Włamywacze na boisku. (część 14)

23. lipca 2013, wtorek.
DZIEŃ DWUNASTY

Szykujemy się do wyjazdu z Batumi. Przed 11. wychodzimy w miasta, zaopatrując się po drodze w tutejsze przysmaki - tanie jak barszcz nektarynki (nie wiem, ile kosztuje barszcz, ale za kilogram owoców płacimy 0,5 lari- złotówkę). Hitem są jeszcze ciepłe wypieki - ciasto francuskie z mięsem mielonym, z kurczakiem, mieloną fasolą, kapustą i grzybami, słonym serem i wieloma innymi wariantami. Kosztują tyle, co u nas drożdżówka, a kupić je można w każdym sklepiku z szyldem 'fast food'. Na Bałkanach myślałam, że nie ma niczego lepszego, niż burek - a teraz już wiem, że co kraj, to odkrycie.


Obrzeża Batumi są zatłoczone i w niczym nie przypominają miejscowości turystycznej. Idziemy przez pchli targ, który ciągnie się wzdłuż drogi. A proste i przyjemne to nie jest, bo chodniki są zapchane ludźmi, a ulice - trąbiącymi autami. Po dłuższym czasie w końcu pytamy o drogę. Oczywiście okazuje się, że to nie ta.

Wylotówka jest równie nieprzyjemna, bo na 10 samochodów, 9 to taksówki. I jak tu łapać stopa? Kiedy nareszcie ktoś się zatrzymuje, zostajemy wyśmiani za to, że chcemy przejechać choćby kilometr za darmo. Przecież TAK SIĘ NIE DA.

Ja wiedziałam, że łapanie z polską flagą uratuje nas w Gruzji. Przecież oni kochają Polaków i na widok biało-czerwonego skrawka materiału od razu będą się zatrzymywać. Nie do końca miałam rację, bo zatrzymuje nam się Hiszpan i jego dziewczyna z Polski. Mieszkają tu od kilku lat i przekonała ich tylko flaga, bo normalnie stopowiczów nie zabierają. Jedziemy z nimi w stronę Poti, żeby później odbić na Tbilisi.



The Fast and the Furious
Na szczęście kierowca nie ma problemów z jazdą. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że gruziński styl prowadzenia samochodu to czysta patologia. Jeśli jezdnia składa się z dwóch pasów, to Gruzin zrobi na niej 3, może nawet 4. To jest zasada stosowana przez wszystkich i prawdopodobnie uznana za normę, co nie zmienia faktu, że mnie doprowadzała do szaleństwa. Znaki drogowe są bezużyteczne, linie na asfalcie również. Każde wchodzenie w zakręt jest jak rosyjska ruletka - nigdy nie wiesz, czy ktoś z naprzeciwka nie jest właśnie wyprzedzany przez 2 inne auta, które zmiażdżą cię na papkę.


Trąbienie w Gruzji to unikatowy język drogowców. W zależności od sytuacji, może ono oznaczać:

a) przesuń się, wyprzedzam na trzeciego
b) zjeżdżaj, mam zły humor
c) o, fajne dupeczki przy drodze
d) patrzcie wszyscy, mam odmalowaną ładę!
e) podróżnicy z jakąś flagą, podrawiam!
f) jedź szybciej
g) ej ty z naprzeciwka, nie śpij!
h) Boże, jakie nudy, potrąbmy trochę.

Na szczęście teraz siedzimy w terenówce, co zwiększa nasze szanse na przeżycie. Mimo wszystko wizja dalszego autostopowania w Gruzji trochę mnie przeraża.
A ja myślałam, że to we Włoszech na drogach panuje bezprawie...


O gruzińskim zwierzyńcu już niedługo!


