Potęga natury - w Krainie Wodospadów. (część 9)


Sigurjon, mistrz ciekawostek, obiecał nam wycieczkę. Z ekscytacją kartkujemy małe broszurki zakoszone z punktu informacyjnego i oglądamy kolorowe zdjęcia bijących po oczach błękitem wodospadów. Słoneczna pogoda, dookoła zieleń, bezchmurne niebo, a najlepiej jak ktoś doda do tego jeszcze jakąś fikuśną tęczę - Islandia jest piękna jak z obrazka. Oczywiście pod warunkiem, że trafi się na dobrą pogodę.




Milion kropelek wody - słońce.
Odbijamy od głównej drogi, która i tak jest wiecznie opustoszała. Nasz kierowca zostaje w aucie a my biegniemy podziwiać Godafoss, czyli Wodospad Bogów, przy którym zresztą Islandczycy przyjęli chrześcijaństwo. Lepiej trafić nie mogliśmy - w końcu idziemy bez plecaków, w końcu świeci słońce.




To co wyróżnia Godafoss to 30 metrów szerokości przy zaledwie 12 metrach wysokości. Nie jest więc zbyt wysoki, ale niewątpliwie jest duży - tak naprawdę tworzą go dwa złączone wodospady na rzece Skjálfandafljót, która wypływa z północnego czoła lodowca Vatnajökull. Ogrom wody z tak utworzonego pierścienia spływa do środka z ogromnym hukiem, tworząc mleczną chmurę drobnych kropelek.

Orzeźwiająco muskają twarz i nieźle potrafią zachlapać aparat.


'jejku ile wody!'


To dopiero początek podróży, a ja zakochuję się w Islandii coraz bardziej. Po nachapaniu się widokami, po zrobieniu dziesiątek takich samych zdjęć i po moim żałosnym przewróceniu się przy skakaniu po kamieniach, wracamy do cierpliwego Sigurjona. Długo czekaliśmy na spotkanie przyjaznego i otwartego Islandczyka, ale warto było czekać - ten to jest gość!


Mija właśnie tydzień od kiedy wyruszyliśmy z Łodzi. Tydzień. Siedem dni. To świetnie, że dopiero po takim czasie bierzemy się za wymianę pieniędzy.


Zatrzymujemy się w jakimś miasteczku i w końcu odwiedzamy bank. Banki na Islandii, jak zresztą wszystko inne, są bardzo krótko otwarte - i to dlatego do tej pory jeździliśmy bez pieniędzy. W sumie wcale nie żałuję, bo mieliśmy niezłą szkołę przetrwania: trochę zaoszczędziliśmy, wyjedliśmy zapasy jedzenia z Polski i w końcu spróbowałam, jak smakuje freeganizm.



Jeśli wydaje ci się, że lubisz islandzką pogodę…
...też poczekaj 5 minut. Nie wiem jak to się stało i chyba zupełnie przeoczyłam moment w którym bezchmurne niebo zrobiło się chmurne, a chmurne zmieniło w deszczowe. Było pięknie, a jest paskudnie. W chwilkę! No tak, Islandia...




Naszym kolejnym celem jest monstrum, potwór, gigant wśród wszystkich wodospadów. Dettifoss. Ciary mi przechodzą jak o nim pomyślę, bo nasłuchałam się naprawdę dużo. W głowie kłębi mi się wiele rzeczy: ekscytacja, strach i szacunek. Szacunek do czegoś, czego jeszcze nawet nie widziałam, ale wiem, że będzie to jedna z najpotężniejszych rzeczy z jakimi się zetknę w życiu.

Naprawdę uwielbiam wodospady.


***

Dobra, ale zejdźmy na ziemię. Póki co jesteśmy na rozstaju dróg, po których nie jeździ zupełnie nic. Do celu mamy jeszcze jakieś 17km - chciałabym złapać stopa, ale za bardzo nie ma kogo tu zatrzymywać. A do tego znowu kapie mi na głowę.


Zaczynamy powolutku iść księżycową drogą. Jak zawsze wszystko jest zbyt niskie, przestrzeń zbyt otwarta, a żwirowy dojazd wydaje się ciągnąć w nieskończoność. To MUSI być kraniec Europy.




Na szczęście po kilku minutach przejeżdża jedno jedyne auto i byłoby to naprawdę strasznym świństwem, gdyby się nie zatrzymało. Wsiadamy do dwóch blond Niemek, które wypożyczyły skromną Toyotę Yaris i uczyniły z niej auto terenowe.


