Pośrodku pola, z widokiem na słoneczniki. (część 3)

15. lipca 2013, poniedziałek.
DZIEŃ CZWARTY
Jak wspominam ten dzień? Poranek był lekki i przyjemny, dlatego reszta dnia to dla mnie spore zaskoczenie.


Po burżujskim śniadaniu w postaci resztek zapasów z Polski i sielance przy piwie wśród orzeźwiających zraszaczy, rozpoczyna się bułgarska gehenna. Opisać ją mogę w pięciu punktach, które świetnie zobrazują całą podróż przez ten w sumie niewielki kraj.


1. Jest nam za gorąco.
Już kilka minut po dziewiątej czuję, że się roztapiam, a plecak zaraz przyklei się do moich pleców i zostanie tak na zawsze. Każda 'niezbędna' rzecz mojego ekwipunku - na przykład kisielki instant we wszystkich smakach frugo - waży teraz ze 100 kilogramów. Kuba dodatkowo dźwiga wielką, białą torbę (już nie jest biała). Taką torbę, jaką noszą ze sobą mieszkańcy Dworca Centralnego i chowają do niej puszki i pety. My w takiej torbie mamy niezbędny do życia prowiant, na przykład całe pudełko czerwonej herbaty, gdyby czasem któreś z nas zmarzło.

Idziemy tak obładowani jak Cyganie w nieziemskim skwarze, a ja tylko czekam, aż moje japonki zatopią się w miękkim asfalcie i już nigdy się od niego nie odkleją. W takich chwilach mam w głowie tylko dwie myśli: dlaczego uważam włóczenie się za formę odpoczynku, podczas gdy mogłabym smażyć dupsko na plaży w Mielnie. I dlaczego, do cholery, skoro dźwigamy już połowę supermarketu, nigdy nie mamy wody?!



2. Tu nic nie jeździ!
Dopełnieniem pustynnego klimatu jest brak aut. Czy to droga krajowa, czy nie daj Boże boczna (polna) - najczęściej rejestrowane przeze mnie pojazdy to traktory i furmanki. Nie wiem, czy to wynika z biedy, czy z wyludnienia Bułgarii (ma tylko 7 milionów mieszkańców!), ale cała ta sytuacja mnie, autostopowiczkę, martwi. Jeśli już jakieś auto jedzie, to jest wypakowane po brzegi i zmierza tylko do najbliższej wioski.

Tak, pogubiliśmy się i nie jesteśmy na tej drodze, którą jeżdżą polskie tiry.

(kilka kadrów z filmu, który być może powstanie w ciągu najbliższych 5 lat)

(jaki słonecznik, taka jakość zdjęcia)


3. Bezdroże, bezludzie, bezprawie.
Policja przy drodze zbiera napiwki i zatrzymuje kogo chce, kiedy chce. Nasi stróże prawa na szczęście akurat jedzą kanapki, kiedy my mijamy ich z dwa razy większą prędkością niż ograniczenie. Do tego, czekając później na stopa dobre dwie godziny, jesteśmy świadkami prawie-wypadku (albo i jego ofiarami, jeśli rozpędzone tiry i zagubiona osobówka stojąca w poprzek pośrodku drogi zmiotłyby nas z powierzchni ziemi).

W końcu lituje się nad nami kierowca tira, który po drodze zjeżdża do jakiegoś gospodarstwa i pozwala rolnikom okraść swojego szefa ze zboża, które właśnie przewozi.

Z tego zbiera na drugą pensję.


4. Wybawiciel.
Tak beznadziejne dni muszą mieć zwrot akcji; pojawia się wtedy ktoś na miarę superbohatera i przywraca na twarze uśmiechy. Dostawczakiem wypakowanym słodyczami jedziemy z cukiernikiem-obieżyświatem do miasta Nova Zagora. Po drodze robimy zakupy i jeździmy od piekarni do piekarni, coby znaleźć burka (najpyszniejsza rzecz na Bałkanach). Z prezentami w postaci ciasta i różnej maści ciastek i ciasteczek, zostajemy wysadzeni przy całkiem cywilizowanej stacji benzynowej. Tu urządzamy piknik i rozbijamy obozowisko.



5. Czuj się jak u siebie.
Każdy robi co chce. I jak chce. W marketach nikt nie bawi się w zbędne ceregiele i zachowanie choćby pozorów czystości - jeśli pani przed chwilą ścierała kurze na półkach, to bez problemu brudnymi łapami nałoży Ci surowe mięso do brudnej foliówki.

Korzystając z luźnej atmosfery i braku wyraźnych granic między tym co wolno, a czego nie, pijemy piwo w miejscu publicznym i rozbijamy namiot na trawniku.


Korzystając z okazji bierzemy przydrożny prysznic, który polega na polewaniu się wodą z butelek napełnianych na stacji benzynowej. Chcieliśmy być już w Turcji - przejechaliśmy niecałe 200 kilometrów przez cały dzień.


Mimo wszystko chłodny wieczór ostudza emocje i oddajemy się w objęcia Morfeusza, zbierając siły na jutrzejszą przeprawę przez końcówkę Bułgarii.

Prześlij komentarz

.