W pogoni za samolotem. (część 2)

5. lutego 2014, środa.
DZIEŃ DRUGI.
Otwieram oczy i nie mogę podnieść głowy. Pierwszy raz w życiu moja ulubiona czynność była bólem i cierpieniem; spanie z głową na stole - nie polecam.


Jest 5. rano, a my idziemy na parking po 'nasze' umówione polskie tiry. I marznę tam znowu dobrą godzinę, a oni co? A oni sobie przejeżdżają obok i nic...

Wydawałoby się, że kolejny dzień autostopowej przygody, słoneczny poranek i nowa pula aut na stacji benzynowej przełamią złą passę. Rozczesuję palcami potargane pasma włosów, zażywam ostatnich orgastycznych dotyków grzejnika i z naburmuszoną miną wychodzę, by zmierzyć się z arktycznym powietrzem. Przez pierwsze kilka minut mam nawet wrażenie, że da się wytrzymać. Ale szybko mi przechodzi.

Nie wiem, czy to zła stacja benzynowa, zła droga czy w ogóle zły kraj, ale wszyscy jadą na północ do Hamburga. Właściwie gdyby nie samolot, pewnie już dawno bym to rzuciła w cholerę i pojechała gdzieś do Kambodży. W takich chwilach zastanawiam się, czy nie byłoby mi lepiej spędzić ferie przed komputerem. Przynajmniej nie groziłoby mi zapalenie płuc.

Koniec narzekania. Ci co jeździli stopem i miewali kryzysy, pewnie czują temat. Jak ktoś czegoś takiego nie doznał, to niech się przygotuje psychicznie na przyszłość. Taka cena wakacji w środku zimy za pół darmo. Teraz niestety czuję się jak plebs, tym bardziej, że wszystkie auta dookoła to Audi A8. Wiem, że już pojutrze będę wygrzewać się w afrykańskim słońcu, ale póki co moja szalona przygoda to tylko mróz i zmęczenie. W tym miejscu chyba czas na dowartościowanie się i wrzucenie jakiegoś ładnego zdjęcia z przyszłości.


***

Zaciskam zęby, przygryzam policzki. Minęło już kilka godzin odkąd obudziłam się pełna nadziei i wiem, że jak tak dalej pójdzie, to spędzimy tu jeszcze drugą noc. A przecież jutro mamy samolot!

Trzeba się rozdzielić. Kuba ma jechać z polskim kierowcą ciężarówki, a ja i Stafu mamy polować na osobówki. Może będzie lepiej, może jeszcze gorzej. Skostniałymi palcami przekładam dwie kromki chleba do upapranego sosem pomidorowym pojemnika. Tak, wymarmolone, obeschnięte kromki chleba to nasze ostatnie zapasy jedzenia. Wielkie pożegnania i Kuba znika...

...a potem Kuba uchyla okno, a my odruchowo, jakoś tak z desperacją i na wpół zamarznięci krzyczymy do kierowcy: 'A ILE MANDAT KOSZTUJE?'


Ale że przez Holandię?
Teraz to mam na wszystko wylane. Serio, niech mi wlepią milion euro, każda cena jest teraz warta opuszczenia Hannoveru (po 14 godzinach!). Usypiam. I podobno śpię z otwartymi oczami.


Stacja w Venlo nie jest przyjazna. Jak na żula przystało, wydłubuję ze śmietnika karton i robię kolejną tabliczkę. Pracownica stacji najpierw nam pomaga, ucząc wymowy nazwy lotniska, która jest w szatańskim języku Francuzów. A później nas sprzed stacji wywala, bo chyba wyglądamy zbyt biednie i odstraszamy klientów. Jak ja w tym momencie nienawidzę autostopu!
***

Z auta wysiada uśmiechnięta dziewczyna. O nie. Kolejna autostopowiczka. Z daleka wygląda na całkiem ładną i od razu się krzywię, bo nie lubię ładnych dziewczyn (przynajmniej na początku). Na szczęście kiedy się zbliża, okazuje się, że ma brodę długą jak koza, czarną jak smoła. Kuba prawie wymiotuje. Typowa Niemka.

Dobra, pośmialiśmy się z Niemek, ale fakt faktem, że to ona złapała stopa szybciej. Przerażeni wizją powtórki z Hannoveru, wpraszamy się do ciężarówki młodego chłopaka z Polski, który był na wojnie w Afganistanie.


'45 minut mogę pojechać'
Kierowcy nie zostało już dużo czasu jazdy na dzisiaj, ale wychodzimy z założenia, że teraz liczy się każdy kilometr. Mamy ich przejechać około 60, ale jak się okazuje, jedziemy razem jednak aż 3 godziny. Późnym wieczorem, ale jednak dzisiaj, docieramy do miejsca oddalonego od lotniska o zaledwie 35km.

Ęęęąą ą żesłi, nuzalą, łi łi, żoli garsą. Jak ja nienawidzę tego języka. Przy barze frytkowym próbujemy zagadać do kogoś, kto całkiem przez przypadek wybiera się w stronę lotniska. Niestety, mając słownik francuskiego, 6-letni staż w 'nauce' tego języka i zero zapału, ciężko mi sklecić zdanie. Coś tam powiedzieć umiem, ale zrozumieć...?

Koniec dnia jest rekompensatą wszystkich dotychczasowych niepowodzeń. Cud pod Brukselą polega na tym, że znajdujemy chłopaka, który oferuje nam podwózkę na lotnisko. W pełni szczęśliwi dojeżdżamy do Charleroi i szukamy jakiegoś cichego zakamarka, w którym będziemy mogli rozbić cygańskie obozowisko. Zuch dziewczyna! - przybijam sobie mentalną piątkę, myję włosy w łazience dla matki z dzieckiem i ścielę 'swój kawałek podłogi'.

Prześlij komentarz

.