Nasza żwirowa ścieżka z czasem przechodzi w tonę błota, dziur, wąwozu z ubitej ziemi, w którym na szerokość ledwo mieści się jedno auto. Naprawdę podziwiam dziewczynę zza kierownicy, bo ja bym w coś takiego Yariską nie wjechała. Ona mimo wszystko uparcie wciska gaz, a my - przygnieceni plecakami - obijamy głowami o dach przy każdej większej dziurze, czyli praktycznie cały czas. Żeby zobrazować poziom trudności przejazdu dodam tylko, że po drodze mijamy przewróconą terenówkę.



Milion kropelek wody - chmury.
Zatrzymujemy się na parkingu i ruszamy do wodospadu, idąc przez kamienną pustynię. Już z daleka widzę wylatującą spośród skał wielką chmurę i słyszę huk, który z każdym krokiem rośnie. W 2012 roku Dettifoss posłużył jako tło do sceny początkowej w filmie “Prometeusz” nakręconym przez Ridleya Scotta. Zobaczymy, czy ten wodospad naprawdę jest tak kosmiczny.



już z parkingu widać unoszące się kropelki wody


Mijam śmiesznie powycinane w sześciany skały. Gdzieś tu obok jest kolejny wodospad, Sellfoss, jednak teraz prawie o ni nie myślę. Czując się jak dziecko rozpakowujące gwiazdkowy prezent, przyspieszam i po chwili stoję nad najpotężniejszym wodospadem Europy. Pod względem wrażeń dźwiękowo-wzrokowych czuję się tak, jakbym włożyła głowę do pralki.



To co spodobało mi się już w Preikestolen oraz tu, na Islandii, jest brak zabezpieczeń. Jak ktoś chce, może sobie przejść przez barierkę, podejść naprawdę blisko, może podejść za blisko, może sobie nawet skoczyć. Nie ma wyznaczonych ścieżek, więc każdy może sobie łazić jak chce i gdzie chce, co skutecznie rozprasza turystów i rozwiązuje problem tłumu. Można się zgubić, co dostarcza kolejnych wrażeń. Można wszystko. Tutaj jednak, mimo swojej buntowniczej natury, po prostu boję się pójść o krok dalej.


Stoję na zachodnim brzegu rzeki, twarzą w twarz z wielkimi, szarymi jęzorami wody. Po minucie jestem cała mokra, bo wszystko dookoła za sprawą tego wodospadu przypomina jedną wielką ulewę. Ziemia pod nogami drży, głowę od hałasu przeszywa jednostajne, niskie dudnienie. To nie jest tak, że wyolbrzymiam. Dettifoss wytwarza taką ilość energii, która mogłaby zasilić 100-tysięczne miasto.


Można by pomyśleć, że Dettifoss przy tak brzydkiej pogodzie wygląda jak lejąca się kupa błota. Nic bardziej mylnego. Choćby słońce przestało świecić, choćby niebo pokrył postapokaliptyczny pył, choćby woda już nigdy nie miała być niebieska, Dettifoss zawsze będzie zapierał dech w piersiach.



Tak, to małe po lewej to człowiek. Podobno ze wschodniego brzegu wychodzą lepsze zdjęcia, bo można objąć cały wodospad. Dla porównania polecam to zdjęcie.


***
Jest mi dziwnie, choć nigdy nie było mi lepiej - pierwszy raz w życiu czuję się tak mała i tak bezsilna, a tak szczęśliwa. Wodospady są niesamowite. Niby po prostu leje się woda, niby to zwykłe załamanie terenu. Niby to dzieje się w kółko i w kółko, a jednak nie jest monotonne, nie nudzi. Czy dzień, czy noc - wodospad cały czas żyje. I jeśli myślicie, że na Islandii po 5 wodospadach kolejne już nie zrobią wrażenia, to się grubo mylicie. Każdy jest inny i każdy zachwyci was bardziej niż poprzedni.


1 komentarze:

Super! Jestem w trakcie namawiania swojego chłopaka, by pojechać na Islandię.
W tym roku po raz pierwszy jeździłam autostopem - Gruzja i Armenia - i faktycznie to uzależnia:)
Pozdrawiam, również z Wrocławia,
Agnieszka (http://wolnym-krokiem.blogspot.com)

Reply

Prześlij komentarz

.