Pierwszy dzień w Mordorze. (część 4)


Kierunek: Nie-Australia.
Ktoś uśmiecha się do mnie i podaje mi kubeczek lodowatej wody. To już z lodowca? Próbuję oddychać bardziej rytmicznie i wracam myślami do czerwca, kwietnia, cofam się do lutego. Skąd ta tendencja do popadania ze skrajności w skrajność? Przecież miałam siedzieć teraz w samolocie lecącym w zupełnie innym kierunku, na drugą półkulę. Kilka miesięcy temu chciałam jeździć autostopem po Australii i szybko uznałam, że nie mam na to pieniędzy. A teraz spłukana lecę na Islandię. Czad!

Na fotelu przede mną wyświetlają się hasła promujące Krainę Lodu, piękne zdjęcia plus bajkowa muzyka - zupełnie jakbym trafiła na plan filmowy jakiejś produkcji dla pięcioletnich dzieci.

"The most amazing thing about Iceland is not the Nordic Lights, the powerful glacial rivers or that 30% of the people have a university degree -
it's that more than half the country believes in elves."

***
Budzi mnie stewardessa która uparła się, żebym zapięła pasy. Podnoszę głowę z mojego stoliczka i słyszę jak strzelają mi wszystkie kręgi szyjne. Rzęsy skleił tusz, cały czas mnie suszy i chyba trochę za mocno się ugrzałam. Przespałam z pochyloną głową prawie cały lot, Michał zresztą nadal leży jak zabity w takiej samej pozycji. Patrzę za okno i mam wrażenie, że jeszcze się nie obudziłam. Pode mną rozciąga się czarna skorupa z porozrzucanymi gdzieniegdzie kamieniami. Później podłoże stopniowo przechodzi w porośnięte mchem pola lawy i widzę dziwne dziury w ziemi. W oddali spokojne morze leniwie podmywa linię brzegową obsypaną czarnym piachem. Zero drzew, domów, dróg. A jednak nie żartowali z tym, że na Islandii jest jak na Księżycu.

Nie ma się to dziwić. W końcu to tutaj szkolono astronautów NASA.


Lądowanie na Księżycu.
Co nas podkusiło? Przez ostatnie minuty lotu ze szczerym zmartwieniem gapimy się za okienko i dumamy na głos. Jasne, Islandia to nie koniec świata i było tu przed nami tylu podróżników, że teoretycznie nie powinniśmy się tak ekscytować. Jechałam już zimą stopem do Turcji, byłam w lutym w Niemczech, w Maroku i marznięcie czy podróżowanie w czapce i szaliku nie są mi obce. Ale brak konkretnego planu, noclegów i zadowalającej ilości pieniędzy trochę zaczyna mnie martwić. Ani Michał, ani ja nigdy nie byliśmy w krainie, która nie bez powodu nazywa się 'Ice-land'.

Nieziemsko chce mi się pić więc na lotnisku próbuję słynnej, pysznej islandzkiej kranówy. Woda w łazience jest gorąca i nieprzyjemnie cuchnie. Ze zdziwieniem rezygnuję i przygotowujemy się na pierwsze zderzenie z chłodnawym, sierpniowym powietrzem. Podobno jest 15 stopni i lekkie zachmurzenie - czy koszulka i bluza na razie wystarczą?

Pierwsze sekundy przynoszą orzeźwienie. Na wspomnienie upałów i wiecznie upoconej buzi w Norwegii ten zimny, mocny wiatr jest jak zbawienie. Delektuję się czystym powietrzem i kosmykami włosów, które chaotycznie opadają mi na twarz. Widząc innych autostopowiczów kręcących się po lotniskowym parkingu, szybko drepczemy w stronę wyjazdu.

Oprócz budynków lotniska, dziwnej rzeźby i ziemi pokrytej lawą, wokół nie ma niczego. Wszystko jest niskie i przestrzeń dookoła wydaje się jeszcze bardziej przytłaczająca. Idziemy wyjazdem z parkingu i od niechcenia macham na samochody. Za każdym kolejnym krokiem mam coraz mocniejsze wrażenie, że wcale nie jest mi tak ciepło. Co 50 metrów robię więc sobie postój na wyciągnięcie z plecaka kolejnego łacha. Gdy dochodzimy do sensownego miejsca do łapania stopa, mam na sobie dwie bluzy więcej, kurtkę, czapkę, szalik i rękawiczki. Siadam na plecaki i kulę się przed wiatrem.

