, zdesperowanych autostopowiczów, którzy do tego auta się właściwie wprosili. Młody policjant i policjantka w średnim wieku biorą nasze dowody i... zaczynają je tasować jak żetony z pokemonami, pokazując palcami na nasze zdjęcia i patrząc na zaspane twarze. Śmieją się z nas po węgiersku, co mnie naprawdę zaskoczyło, ale i rozbawiło. Uwielbiam Węgrów!

Prześlij komentarz

.