Pożegnanie z Turcją. (część 9)

Promem płyniemy około 15 minut. W azjatyckiej części Stambułu zostajemy przywitani przez taksówkarzy i sprzedawców, którzy naprawdę myślą, że są w stanie na nas zarobić. Przez chwilę czuję się prawie jak bogacz.

Czas na obiad. Tym razem nie jest to zwykły kebab, a... 'döner kebap' - czyli po turecku 'obracające się pieczone mięso'. Can tłumaczy mi różnicę i wymienia jeszcze kilka rodzajów (jest ich ponad dwadzieścia!), ale przyznam szczerze, że mi się pomieszały - kiedyś poproszę prawdziwego Turka z tureckiej restauracji o opis wszystkich wariantów i zrobię na ten temat specjalną notkę. Póki co musicie zadowolić się informacją, że zjadłam pyszne mięso w cieście naleśnikowym. 

W zeszycie zapisuję bardzo ważną informację: 'jest ciepło i chodzę bez płaszcza!'

Koleżanka u której mamy teraz mieszkać, będzie w domu jednak dopiero za 5 godzin. Jedziemy więc na uczelnię Cana, do której w 40 minut można dojechać autobusem. Tam Michała zagaduje Turek, który mówi, że chce poprawić swój angielski - uczył się go na studiach, a teraz nie ma z kim rozmawiać. Przejmuję rolę rozmówcy i przez następne pół godziny dyskutujemy o Turcji, tureckich liniach lotniczych, tureckim wojsku, tureckiej gospodarce (tu już zupełnie przechodzę do roli słuchacza) - aż w końcu schodzi na politykę. Mimo że nie miałam nic mądrego do powiedzenia, rozmawia się bardzo miło - w końcu mogę się też wsłuchać, jak brzmi język arabski - mój nowy kolega to mały poliglota.

Wchodzimy na teren uniwersytetu, udając studentów z Erazmusa. O jak ja bym chciała, żeby moja uczelnia tak wyglądała! Jest tu dosłownie wszystko: łącznie z budami dla bezpańskich psów. Jestem pod ogromnym wrażeniem, więc wrzucę zdjęcie z internetu (a dokładniej stąd):


Czekamy wśród wielu studentów na Cana, który właśnie ma zajęcia. W tym czasie kontaktujemy się z Burhanem (to ten, który dowiózł nas do Turcji) - poradził sobie już ze wszystkimi problemami i jedzie właśnie na południe Iraku... Niestety nie wie, kiedy będzie wracał - plan, żeby za kilka dni zabrać się z nim do Polski raczej nie ma już szans na realizację.

Znajduję kilka tureckich lirów, bo studenci tej uczelni chyba są tak bogaci, że takich 'groszy' z ziemi nie podnoszą...

Poznajemy koleżanki Cana i tradycyjnie pozdrawiamy je mówiąc 'napium, gy?'. Oznacza to coś w stylu 'co tam niunia?' - kiedy okazało się, że Murzynka do której to powiedziałam jest lesbijką, zapisałam w zeszycie: 'przestań mówić napium gy'. Towarzystwo bardzo miłe i gościnne - polecam Stambuł na erazmusowy wyjazd.

Znowu godzina stracona na podróż po tym olbrzymim mieście. W końcu docieramy do naszego ostatniego stambulskiego mieszkania - jego właścicielka, Egzi, nie zna za bardzo angielskiego, ale to żadna przeszkoda (zwłaszcza kiedy w ruch pójdzie ostatnia butelka wódki).

Może i to dziwne, bo nasz pobyt w Turcji powoli dobiega końca, ale dopiero teraz poznajemy najważniejszą i najbardziej przydatną część języka tureckiego - a mianowicie brzydkie wyrazy. Być może (a jeśli czytają to dzieci?!) dołączę je jako bonus do rozmówek polsko-tureckich, które pojawią się pod koniec relacji. Dla zainteresowanych wspomnę, że wiele tutejszych wulgaryzmów ma rozbudowaną historię powstania - czasem nawet związaną z tradycjami!

Na kolację zostają zaproszone dwie koleżanki. Egzi razem z Canem uczy nas dwóch dziwnych zdań w ich języku, które mamy powiedzieć, gdy przyjdą goście. Oczywiście nie mamy pojęcia, jakie jest znaczenie tych zwrotów...

Do mieszkania wchodzą kolejne dwie Turczynki - przyniosły jedzenie! Michał recytuje swoje zdanie i obydwie przez chwilę stoją jak wryte, a później zaczynają się śmiać. Wysłałam już prośbę o tłumaczenie do ludzi z CS, jeśli je dostanę i uda mi się ocenzurować, również się pojawi.

Dalsza nauka brzydkich słów idzie nam rewelacyjnie. Umiem nawet ułożyć po turecku zdanie 'pij, ty c*po!' i w ten sposób opróżniamy butelkę orzechowej wódki. Teraz przyszedł czas na moje zdanie - mówię je jednej z dziewczyn. W drodze powrotnej zupełnie nieświadomie powiem je starszemu mężczyźnie, przy opisywaniu tej historii poznacie tłumaczenie...

Wyruszamy szukać piwa i okazuje się, że w Turcji nie jest to takie proste (zwłaszcza, że jest już noc). W końcu trafiamy na sklep z alkoholem i zaopatruję się w nieśmiertelnego Efesa (tak, znowu dałam 8zł za piwo).

Ostatni dzień w Stambule zaczynamy pobudką po południu i małym kacem. Po typowo tureckim śniadaniu ruszamy na zakupy (jak to się stało, że wstaliśmy o 13, zjedliśmy śniadanie, a wyszliśmy z domu o... 19?!).

Czekamy na autobus i znowu zastanawiam się, jak to miasto funkcjonuje bez rozkładów jazdy. Dobrze, że na tym przystanku jest tablica, na której wyświetla się, za ile co przyjedzie! Szkoda że nie ma to odzwierciedlenia w rzeczywistości, bo czekamy chyba z pół godziny, aż w końcu pojawia się kilka autobusów jednocześnie...

Jedziemy do dzielnicy Kadıköy (tam, gdzie port) i spacerujemy wśród kolorowych stoisk. Wszystkim fanom oliwek muszę polecić te czarne, które kupić można praktycznie wszędzie - mają niesamowity, wyrazisty smak, do tego wbrew pozorom wcale nie są drogie.


Na koniec znowu próbujemy kilku dziwnych, ale smacznych potraw. Jeśli nie wierzycie, że tureckie jedzenie kapie z tłuszczu - przypatrzcie się czwartej fotce.


Kilka razy pytaliście mnie o koszty podróży - nie liczyłam, ale przypuszczam, że połowę pieniędzy (120zł) wydaję właśnie tu. Za to wrócę z niecałym kilogramem chałwy, masą przypraw, salepu, herbaty, kawy i innych rzeczy, którymi wyładuję i tak już przeładowany plecak.

Jutro mamy w planach wstać skoro świt i ruszyć w kierunku Polski. Jak to ze mną bywa, obudzimy się znacznie później...

Prześlij komentarz

.