Mimo że ruch jest spory, trochę czekamy. Właściwie nie wiemy jeszcze gdzie najpierw chcemy jechać i uzgadniamy, że damy się ponieść szaleństwu i pojedziemy gdzie nas zawiozą. Jakie było moje zdziwienie, gdy pierwszy złapany stop zaproponował nam oddalone o 450km Akureyri - prawie drugi koniec wyspy. Rozmowa się niezbyt klei i jeden z panów wydawał nam się zbyt przerażający, żeby spędzić z nim cały dzień. Wysiadamy po 40 kilometrach na przedmieściach Reykjaviku i przyglądamy się gęstym, ciężkim chmurom które niemalże przykrywają wszystko dookoła. Musimy stąd uciec trochę dalej - może tam będzie ładniej?

Kolejnego stopa donikąd łapiemy dość szybko i od razu z uśmiechem na buzi przechodzimy na język polski. Bartek, kierowca, mocno poleca nam najwyższy wodospad na Islandii, Glymur. I tak zaczyna się nasza pierwsza prawdziwa przygoda.

Wodospad po raz pierwszy.
Często pytacie mnie czy nie boję się jeździć stopem. Nie. Śmiertelnie bałam się za to przejść przez rzekę.

***

Kolejny raz po głupiemu wybieramy się na wędrówkę z plecakami i całym ekwipunkiem. No i oczywiście na oparach wody. Bartek podwozi nas pod sam parking, mknąc dobre kilkanaście kilometrów opustoszałą drogą wiodącą przez wielkie, pagórkowate NIC. Jak my stąd wrócimy, z buta? Chmury jakie były takie są - i nie zdziwi mnie, jak zaraz zacznie lać. W porównaniu do reszty Islandii muszę przyznać, że i tak przy Glymurze spotkałam się chyba z najbujniejszą roślinnością. Mimo że wszystko jest niskie, zieleń mocno daje po oczach i urozmaica widok. Zwłaszcza że często zasłania skromne oznakowania szlaku (maźnięte farbą kamienie, i tak nie zauważycie). Gubię się jak szalona już na początku i gdyby nie Michał, pewnie do tej pory łaziłabym tam w kółko.

Na parkingu stoją zaledwie dwa samochody a o Glymurze w żadnym przewodniku nie czytaliśmy za dużo więc wychodzę z założenia, że nie jest to popularne miejsce do oglądania i nie spotkam po drodze masy turystów. Z jednej strony się cieszę, choć sama myśl o tym że jestem na takim potwornym odludziu i zbliża się noc, napawa mnie ekscytacją i nawet trochę strachem.

Początki podróży są banalne ale z czasem zaczyna się brodzenie w rzeczkach, strome zejścia a nawet i spora jaskinia. Jeśli będzie przeszkadzał nam wiatr - schowamy się tu ze śpiworami. Robię zdjęcia jak szalona, patrząc na bury bezkres wulkanicznych gór przykrytych gęstym puchem. Wszystkie wyglądają tak samo, a jednak każda dziwi i zachwyca inaczej.
Dochodzimy do miejsca w którym mija moja beztroska a w głowie pojawia się kocioł absurdalnych myśli. Przedarliśmy się przez krzaki i przed nami wyłoniła się rzeka. Nie jakiś tam strumyk, tylko normalna, rwąca rzeka rodem z filmów przygodowych, a dla mnie to i nawet z horrorów. Przejście poziomem bezpieczeństwa przypomina mi pozrywany, wiszący most nad przepaścią w jakichś azjatyckich górach.


