Droga na Brno - Włochy, część 1.

Ostatnio całkiem przypadkiem trafiłam na pamiętnik z jednej z pierwszych podróży... właściwie najcięższej, najgorętszej i najbardziej dzikiej.



Jak już pewnie niektórzy zdążyli wywnioskować z chaotycznych wpisów, pierwsza podróż to krótki wyjazd na Litwę 1. czerwca 2012. Po powrocie namówiłam Maćka, żeby 'przejechał się ze mną do Grecji'. Kilka dni później byliśmy już umówieni przy drodze wyjazdowej z Pabianic, mając nadzieję, że w 3 dni uda nam się dojechać nad Morze Egejskie, porozkoszować się upałem i zimnym piwem na plaży i sprawdzić, jak ma się kryzys. I oczywiście sprawnie wrócić. Nie przewidzieliśmy tylko, że jadąc bez mapy, prawie żadnego doświadczenia, namiotu i jedzenia, możemy wylądować w zupełnie innej części Europy. I włóczyć się po niej dwa razy dłużej, niż planowaliśmy.

To śmieszne, że niedawno dostałam taką mniej więcej wiadomość: 'lepiej by było, gdybyś pisała bloga prosto z trasy. Wszyscy emocjonowaliby się dwa razy bardziej mając świadomość, że możesz nie wrócić, umrzeć. Jak czyta się te wpisy z opóźnieniem to jest trochę mniejsza frajda'.

Proszę wybaczyć. Od przyszłego roku będę zabierać ze sobą kilo internetu, żeby wszyscy mogli zobaczyć być może ostatni, przedśmiertny wpis!


---
13 czerwca 2012.
Błagam, nie jedźmy dzisiaj.
Ból głowy potęguje najbardziej znienawidzona melodyjka. Czując, że zbliża się koniec świata na oślep próbuję wymacać telefon, który powinien leżeć gdzieś pod łóżkiem. Budzik dzwoni coraz głośniej i wiedząc, że nie ma innej metody, żebym wstała, dobrowolnie zrzucam się z łóżka. Teraz leżę na podłodze i próbuję wyłączyć budzik w komórce. Jest ósma rano, jestem niespakowana, a za godzinę jadę na drugi koniec Europy autostopem. Do tego mam tak potwornego kaca, że pewnie w pierwszym złapanym samochodzie zwymiotuję i na tym skończy się wielka wyprawa.

Jedną wiadomością udaje mi się przekonać Maćka, że warto się wyspać przed takim wyjazdem, dlatego przekładamy go o dwie godziny. Mimo wszystko nadal jest mi niedobrze i nawet nie wiem, od czego zacząć pakowanie. Nie mam nic do jedzenia, nie mówiąc o tym, żeby zabrać coś w drogę. Nie mam śpiwora! Biorę więc pożyczony od Natalki, który grubością przypomina prześcieradło. No ale jest. Wrzucam do plecaka losowo znalezione rzeczy i wychodzę na autobus. Dojeżdżam do trasy Pabianice-Rzgów i już wiem, że niepotrzebnie się spieszyłam. Maciek pewnie spóźni się z godzinę, a poza tym po drodze idzie do marketu po jakieś drobne zakupy. Bardzo rozsądnie proszę o kupienie aż dwóch zupek chińskich i jednej bułki. Prowiant na drogę pierwsza klasa.

Wpół siedząc, wpół leżąc na chodniku zostaję kilka razy zaczepiona przez przechodniów 'czy wszystko w porządku?', a przejeżdżające koło mnie auto trąbi i kierowca pyta, gdzie jadę. Jeszcze nigdzie proszę pana, najchętniej wróciłabym do domu i przespała całe popołudnie, chcąc uniknąć bólu istnienia dzień po piciu.

Naładowany pozytywną energią Maciek dodaje mi trochę sił i idziemy kilka metrów, żeby złapać stopa do Rzgowa (tam biegnie trasa Łódź-Katowice). Wyciągam rękę i zatrzymuje się pierwsze auto. Maciek jest pod sporym wrażeniem biorąc pod uwagę fakt, że to jego pierwsza autostopowa wyprawa.

Nie jest jednak dobrze cieszyć się na zapas. Trzypasmowa droga wiodąca na południe Polski, duży ruch, zatoczka dla autobusów - słowem - idealne miejsce do łapania stopa, a mimo wszystko łapiemy już z 40 minut. Nikt, absolutnie nikt nie chce się zatrzymać! W końcu kilka metrów przed nami zatrzymuje się prawdziwa, najprawdzisza w świecie karetka. Kiedy w końcu udaje nam się zrozumieć, że panowie naprawdę zatrzymali się dla nas, że złapaliśmy na stopa karetkę... wsiadamy i robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Stop na kilkadziesiąt kilometrów. Ale najważniejsze, że ruszyliśmy się z miejsca.



