U stóp góry Kazbek. (część 18)


Dwudziestyktóryś lipca 2013,
MNIEJ WIĘCEJ W POŁOWIE WYPRAWY
Nie wiem czy to lenistwo, zmęczenie materiału czy brak czasu na tak prozaiczną rzecz, jaką jest pisanie wylanym długopisem w zamoczonym zeszycie. Tak czy siak, od kilku dni moja papierowa wersja 'Podróży...' leży gdzieś na dnie plecaka i na samą myśl o pisaniu ogarnia mnie ogromna niechęć. Zresztą ostatnie dni są jak z filmu akcji, komu by się chciało to wszystko notować?

Muszę improwizować. Nawet tamtego chłodnego poranka zastanawiałam się, czy aby na pewno dzisiaj jest niedziela, czy aby na pewno jeszcze jest lipiec. Czy to jeszcze wakacje? Ubrana w trzy bluzy i kurtkę zwątpiłam, ale poranek w górach nie może być upalny.

Borys przygotowuje nam herbatę z Kazachstanu i wręcza pudełeczko dziwnych, małych listków jako prezent. Pachnie wyśmienicie i nie wiem, jak smakuje, bo wypijamy wrzątek - parząc się i próbując rozgrzać. Jak zawsze rozsądnie przygotowani uświadamiamy sobie, że nie mamy nic do jedzenia; ostatni posiłek był dobre 16 godzin temu. Na szczęście znajdujemy otwarty sklep - i to z jaką nazwą!


Market Google!

Oprócz wódki, papierosów i win, w sklepie na szczęście był również chleb. Ceny jak ceny - dla turystów, dlatego jak prawdziwi Polacy-biedacy zaopatrujemy się jeszcze w dwie cebule i kilka najtańszych warzyw. Będzie syto.


Spójrz na środek zdjęcia, przesuń wzrok odrobinkę w prawo.
Widzisz klasztor? Tam idziemy.

Mijając parking znowu mamy duże powodzenie wśród taksówkarzy. Może nie o tyle taksówkarzy, co po prostu miejscowych, którzy wwożą jeepami turystów pod sam klasztor. Mimo że to tylko 1,5-godzinny spacer przy pięknych krajobrazach, mnóstwo odwiedzających rezygnuje z wędrówki i płaci bajeczną kwotę za wjazd, zrobienie pamiątkowej foci na Facebooka i zjazd. Ach, przygoda!


Miejscowi mają tu dość monotonne życie. W sezonie zarabiają na turystach i piją wódkę, zimą - piją wódkę. Ci, którym nie chce się pracować, całymi dniami siedzą na ulicach i obserwują. Sceny jak z ławeczki przed monopolowym z serialu 'Ranczo'.


Plątaniną dziwnych rur płynie gaz. A przy drogach wygrzewają się świnie.

Kiedy opuszczamy 'cywilizację', zaczynamy się... gubić. Szczęście w nieszczęściu, wyprzedzające nas terenówki są drogowskazem. Aut przejeżdża tak dużo, że przy węższych odcinkach zatrzymujemy się i schodzimy z drogi. Stojąc tak i przepuszczając kilka samochodów, decydujemy się na szybkie śniadanie i robimy kanapki z nutellą. Mijające nas starsze małżeństwo pyta: 'po ile?' myśląc, że stoję tu cały dzień i sprzedaję turystom jedzenie...


Na zmianę jest mi gorąco i zimno. Sapiąc i dysząc, w kółko zdejmując/zakładając ciepłe ubrania, nabawiam się pierwszego przeziębienia.


Cminda Sameba, wizytówka Gruzji. Wypluwając płuca, goniąc zaprawionego w górskich wędrówkach Kubę i ślizgając się w błocie, mijam ostatni zakręt i moim oczom ukazuje się najpopularniejszy monastyr, chyba jedna z największych atrakcji Zakaukazia. Wszystko pięknie, tylko czasem mogą irytować wrzaski: 'E, Krysia, wracaj no tutaj zrób nam zdjęcie!'
Jesteśmy wszędzie, naprawdę.


Pies-przybłęda. Z moich obserwacji wynika, że co drugi autostopowicz
będący w tym miejscu ma z nim zdjęcie.


Podróżujcie ze szprotkami w sosie pomidorowym! Mają datę ważności na 10 lat do przodu, nie zabije ich żadna temperatura, a do tego zajmują niewiele miejsca. Pycha!
(mamy spędzić tu dwa dni, a właśnie pozbyliśmy się połowy zapasów jedzenia...)

