Stambuł wita nas alarmem bombowym. (część 3)


Zniecierpliwieni brakiem naszego kierowcy ruszamy szukać Burhana. Wtedy na stole pojawiają się już trzecia porcja czaju (najlepszy, bo darmowy!) - zostajemy jeszcze chwilę i zostawiamy wszystkie drobniaki w kilku walutach, jakie mamy przy sobie.



Nareszcie jest piękna pogoda! Zdejmuję płaszcz i delektuję się oślepiającym słońcem. Mówię nawet Michałowi, że ja już czuję się spełniona i mogę wracać do domu - wiosna na początku lutego, o tym marzyłam!

Wracamy do przejścia granicznego. Po drodze mijamy węgierskiego tirowca, który pyta nas, czy chcemy jechać do Stambułu (zapomniałam dodać że kiedy czekaliśmy na Burhana, dostaliśmy ze 3 propozycje podwózki). Odmawiamy, bo przecież nie mamy ze sobą połowy rzeczy, ale żalimy się swoją nietypową sytuacją. Węgier mówi że 5 godzin na granicy wróży nam kłopoty, bo zazwyczaj stoi się 2. Już się zastanawiam, za czym ze straconych rzeczy będę najbardziej tęsknić. Siadamy pod meczetem i rozdzielamy się - Michał idzie na granicę, a ja mam łapać Burhana gdyby się minęli.

Burhan przepadł bez wieści. Michał wraca do węgierskiego tirowca, żeby poprosić go o pomoc. Mają razem namierzyć wszystkie ciężarówki, które jadą do Iraku. Ja w tym czasie czekam i dziękuję za podwózkę kolejnym kierowcom, którzy na widok autostopowiczów zatrzymują się od razu.


Na horyzoncie pojawia się mężczyzna w dresie i z daleka rozpoznaję w nim Burhana. Czyli jednak nie uciekł! Jest nieziemsko smutny i oznajmia, że dalej nie pojedziemy, bo właśnie dostał karę 300 euro i musi najpierw jechać po jakieś zezwolenia do... Ankary (ostatecznie sobie chyba jakoś poradził, ale i tak było mi go żal).

Czekamy na Michała i idziemy na granicę do auta, żeby zabrać swoje rzeczy. Zbieramy się i dajemy Burhanowi flaszkę, dziękując za pomoc i opiekę. Żegnamy się i z powrotem idziemy pod meczet, żeby łapać stopa.

Jest 15 i na nasze nieszczęście właśnie zaczęła się modlitwa (codziennie odbywa się 5 razy). Głuchą ciszę (wszyscy są teraz w meczecie), przerywa wycie , trwa to około 10 minut. W tym czasie próbujemy coś złapać, choć w sumie nie ma kogo - ruch na granicy ustał, bo przecież trzeba zmówić paciorek.


Na początku łapiemy tylko osobówki, bo jadą o wiele szybciej niż ciężarówki, a do Stambułu zostało nam jeszcze z 250 km. Udało nam się zatrzymać gościa, który jedzie do... Syrii! Odruchowo chcę powiedzieć 'Michał, jak zajebiście, jedziemy do Syrii!' - i wtedy przypominam sobie, że przecież tam jest wojna... Przez następne minuty łapania wyobrażam sobie, że przekraczamy granicę z Syrią, a później jedziemy przez ten dziwny kraj - kraj, w którym dosłownie i w przenośni jest gorąco.

Kiedy przez dłuższy czas znowu nic nie jedzie, próbujemy łapać tiry. Od razu zatrzymuje nam się Turek w średnim wieku, który mówi po turecku że najpierw musi wziąć prysznic, później zjeść i w końcu pojechać. Więc musielibyśmy na niego trochę poczekać. Normalnie raczej byśmy się na to nie zgodzili, ale zmęczenie robi swoje.

Ruszamy. Pierwsza rzecz jaka mnie uderzyła to brak jakichkolwiek zasad ruchu drogowego. Sygnalizacje świetlne i znaki mają tu funkcję chyba jedynie dekoracyjną - zawracamy na autostradzie na zakazie zawracania i wszyscy na nas trąbią. Jednak turecki styl życia - to znaczy brak pośpiechu, zorganizowania i stresu - będą nam się rzucać w oczy przez cały pobyt w Turcji. Parkujemy na poboczu, kierowca idzie wziąć prysznic i zostawia nas w kabinie razem z całym swoim dobytkiem i kluczykami w stacyjce. Mam nadzieję, że nigdy nie trafi na nieuczciwych Polaków.

Czas na pierwszy posiłek tego dnia! Wygłodniali jemy stare bułki - jeszcze z Polski - z żółtym serem. Przez dłuższy czas obserwujemy ruch na drodze, który przypomina nam, że to już nie Europa. Po autostradzie spacerują ludzie, skaczą przez barierki, ale hitem są dla mnie auta i rowery jeżdżące pod prąd. Nie muszę chyba wspominać, że dwa pasy oznaczają, że można z nich zrobić 5.
 

Kierowca wraca po jakiejś godzinie i mówi, że teraz czas na jedzenie. Jedziemy do dokładnie tej samej restauracji, w której spędziliśmy pół dnia... Nie chcąc znowu się tam pokazywać mówimy, że poczekamy i że nie chcemy jeść. Turek nie może tego pojąć, więc w końcu mówię, że nie mamy tureckich lirów i wolimy poczekać. Jesteśmy dosyć zaskoczeni kiedy macha ręką, uśmiecha się i mówi, że on płaci. W Turcji chyba panuje zasada 'gość w dom, Allah w dom'...
Dla odmiany kebab. Dla odmiany znowu się tak przejedliśmy, że nie byliśmy w stanie wszystkiego zjeść. Nie robiłam zdjęć, bo trochę głupio było mi wyciągać aparat, ale wszystko wyglądało i smakowało niesamowicie - a do tego dziwnie!