Stop łapie nas.
Wysiadamy na wysokości Piotrkowa Trybunalskiego pod jakąś karczmą. Dziękujemy za podwózkę i idziemy w stronę wjazdu na trasę. Wtedy trąbi na nas tir i przez okno wychyla się sympatyczny chłopak który pyta, gdzie nas zawieźć. Wskakujemy do kabiny - jedziemy do Chorzowa!

Kilkugodzinną podróż Maciek przesypia, a ja na ten czas przejmuję rolę psychoterapeuty. Wysłuchuję różnych życiowych dylematów i historii wszystkich romansów. Staram się pomóc, choć mówienie mądrych rzeczy na kacu to dość trudne zadanie. Wysiadamy na autostradzie i pozbywamy się sporej części naszych skromnych zapasów żywności. Łapiemy kolejnego stopa - Ślązaka, który jedzie furgonetką i wcina prawdziwą, śląską kiełbasę. Tym razem to Maciek przejmuje rolę rozmówcy a ja słysząc temat polityki, odrobinę przysypiam.

Przejeżdżamy 80 kilometrów na południowy-zachód i wysiadamy w Raciborzu. Idziemy kawałek ruchliwą i wąską drogą, która podobno leci w stronę czeskiej granicy. Mimo że nie da się na niej zatrzymać, próbujemy coś łapać...
Zatrzymuje się mężczyzna w średnim wieku, blokując jednocześnie jadący za nim sznurek samochodów. Wsiadamy do luksusowego, klimatyzowanego auta w biegu, choć i tak wszyscy już na nas trąbią. Trudno. Kierowca nie zawiezie nas daleko - tylko do jakiejś stacji benzynowej, ale podróż wspominam do dzisiaj z uśmiechem na twarzy. Dowiedziawszy się o naszym 'szalonym' pomyśle próbuje nas powstrzymać, a widząc, że nie przynosi to efektów, pan wręcza nam wizytówki. 'Jestem psychiatrą. Po drodze różne rzeczy Was mogą spotkać, pewnie jak wrócicie, będziecie potrzebować pomocy specjalisty'.

Napełnieni wiarą w siebie po tej krótkiej rozmowie, łapiemy kolejne 3 stopy, którymi wydostajemy się z Polski.
Pierwszy zagraniczny kierowca to Węgier, który mieszka w Czechach, a tankuje w naszym kraju. W swoim języku wytyka nam pierwszy błąd, a jego rady bierzemy sobie do serca - to facet powinien wsiadać pierwszy!

Na stacji spotykamy dwóch polskich kierowców tirów którzy mają nas w nosie i nie są zbyt zainteresowani towarzystwem. Po jakichś dwóch godzinach prób i błędów zagadujemy do kierowcy na wrocławskich tablicach - Dawid jedzie do Wiednia i z chęcią nas zabierze.


'Jestem jak Podolski'
W ten właśnie sposób Dawid określa samego siebie. Syn Polaków urodzony i wychowany w Niemczech, który 4 lata temu przyjechał do Polski.. pracować. Jest bardzo zdziwiony, że słyszymy jego zagraniczny akcent. Dawid jest bardzo zaaferowany, kiedy dostaje smsy od swojej młodziutkiej żony, dlatego cały czas pisze wiadomości i prosi Maćka, żeby przy prędkości 200km/h potrzymał kierownicę.

Decydujemy się nie jechać do Wiednia, tylko do Brna. Nie będzie to dobrą decyzją, bo gubiąc się po Europie wylądujemy jeszcze w Wiedniu, i to nie raz...




Świetnie mówiący po angielsku Czech zawozi nas pod centrum handlowe i Ikeę, które znajdują się przy trasie do Bratysławy. Stoimy z wyciągniętym kciukiem przy małym rondku, na wyjeździe z parkingu (co za głupi pomysł!), ale na szczęście udaje nam się zatrzymać... no właśnie, kogo? Nie umiemy porozumieć się w żadnym języku, bo nasz kierowca jest albo z Tajlandii, albo z Wietnamu, albo... całą drogę debatuję na ten temat z Maćkiem, a w efekcie nie zauważamy - dopiero pisząc tę notkę widzę! - że przekroczyliśmy granicę czesko-słowacką. Mkniemy teraz rozsypującym się autem z mieszkańcem Azji, który włączył muzykę ze swojego, wciąż niezidentyfikowanego państwa. Do tego nasz kierowca chyba nie wie, że w aucie jest coś takiego jak kierunkowskaz. I nadal nie mamy pewności, czy jedziemy w dobrą stronę. Dzień powoli się kończy, a my słuchając piosenek z końca świata, cieszymy się jak dzieci.

Prześlij komentarz

.