 
(każdy autostopowicz wygląda czasem jak żul)


W tle Kazbek - jeden z najwyższych szczytów Kaukazu (5034 m n.p.m)

 
Nie mogło zabraknąć krów, taksówkarzy i całych pielgrzymek polskich turystów.


Klasztor widziany z bliska nie robi już takiego wrażenia, co oglądany z dołu. Kiedy chcę wejść do środka, śladem innych kobiet owijam głowę chustkami, które dostępne są na miejscu. Puszczam wodze wyobraźni i stroję się w różowe, purpurowe i bordowe szale, jak zawsze dbając o dobry imidż.

I kiedy w końcu - obwieszona jak choinka - chcę wejść do środka, jakiś młodzieniec poucza mnie, że jestem zbyt roznegliżowana. Obwiązuje mnie szczelnie pozostałym materiałem, zakrywając też nogi (na długie, grube spodnie, naprawdę?). W środku słychać tajemniczy śpiew, który momentalnie przechodzi w agresywne wycie. Na posadzce pokłony biją mnisi. O co chodzi?...


Wieczorem przychodzi czas na kolację, a że przed południem wchłonęliśmy prawie całe jedzenie, na dzisiaj została nam jeszcze tylko jedna zupka chińska i kawałeczek bułki. Plujemy sobie w brodę, że nie zaopatrzyliśmy się rozsądniej, bo przez to jutro będziemy musieli wracać. Ustawiamy menażkę w żarze i przykrywamy kamieniem, a później już tylko pół godziny oczekiwania na wrzątek i zastanawiania się, ile piachu, trawy i popiołu będzie zawierał nasz rosół.



Dzień następny.
Noc przynosi nagłe załamanie pogody, przez co jest nam trochę mniej smutno, że musimy już wracać. Wiatr, zimny górski deszcz i gęsta mgła trzymają nas w namiocie do południa, ale widząc, że się nie rozpogodzi, postanawiamy się zbierać.

Ale co by to była za przygoda bez efektów dźwiękowo-świetlnych? Ni stąd, ni zowąd - jak to w górach -pojawiają się pierwsze błyskawice, huk grzmotów odbija się od pionowych ścian skał, chmury są trochę poniżej naszego obozowiska, a ja właśnie przechodzę stan przedzawałowy.


Cisza przed burzą. Chwilę później widoczność była... nie no, nie było jej wcale.

Jako dziecko każdą burzę traktowałam jak koniec świata. Szkoda, że ta ma miejsce na wysokości 2200m n.p.m, a dookoła są tylko: otwarta przestrzeń i błoto. Zaciskam zęby i podejmuję najszybszą decyzję w swoim życiu. W wersji ocenzurowanej brzmi ona: UCIEKAMY.

Mijamy kilka samochodów, chcąc się szybko ewakuować na dół pytamy o wolne miejsce. Miejsca nie ma. Idziemy w stronę tej drogi, którą przyszliśmy, ale w deszczu przypomina ona bardziej jakieś wybitnie błotniste dorzecze Amazonki po tropikalnej ulewie. Zawracamy i biegniemy w stronę ścieżki za klasztorem, która jest skrótem o nachyleniu 90 stopni.

Takie momenty zmuszają mnie do myślenia nad jedną rzeczą. Dlaczego, do cholery, nie leżę teraz na plaży w Tunezji i nie nabieram pięknej opalenizny, tylko szlajam się przemoknięta do suchej nitki, głodna, brudna i padnięta? Nie wiem. Ale wiem za to, że za rok, za dwa lata i za 10, będzie dokładnie tak samo. Uśmiecham się do siebie jak głupia.

***

Kiedy burza się oddala, opuszczają mnie wizje żałosnej śmierci i zaczynam się koncentrować na tym, żeby nie połamać nóg, rąk i kręgosłupa. Każdy kamień po którym się poruszam wygląda zdradliwie, dlatego schodzę w ślimaczym tempie, momentami idąc na czworaka. Nigdy więcej takich skrótów.

W końcu moja czujność zostaje uśpiona i jeden zdradziecki głaz osuwa się, porywając mnie, plecak, przywiązany do niego śpiwór i kilogramy błota zmieszanego z trawą. I nie powiem, przyspiesza to trochę moje zejście, a kiedy w końcu wylatuję na drogę, zatrzymuje się jeep z rosyjskimi alpinistami. Litości! Przemoczonych, brudnych i ubłoconych, zabierają nas na dół.

I oczywiście wtedy się wypogadza.

Prześlij komentarz

.