W końcu jedziemy do Stambułu! Autostrada na tym odcinku jest niesamowicie dobra i chyba po prostu ma robić Turcji dobrą reklamę wśród europejskich gości. Bez problemu można na niej łapać stopa - jest dobrze oświetlona i ma duże pobocze. My jednak jedziemy już bezpośrednio do celu i bardzo mnie to cieszy - wieczorem robi się odrobinę chłodno.

Czy ja już mówiłam o tureckim braku pośpiechu i nieprzestrzeganiu zasad ruchu drogowego? Po jakiejś godzinie, ni stąd ni zowąd, zatrzymujemy się pośrodku autostrady. A wiecie dlaczego? Bo kierowca uznał, że właśnie teraz jest czas na parzenie kawy.



W jednym z największych miast świata.

Wiele razy udało mi się źle wjechać do wielkiego miasta, zgubić się, pytać ludzi o drogę, przechodzić wiele kilometrów, żeby gdzieś dotrzeć. Ale Stambuł - piąte w rankingu największych miast, większy niż Nowy Jork, Tokio czy Moskwa, mający tylu mieszkańców, co połowa Polski - po prostu mnie przeraża. Zjeżdżamy z autostrady, mimo że znaki mówią inaczej. Nie wiedząc co się dzieje, ale jednocześnie ufając kierowcy, pozwalamy się po prostu wwieźć do kilkunastomilionowej metropolii pełnej świateł, ludzi i centrów handlowych.

Ostatni autostopowy przystanek to firma naszego szofera. Parkuje wielkim tirem wśród ciasno poustawianych ciężarówek, chyba urywa jednej lusterko (słyszymy tylko wielki hałas i stos tureckich - jak zgaduję - wulgaryzmów). Żegnamy się i prosimy o krótkie poinstruowanie, jak dotrzeć na Taksim - jedno z głównych miejsc Stambułu, gdzie umówiliśmy się z Canem - kolegą Michała, który tu mieszka i studiuje. Dostajemy karteczkę z rozpiską autobusów i wysłuchujemy instrukcji, jak mamy tam trafić (oczywiście nikt nie przejmuje się tym, że w kółko powtarzam: 'nie znamy tureckiego!' - wszyscy mówią po swojemu).

Ruszamy. Ciężar plecaka zmniejsza adrenalina i ogromna dawka radości, że jednak się udało. Ale dookoła nas jest za dużo samochodów, wieżowców, dróg, zjazdów i wjazdów na autostradę, sklepów, migających wystaw, świateł, hałasu i wszechobecnego chaosu, żebyśmy mogli sobie pozwolić na chwilę odpoczynku. Trzeba najpierw dotrzeć do centrum, które - moim zdaniem - jest nawet w tym miejscu.

Pytamy młodego chłopaka na przystanku, gdzie w ogóle możemy znaleźć nasz autobus. Dzięki Bogu zna angielski i pokazuje nam przejście nadziemne, na które mamy się udać. Z ciekawości pytam, jak wygląda tu jazda bez biletu i dowiadujemy się, że raczej nie jest możliwa - trzeba przejść przez bramki, używając miejskiej karty. Nic nie zdążyłam jeszcze odpowiedzieć, a on już wyjmuje z kieszeni kartę i mówi, że to prezent dla nas - Turkowie są niesamowici!

Idziemy na przystanek. Przyjeżdża nasz autobus linii 34 i ze smutkiem stwierdzamy, że jest w nim za dużo ludzi. Ale zaraz za naszym autobusem jadą dwa takie same - jest już późny wieczór, a ludzi jak mrówek!

W autobusie od razu zagadują nas obcy ludzie, którzy oferują swoją pomoc. Mają powiedzieć nam gdzie wysiąść, aby dojść do stacji metra. Przed nami chyba długa droga...

Przyglądam się pasażerom pojazdu. Wiele osób wyglądem przypomina Europejczyków, ale nie brakuje kobiet w hidżabach i ludzi o typowej tutaj urodzie - ciemne oczy, włosy i cera. Z przerażeniem przyglądam się ludziom z czarnymi plecakami, widząc w nich potencjalnych zamachowców. Strach w poruszaniu się komunikacją miejską w Turcji (najbardziej metrem!), pozostanie mi prawie do końca.

Przesiadka, niedługo mamy dojechać do metra. Autobus jedzie specjalnym pasem na autostradzie - nie wiem ile kilometrów pokonaliśmy, ale jak dla mnie to miasto mogłoby zostać odrębnym państwem.

Długo nie ruszamy z miejsca. Czy po prostu stoimy na światłach? Niby to w żartach mówię Michałowi, że pewnie zaraz wylecimy w powietrze albo był jakiś zamach. Po jakichś 5 minutach stania zaczynam się martwić. Nagle otwierają się drzwi i słyszymy jakiś komunikat, którego nie możemy zrozumieć. Wszyscy wysiadają i widzę ciągnący się przez kilka kilometrów korek, kilkanaście autobusów przed nami i za nami, a żeby było milej - światła policyjnych samochodów. Znów komunikat z głośników. Zszokowana proszę kogoś o przetłumaczenie, co się dzieje. Stambuł przywitał nas... alarmem bombowym!

Prześlij komentarz

.