Podróż do wnętrza Ziemi - podejście pierwsze. (część 6)


Snaefellsjokull, wygasły wulkan z lodowcem na czubku. Tak blisko, a tak daleko. Bardzo chcemy tam jechać żeby połazić, pogapić się i zobaczyć miejsce, w którym Juliusz Verne umieścił akcję swojej książki Podróż do wnętrza Ziemi. Kilkanaście kilometrów i dość popularny cel wydawały nam się do zrobienia w jeden dzień, ale...

Pechowe rondo w Borgarnes. Znowu nikt nie chce nas zabrać i czekamy już 4 godziny. Czy autostop na Islandii nie jest popularny? Jest. Czy Islandczycy wiedzą, co to autostop? Wiedzą. Czy Islandczycy zabierają autostopowiczów? Rzadko.

Całe popołudnie radośnie łapiemy stopa. Drugi dzień na Islandii i więcej godzin łapania niż jazdy zaczynają nas zastanawiać. Jak tak dalej nam będzie szło, to może już teraz ruszmy w stronę Rejkiaviku, żeby na pewno zdążyć na ten samolot za 3 tygodnie?

Mijają godziny a ja piszę, piszę, śpiewam. Ratuje nas francuska parka, która zabiera nas w podróż idealną - karmi cynamonowymi cukierkami i co kilometr zatrzymuje się ot tak sobie, pośrodku drogi, bo dziewczyna musi zrobić zbyt fioletowe zdjęcie z dziwnym filtrem na Instagrama. Ja nie narzekam, sama cykam w kółko zdjęcia tym samym pagórkom i tym samym łąkom mając nadzieję, że po powrocie któreś w końcu spotka się z uznaniem.




Ostatecznie z wulkanu nici. Francuzi jadą do osady rybackiej zwanej Budir i odrobinkę mi żal, że nie mamy swojego auta. Że autostop jest spoko ale sama czasem chciałabym decydować gdzie jadę, a nie godzić się na pomysły innych, i tak dalej, i tak dalej... chociaż w sumie to niewysoko nad ziemią znów ciążą posępne, gęste chmury i i tak za dużo tego lodowca byśmy nie zobaczyli. Snaefellsjokull odkładamy więc na później - w końcu Islandia jest tak mała, że pewnie jeszcze nie raz znajdziemy się w tych okolicach.

Budir to jedno z tych urokliwych miejsc, w których nie ma nic oprócz hotelu i XVIII-wiecznego kościółka, a turystów jest bez liku. Fotografują, podziwiają i ze skupieniem przyglądają się targanemu przez wiatr morzu, które z hukiem przykrywa białą pianą czarne jak smoła skały. Gdzieś tam w oddali miga nam kawałek upragnionego wulkanu.



Na nocleg udajemy się do największego miasta na półwyspie - Olafsviku. Przez całą drogę gapimy się w bezkresną zieleń rozświetlaną pomarańczowymi refleksami zachodzącego słońca. Nostalgia na twarzach wszystkich pasażerów gapiących się w zadumie na surowy krajobraz Islandii i świetna muzyka sprawiają, że kolejny raz czuję się tak, jakbym była w filmie.




Znowu w wielkim mieście
Olafsvik, spore jak na Islandię miasto. Według danych sprzed 3 lat zamieszkane przez aż 1010 osób. Centrum: poczta, stacja benzynowa. Pierwszy i ostatni raz korzystamy z campingu, bo podobno jest darmowy - rozbijamy namiot, zostawiamy wszystkie rzeczy i pędzimy z menażkami i zupkami chińskimi w poszukiwaniu wrzątku. Słońce chyli się ku horyzontowi i rozświetla czerwienią czarną plażę, a my idziemy w dół, w dół, w dół, z rozdziawionymi paszczami podziwiając urokliwie usianą łódkami linię brzegową.

Przeżuwając sytą kolację składającą się z pomidorówki i tostowego chleba, oglądamy dwie polskie lafiryndy, które wracają z imprezy, wyginając z bólu stopy - próbują chodzić w szpilkach i drą się, klną na całe miasto. Mimo że Olafsvik składa się z jednego skrzyżowania, dość szybko łapiemy wifi i pierwszy raz od dawna piszę mamie, że żyję.



'Camping z prysznicem' może i brzmi dumnie i wspaniale dla osoby, której włosy pozlepiały się już w dredy, ale gdy wchodzę do przybudówki z kilku desek i odkręcam wodę, nie jestem w stanie się wykąpać. Ręce z zimna trzęsą mi się tak, że zanim otworzę butelkę z szamponem, upuszczam ją dwa razy. Mimo że marzyłam o prysznicu, z myciem ograniczam się do minimum i dygocząc, biegnę szybko do namiotu. Dziś już nie popełnię błędu z wczoraj. Dziś jestem mądrzejsza. Dziś pójdę spać we wszystkim, co miałam na sobie cały dzień, a jutro w tym wszystkim przechodzę dzień kolejny, kolejny i kolejny. Już nigdy nie zdejmę tych ubrań!

Prześlij komentarz

.