Otoczeni postkomuną.
Kiedy wysiadamy, przez chwilę przechodzi mi przez myśl słowo 'piwo', ale wiejski sklepik mnie zniechęca. Raz, że wszystko w nim, łącznie z ekspedientką, miało chyba z 200 lat, a dwa - mimo naklejonych cen próbowano nam wmówić, że produkty kosztują więcej. Idziemy więc łapać stopa dalej - w towarzystwie krów, kaczek i gęsi biegających przy drodze.


Busikiem dojeżdżamy do Kutaisi, które okazuje się być wyjątkowo męczącym miastem. Przechodząc z wylotówki na wylotówkę, zatrzymujemy się na khinkali i piwo - Gruzja jest o tyle cudowna, że w restauracji piwo kosztuje tyle, co w sklepie. Jedzenie też jest tanie, więc przez cały pobyt w tym kraju będziemy wcinać miejscowe przysmaki.

Nie mając siły na dalszy spacer, łapiemy jeszcze w mieście. Znowu zatrzymuje nam się busik - Gruzja to tylko busiki i łady. I czarne wołgi. No i jeszcze taksówkarze - na jednego nawet nakrzyczałam, kiedy zaczął nas gonić i krzyczeć 'Tbilisi! Tbilisi!'


Najlepsze budynki w kraju, to posterunki policji. Oczywiście Gruzja 
dzielnie walczy z korupcją.


Podróżniczy rebel.
...czyli wtargnięcie na teren prywatny. Okazało się, że wcale nie złapaliśmy stopa do Tbilisi, tylko na kilka kilometrów. Wysiadamy przy rozjeździe i - zmęczeni wszechobecnym gruzińskim chaosem - szukamy kawałka trawy na namiot. Dookoła nie ma nawet śladu miejsca cichego i bezpiecznego, więc za cel obieramy szkołę - w końcu są wakacje. Wszystkie bramy i furtki zamknięte na kłódki, dlatego znowu mogę się poczuć jak dziecko i skaczę przez ogrodzenie. Niepokoją mnie tylko ludzie, którzy przyglądają nam się ze zdziwieniem. Dobrze chociaż, że placówka znajduje się praktycznie w lesie - może będzie spokój.

Wiem, że jestem infantylna, ale czuję się trochę jak Harry Potter w Dziale Ksiąg Zakazanych. Na szczęście po boisku nie biegały żadne psy-stróże (wpadłam na to oczywiście dopiero po drugiej stronie siatki); na wszelki wypadek chowamy się między płotem z tyłu a przybudówką. Nic ciekawego tam nie znajduję poza łopatą, młotkiem i krzesłem.

O jakie to dziwne - od tureckich pustkowi prosto w paszczę gruzińskiego rozgardiaszu! Za płotem (w lesie) kręcą się krowy, czasem przejedzie jakiś samochód.

***

24. lipca 2013, środa.DZIEŃ TRZYNASTY. 
Budzą mnie głosy. I niestety, nie te w mojej głowie. Za namiotem jest co najmniej kilka osób. Policja? Grupa antyterrorystyczna? Mafia? Władze szkoły, które chcą nas zabić? Chyba nie, gaworzą sobie przecież spokojnie. Jest przed godziną dziewiątą i czuję lekką dezorientację.

W końcu zbieramy w sobie tyle odwagi, żeby stawić czoło temu, co na nas czeka. A to tylko... kilku nastoletnich piłkarzy. Trenerzy i rodzice dzieciaków patrzą na nas z niedowierzaniem i naprawdę, naprawdę nie wiem, kto był bardziej zdziwiony czyją obecnością - my ich, czy oni naszą.

Obyło się bez żadnych pytań. Jak gdyby nigdy nic składamy namiot i ruszamy w stronę wyjścia. Z początku chcemy skakać przez płot, ale na szczęście w porę sobie uświadamiamy, że przecież ci wszyscy ludzie musieli tu wejść w normalny sposób...
Jak to dobrze, że rozbiliśmy się pod płotem, a nie na środku boiska!

Prześlij komentarz

.