Strach ma wielkie oczy.
Ten wpis ułożyłam sobie w myślach prawie 3 miesiące temu i oczywiście prawie nic już z niego nie pamiętam. Zaprzątał mi myśli przez całą drogę powrotną i byłam pod takim wrażeniem swoich niebywale mądrych wniosków, że najchętniej podzieliłabym się tym ze światem od razu. Błyskotliwe wnioski już się ulotniły, a emocje opadły i nie wiem, czy chociaż w połowie będę umiała opisać ten paniczny lęk i łzy w oczach, kiedy niby to z radością, ale i zerową pewnością siebie stwierdziłam: dam radę!
Widzicie tę linkę? Ja bym wolała, żeby jej nie było. Daje złudne poczucie bezpieczeństwa i umniejsza nasz wyczyn. Przede wszystkim jest tak poluzowana, że giba się na wszystkie strony. To nie jest żadna cholerna poręcz, bo kto by robił takie rzeczy na krańcu świata? Żeby było jasne: jestem największą sierotą na świecie i mam paniczny lęk wysokości. Przewracam się na prostej drodze, potykam się, wykręcam nogi, za nic w świecie nie umiem złapać równowagi a jak jeżdżę na nartach, to ludzie na stoku uciekają i zabierają swoje dzieci (swoją drogą kiedyś udało mi się wjechać w baner reklamowy długi na 10 metrów i go zmasakrowałam). I ja, ta najgorsza łamaga, stoję teraz na najdalej wysuniętym kamyczku. Rzeka jest rwąca, więc sam jej szum i huk przyprawiają mnie o zawrót głowy. Staram się oszacować głębokość i przysięgam, gdyby dało się przejść zanurzonym po sam nos, wolałabym rozebrać się do naga i wejść do tej lodówy niż próbować przeprawić się przez pień. Bo oto przede mną kawał kłody rzuconej tak jakby od niechcenia; szerokiej jak moja noga i dość śliskiej z racji pogody. Jeszcze raz poważnie myślę o przeprawieniu się w bród, ale co ja bym zrobiła z plecakiem? Aparaty, telefon i portfel owijam szczelnie reklamówkami łudząc się, że w razie ewentualnej katastrofy to coś pomoże. Mam na sobie tyle ciuchów że ledwo się poruszam i kroczek za kroczkiem ze łzami w oczach przesuwam się w stronę drugiego brzegu. Po co ja to robię? Droga dłuży się niesamowicie a ja cichutko wyję jakby miało to coś pomóc. Pokonywanie takich miejsc pewnie wcale nie jest trudne, o ile nie trzeba dźwigać plecaka większego od siebie. Jeszcze parę kroczków i będzie po wszystkim. Przesuwam stopy o centymetry i wstrzymuję oddech. Pod koniec przyspieszam i na trzęsących się nogach wskakuję na ląd. Niby się cieszę bo jest już po wszystkim i przysięgam sobie, że nigdy więcej takich akrobacji.

Na szczęście Michał nie wpada w histerię i dzielnie, choć też ostrożnie, pokonuje rzekę. Nadal trzyma mnie panika i trzęsą mi się nogi, ale konsekwentnie zaczynamy nowy etap wędrówki. Tym razem są to strome, błotniste podejścia, osuwające się kamienie, wciąganie się na linach i spacery nad przepaścią. Kojarzycie tę scenę jak Frodo jest już przy bramie do Mordoru i zjeżdża z górki po kamieniach? Poruszam się mniej więcej tak samo, tyle że w śliskim błocie i z plecakiem. Momentami hamuję wpadając na liche drzewka, czasem łapię się jakichś wystających drutów które niby mają być oparciem. Pogoda jest paskudna ale mimo wszystko to najbardziej widokowa i ekscytująca trasa, jaką kiedykolwiek szłam.

Dlaczego Frodo nie miał plecaka?
Dochodzimy do czterdziestego ósmego wzniesienia, siedemnastej skarpy, setnego wielkiego kamienia. Na nosie czuję kropelki deszczu i zgodnie ustalamy, że nie ma sensu iść dalej, tym bardziej jeśli miałoby zacząć lać. Po nachapaniu się widokami i pogłębieniu swojego lęku wysokości ruszamy w drogę powrotną. Widok rozciągający się przez dziesiątki kilometrów wprawia mnie w zachwyt. Tu jest tak dziwnie i pusto! Hałas i potęga tego niezbyt urodziwego wodospadu budzi mój ogromny szacunek i pierwszy raz od bardzo dawna dochodzę do wniosku, że na tej całej wielkiej planecie jestem tylko małą, bezsilną kropką.
Mała bezsilna kropka zjechała na tyłku jeszcze parę razy, ale w końcu doczłapała się do połowy drogi. Wiecie co? Ja to myślałam, że ten Glymur to będzie chwila moment i jesteśmy na górze. Po Preikestolen nabrałam przecież ogromnej pewności siebie ale teraz widzę, że takie porównania nie mają sensu. Po długim czasie doszliśmy do wystarczająco dobrego miejsca widokowego i na początku trochę się to gryzło z moimi ambicjami i przekonaniem, że 'szczyt to szczyt, a ty tam nie byłaś'. Tym razem szybko pojęłam że jeśli nie ma sensu czegoś kontynuować, mądrzej i doroślej jest odpuścić w odpowiednim momencie. Skoro dalej jest taki sam widok to chcę tam iść z chciwości czy żeby coś komuś udowodnić?

