Trabzoński kryzys. (część 10)

Wizyta w Trabzonie brzmi jak przygoda. Wysiadamy przy rozjeździe, w oddali widzę Morze Czarne - po raz pierwszy w życiu! Duże ilości wody, palmy, cywilizacja i co najważniejsze - zimne piwo na plaży. Tego mi trzeba. Z pozytywnym nastawieniem maszerujemy w stronę centrum. Przyglądają nam się od góry do dołu szczelnie poowijane chustami kobiety - mówię w ciemno, że jest ponad 40 stopni.

Miasto jest spore, wielkości Szczecina. Mimo bliskości morza, teren nie jest płaski - osiedla mieszkaniowe rozciągnięte na wzgórzach sprawiają wrażenie, że Trabzon faluje. Duży ruch na drogach, dużo ludzi, sprzedawców i handlarzy. Z każdym krokiem krajobraz przemysłowy zmienia się w turystyczno-mieszkalny.


Czuję się trochę tak, jak podczas uroczystego marszu. Mimo że wyglądam jak żul i pot kapie mi z twarzy, mam wrażenie, że jestem gwiazdą i idę po czerwonym dywanie. Wszyscy dookoła oglądają się za nami, trąbią, machają, zagadują. Robią zdjęcia! Jasne włosy, oczy i karnacja i wielkie plecaki na plecach, robią z nas egzotycznych gości z daleka.

Gdy docieramy do centrum, cały czas pryska. Tutaj już nie jesteśmy dzielnymi podróżnikami z Polski, tylko zwykłymi turystami. Każdy chce coś sprzedać, każdy jest 'taxi' i chce nas gdzieś zawieźć.


Mijamy bazar przy ulicy, która prowadzi w dół. Szybko się męczę, a na sam koniec prawie umieram w wyniku poślizgnięcia się na mokrej kostce brukowej - tak to jest, jak się chodzi w klapkach z 20-kilogramowym plecakiem na plecach.


To, co rzuciło mi się w oczy, to liczba 61. Są całe stoiska z samymi koszulkami z napisem '61', są breloczki z napisem '61', bransoletki z '61', nawet skarpetki z '61'! Przez długi czas nie mamy pojęcia, co takiego ciekawego może być w tej liczbie. W końcu Kuba odkrywa z przerażeniem, że sześćdziesiąt jeden to po prostu... numer tablic rejestracyjnych Trabzonu. I o to tyle krzyku! Wyobrażacie sobie koszulki z napisem - na przykład - 'EPA' albo 'DWR'?


Centrum Trabzonu jest zadbane i ładne, choć raczej się niczym nie wyróżnia. Po długim spacerze chowamy się w maku, bo klimatyzacja przy takiej pogodzie to w tej chwili jedyne słuszne rozwiązanie (ja tu muszę chodzić w długich spodniach!). Sporo nasłuchaliśmy się o przestępczości w tym mieście, dlatego nie robi na nas zbyt dużego wrażenia z pozoru normalna, młoda parka, gdzie facet ma przy sobie dwie spluwy.


Z przykrością odkrywamy, że wifi jest płatne. Czyli z szukaniem kogoś na CouchSurfingu nici. Skoro nie zostaniemy w Trabzonie dłużej, musimy odhaczyć ostatni punkt naszej wizyty. Piwo na plaży! Kierujemy się w stronę morza i dochodzimy do wniosku, że w pobliżu coś takiego jak 'plaża' chyba nie istnieje.


Mało tego! Nigdzie nie można dostać piwa! Nawet w sklepach poobwieszanych szyldami browaru 'Efes' nie ma co o nie pytać. W końcu znajdujemy je w supermarkecie - w dużej, plastikowej butelce, strasznie niedobre i drogie jak cholera. Prohibicja w Turcji, a do tego ramadan - paskudna rzecz!

Robimy piknik przy morzu, a następnie urządzamy 'plażowanie'. Z przerażeniem przyglądam się młodym Turczynkom, które spacerują ze swoimi chłopakami - każda ma długie spodnie i zakryte ramiona, mimo że żar leje się z nieba.


Pora wyjechać z Trabzonu i znaleźć dobre miejsce na nocleg. Do granicy z Gruzją zostało nam niespełna 2 godziny jazdy, ale najpierw planujemy się wyspać. Niby plany na dzisiaj, ale do nich daleka droga - jak już się wjedzie do dużego miasta, to trzeba z niego jakoś wyjechać.
Najpierw obieramy kurs na wylotówkę. Znowu niezbyt przyjemny marsz przez zatłoczone miasto. Idąc przez tunel również wzbudzamy zainteresowanie kierowców. Miło, że nam machają, ale kiedy trąbi na nas tir, prawie dostaję zawału. Jak można być takim kretynem, żeby trąbić w tunelu! Przysięgam, gdybym całkiem przypadkiem miała w ręku cegłę, poleciałaby prosto w kierunku twarzy kierowcy.

Kiedy mój słuch z powrotem funkcjonuje normalnie, decydujemy się wyjechać z centrum busem. Właśnie przechodzimy koło ich 'pętli', wyjmuję tureckie rozmówki i zaczynam skomplikowane dialogi (ile to sprawia frajdy!). Ceny biletów są całkiem niskie, więc pytamy, do którego busa wsiąść. To jest niesamowite, że kiedy raz w życiu podczas podróży autostopowej chcemy skorzystać odpłatnie z busa, żaden kierowca nas nie chce zabrać... W pojazdach rozgaszczają się za to babcie obładowane zakupami i masa innych osób, więc dla nas chyba miejsca nie starczy. Z rozczarowaniem stwierdzamy, że szybciej złapiemy stopa w centrum, niż doczekamy się kolejnego busa, dlatego przez chwilę próbujemy coś zatrzymać. Kiedy wszystkie moje nadzieje umierają, udajemy się w dalszą wędrówkę.

Idziemy, idziemy, idziemy... Czas na odpoczynek. Zmęczenie wywołuje mały kryzys. I tu ma miejsce długa rozmowa o tym, jak to każdy z Was myśli, że autostop to taka laba. Ale o tym innym razem.


Powoli przystosowuję się do tutejszych zasad ruchu drogowego, czyli właściwie do braku zasad. Mimo wszystko kiedy chcemy przejść przez ulicę, mamy czerwone światło, a przed nami śmigają rozpędzone auta, to po prostu czekamy na zielone. Nagle podjeżdża policja i przygląda nam się ze zdziwieniem. Pokazują nam, że mamy przechodzić na czerwonym. Policja?

Takie drobne sytuacje wywołują uśmiech - bardzo potrzebny właśnie teraz, kiedy mam tego wszystkiego dosyć i po prostu nie chce mi się iść ani kroku dalej. Po drodze jakiś starszy pan wręcza nam czekoladki w kształcie pandy - niby nic, ale od razu poprawia mi się humor.
Łapanie na wylotówce to bułka z masłem. Trochę wybrzydzamy, ale w końcu decydujemy się pojechać do Of - 50 kilometrów wzdłuż morza. Już jutro Gruzja!

Prześlij komentarz

.