Prowadziłam tira w Rumunii II, czyli jak wracaliśmy do Polski. (część 15)

Ostatni raz spoglądam w stronę Stambułu i wreszcie czuję ulgę. Nie żeby to miasto mi się nie podobało - wręcz przeciwnie! Ale po ponad tygodniu przebywania wśród milionów ludzi, dziesiątek ras i niezliczonej ilości kultur, stanie z wyciągniętym kciukiem przy opustoszałej drodze to w pewien sposób chwila odpoczynku.

Chwila to dobre określenie, bo od razu zatrzymuje nam się tir. Biegniemy uśmiechnięci, choć mój bieg przypomina już raczej ostatnie minuty Filippidesa. Wsiadamy do kabiny młodego Turka, który cieszy się tak, jakby zobaczył starych dobrych znajomych.

Jedziemy razem kilkadziesiąt kilometrów i chyba nawet o czymś rozmawiamy (niestety nie pamiętam nawet w jakim języku). Pod koniec podróży zostajemy poproszeni o wszystkie możliwe namiary facebookowo-mailowo-telefoniczne i obowiązkowo o smsa z Polski, że już dotarliśmy. Na do widzenia leci 'focia z ręki' i cała sesja zdjęciowa -oczywiście wszystko dostępne na facebooku (nie na co dzień ma się okazję wieźć przyjaciół w Polski i trzeba chwalić się takimi chwilami, nie?).

Wysiadamy pośrodku autostrady. Jest ciemno, zimno i dość pusto, ale zatrzymujemy pierwszego tira. Znowu biegniemy i po drodze gubię karimatę - zauważam to dopiero, kiedy przynosi ją kierowca. A jest ich dwóch i jadą do samej granicy z Bułgarią.

Jako że dwa fotele są już zajęte, siadamy na łóżku. Co chwilę przysypiam, a budzi mnie mój własny kaszel - płuca chyba się buntują, bo nasi kierowcy palą jednego papierosa za drugim. Przy zamkniętych oknach! Jeszcze nie zgasili jednego, a już wyjmują następne. Jestem więcej niż pewna, że po powrocie do Polski przez długi czas nawet nie spojrzę na fajki.

W końcu owijam twarz szalikiem i próbuję zrobić wszystko, żeby już tylko nie czuć dymu. Ci ludzie strząsają popiół palcami!

Na postoju zostajemy uraczeni czymś do jedzenia i kawą, którą piję tylko z grzeczności, bo najchętniej przespałabym całą dobę. Ale mimo kolejnej dawki kofeiny, zaraz po wypiciu ciepłego napoju ponownie usypiam.

Zatrzymujemy się pośrodku autostrady. Jeden z kierowców żegna się z nami i mówi że wysiada, bo tutaj mieszka (w szczerym polu, naprawdę?!). Dojeżdżamy do jakiegoś miasta, zatrzymujemy się pod meczetem i drugi kierowca oznajmia, że również idzie do domu. Zaraz... to w aucie zostajemy tylko my?

Siedzę w kabinie i zastanawiam się, kto teraz ma prowadzić. Może ja? Do auta wsiada jakiś młody Turek i ruszamy w dalszą podróż. Nie wiem kto to jest, ale przy granicy mówi nam, że robi 9-godzinną pauzę i że możemy spać na górnym łóżku. To całkiem miłe jak na osobę, z którą nie zamieniło się zdania...


sobota, 16. lutego 2013.
Rano czuję się jak po najcięższej imprezie na świecie. Upragniony widok granicy z Europą trochę dodaje sił i dzielnie maszerujemy przez kilka budek kontrolnych. Widok mojego zdjęcia w paszporcie bardzo dziwi jedną strażniczkę (mam na nim 11 lat i wyglądam jak pokemon, kiedyś Wam pokażę).

Dokupuję więcej chałwy i starannie chowam ją w różnych zakątkach (teoretycznie mam jej nieprzepisowo za dużo, no ale kurcze, to tylko chałwa). Przy ostatnim okienku zaczyna się przeszukiwanie Bułgarów i bardzo mnie to cieszy - gdyby nie oni, pewnie padłoby na nas.
Tacy z nas przemytnicy!