Ja tu sobie gadam, a tu znowu rzeka. Obiecałam sobie że nigdy więcej i zapomniałam, że przecież jeszcze droga powrotna. Nigdzie nie idę, do cholery, wolę zostać tu na zawsze.

Po drugiej stronie widzimy parę Islandczyków, pierwszych ludzi jakich spotkaliśmy tu na szlaku. Mają na sobie tylko bieliznę termoaktywną i skaczą po kamieniach jak kozice, a później zwinnie jak małpy przechodzą moją znienawidzoną 'kładkę'. Zawstydzona uśmiecham się lekko a mężczyźni z wyrazem współczucia i podziwu, a pewnie i niezrozumienia, mierzą wzrokiem nasze plecaki. Jej, jak ja żałuję że nie zostawiliśmy ich wcześniej w jaskini albo gdzieś w krzakach.

Zniecierpliwiona ruszam przez rzekę i z głupiej ciekawości patrzę w dół. Woda dzi jak szalona i wyobrażam sobie że: a) poleciałam do przodu, uderzyłam twarzą w kamień, leje się krew i porwała mnie rzeka; b) poleciałam do tyłu i dzięki tym 15 kilogramom na plecach od razu poszłam na dno. Otwieram usta ze zdziwienia i gibam się do tyłu, szarpiąc linkę. Straciłam równowagę. Ekstra. To koniec.

A jednak nie! Jakaś zwierzęca część mnie i siła przetrwania dodają mi sił i przebiegam na brzeg. Co za koszmar, dwie minuty drogi w jedną i półtorej w drugą stronę a napisałam esej, jakbym zdobyła Mount Everest. Przez następne 3 tygodnie na Islandii i przez całe swoje życie nie doświadczyłam takiego strachu. Ale wracając z wodospadu dochodzę do wniosku, że przecież strach to coś kompletnie wyimaginowanego i subiektywnego. Wynika raczej z naszych przekonań i zbyt bujnej wyobraźni, nadmiernego myślenia o problemach i skłonności do zamartwiania się. Podobno złe nastawienie przyciąga nieszczęścia jeszcze bardziej i w sumie prawie wpadłam do wody właśnie wtedy, kiedy najmocniej to sobie wyobrażałam. Gdybym się poddała i zawróciła już na początku, nie zobaczyłabym najwyższego wodospadu na Islandii, nie spojrzałabym z góry na ten wąski, zielony kanion, żałowałabym okrutnie, bo przecież to nie w moim stylu tak łatwo rezygnować. Skoro zdecydowałam że dam radę i nie zamierzam odpuszczać, moje histerie nic już nie pomogą. Pomoże za to opanowanie i nietrzęsące się nogi, bo tak raczej łatwiej iść. A strach? Strach zaczyna i kończy się w naszych głowach.

Powrót do głównej drogi mija szybko. Co jakiś czas patrzę na kłębiące się chmury i osadzone w nich czubki wzniesień. Mimo nieopadającej ekscytacji i dumy z przesunięcia granicy własnej wytrzymałości, czuję lekkie znużenie. Jest po 23. i powoli robi się ciemno, leniwie wleczemy się żwirową drogą. Na parkingu zostało jedno auto i ani żywej duszy, więc stopa dziś nie połapiemy. Testujemy za to miękki mech i szukamy odpowiednich krzaków, żeby rozbić nasze pierwsze dzikie obozowisko na Islandii.

***

A to o co w końcu chodzi z nazi-zombie? Podobno w tej bajkowej krainie, na Glymurze, kręcono sceny do filmu Dead Snow 2. Idę sprawdzić!

Prześlij komentarz

.