Ustawiamy się przy drodze i od razu wzbudzamy ogromną ciekawość ludzi, którzy z całą pewnością zasługują na miano biedaków. Przy każdej bezzębnej babuszce niosącej wiadra wody modlę się, żeby nie podeszła i niczego ode mnie nie chciała.

Siadamy i robimy tabliczkę 'do Polski', bo lepiej łapać tutaj cały dzień, niż tłuc się taki kawał drogi na kilkanaście razy. Jest sobota i jeździ bardzo mało tirów, ale po jakichś pięciu minutach nadjeżdża ten właściwy.

Tak, znowu przejedziemy trasę Turcja-Polska na jeden raz!


Robert wydaje się być poukładany i spokojny, ale za chwilę pokazuje swoje prawdziwe oblicze i szybko trafia do grupy moich ulubionych kierowców.

W Bułgarii zawsze jest słonecznie i wiosennie. Nawet w lutym.

W Rumunii od niechcenia mówi coś w stylu 'no k*rwa, jadę i jadę, a wy sobie siedzicie - teraz wasza kolej!'. Bez zastanowienia wstaję i zamieniamy się miejscami - drugi raz w życiu prowadzę tira! Tyle że tym razem jadę całkiem ruchliwą drogą, a dookoła mnie jedzie mnóstwo aut, które jednym ruchem kierownicy mogłabym skasować.

Chyba najbiedniejsza wioska w Rumunii - to białe na trawie to śmieci. Gdyby ktoś chciał zdjęcie większe - jest [tutaj].

A tu - dla kontrastu - cygańskie 'pałace'.

Mimo całej sympatii jaką udało nam się zdobyć, Robert nie chce z nami nocować w jednej kabinie, dlatego... funduje nam hostel. Wieczorem pijemy rumuńskie piwa i jemy frytki, które - sądząc po czasie ich przygotowywania - były chyba ze świeżo kopanych ziemniaków.


Po kilku dniach podróży dojeżdżamy do Polski i wysiadamy kilkadziesiąt kilometrów za granicą. Jest 2. w nocy, a my idziemy łapać stopa. Kilku pijanych wiejskich imprezowiczów pyta nas, skąd dokąd jedziemy. 'Ta jasne. Z Turcji. No na pewno...'

Po 5 minutach umieram z zimna. W końcu idziemy do zajazdu, zamiawiamy herbatę i żurek. Usypiam na stole i budzę się dopiero o świcie. Na zewnątrz jest jeszcze zimniej i stoimy chyba z godzinę (dlaczego zawsze najgorzej łapie mi się w Polsce?)

Dzięki uprzejmości kilku samotnie podróżujących kobiet, docieramy do Krakowa. Chwilę łapiemy na autostradzie, ale po 5 minutach, przemoczeni i trzęsący się z zimna, uciekamy do niedużej knajpki. Tam sympatyczny pan w śmiesznej czapce oferuje nam przejażdżkę do Gliwic. Okazuje się, że jest on wykładowcą na Politechnice Śląskiej, a zapytany o przedmiot nauczania odpowiada 'no wiecie, automatyka, programowanie, robotyka...' (jakby ktoś nie wiedział, ja i Michał studiujemy to samo we Wrocławiu). Mimo wszystko całą drogę rozmawiamy o rzeczach przyjemniejszych.

Mając do wyboru samotną podróż stopem lub powrót pociągiem z Michałem, wybieram to drugie. Już nie za jeden uśmiech - a za 14 złotych - wracamy do Wrocławia.


---


Ten wyjazd był zupełnie inny niż wszystkie, bo jakby nie patrzeć ani razu nie spaliśmy 'gdzie popadnie', a trasę Polska-Turcja i z powrotem przejechaliśmy na raz. Przy okazji pobiłam swój autostopowy rekord wyjeżdżania z jednego miasta - ponad 10 godzin.

Podczas tej podróży zobaczyłam więcej, niż przez całe poprzednie wakacje. Turcja zrobiła na mnie ogromne wrażenie i jestem pewna, że jeszcze do niej wrócę - i zobaczę ponownie nie tylko Stambuł. Już wiem, dlaczego przedłużyli czas na jaki wydawane są wizy.

Po to, żebym mogła tam wrócić w wakacje.

Prześlij komentarz

.