"Piątek zły początek" - pierwsze powolne kroki w stronę Zakaukazia. (część 1)


Zamykam oczy i znów czuję na ramionach zimny wiatr, który momentalnie wywołuje gęsią skórkę. Podczas lipcowych upałów wydawał się być zbawienny, teraz tylko bezlitośnie przypomina o zbliżającej się jesieni, o coraz chłodniejszych i krótszych dniach. Moje studenckie wakacje powoli dobiegają końca, ale staram się o tym nie myśleć - ciągle przywołuję losowe wspomnienia z podróży, oglądam zdjęcia, wspominam. Bo choć kilka następnych dni spędzę w Pabianicach, myślami nadal jestem w Armenii.

Z jednej strony mam wrażenie, że wszystko zaczęło się nie dwa miesiące, a rok temu. Z drugiej - wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tego, że krowy nie są brązowe, a czarno-białe, że do obiadu nie dostaję cytryny, papryki i wódki, że kierowcy nie próbują rozjechać mnie na pasach. Że za oknem nie mam widoku na góry.

Podróże, podróże. Człowiek sobie coś wymyśli, ubzdura, ma jakiś plan - a i tak często wszystko wychodzi odwrotnie. Miałam pokochać Gruzję, a okazało się, że jest przereklamowana. Nie chciało mi się jechać do Armenii, a mnie zachwyciła. Bałam się, że nie dostanę wizy do Azerbejdżanu, a sama z niej zrezygnowałam. Z kolei przed wyjazdem wydawało mi się, że jestem wprawiona w podróżowaniu i umiem się dobrze przygotować, a przynajmniej DOBRZE SPAKOWAĆ. Może gdyby nie tak ciężki plecak, dojechalibyśmy dalej? Może gdyby nie bolące biodro i utykanie, miałabym więcej siły? Nie ma co gdybać. Na tym wyjeździe zobaczyłam sto razy więcej, niż przez cały poprzedni rok.


Zdjęcia.
Wszystkie od Rumunii aż do samego końca są autorstwa Kuby Golewskiego. Tak, zepsuł mi się aparat. Drugiego dnia podróży.
Miałam za to kamerę. Nagrałam 24GB filmów, ale nie umiem z nimi niczego zrobić. Prędzej czy później - powstanie prawdziwe, pełnometrażowe dzieło. Obiecuję.



Start: Rzgów
Cel: Gruzja, Armenia, Azerbejdżan. Zrealizowano: 2/3.
Na ile: na miesiąc.
Koszty: około 540zł.
Długość trasy: ponad 9000km.
Liczba stopów: jak policzę, to dam znać.


Dwunastego dnia lipca, chwilę po południu, wielce podekscytowana całą wyprawą, upycham ostatnie ciuchy. Dwa razy japonki, dwa razy buty do łażenia po górach, buty 'normalne', buty 'ładne', 8x krótkie spodenki, 20 bluzek. Około 30 kisielków instant.
'Przyda się!' 

(nie przydało...)

Znajomi wywożą nas do Rzgowa. Jest już po 19, kropi, ale nic nie złamie autostopowicza w dniu wyjazdu. Nawet plecak, który waży tonę.
 

Za nic w świecie nie przypomnę sobie, ile czekaliśmy na pierwszego stopa. Pamiętam tylko, że kierowca obiecał wyrzucić nas na 'dużym parkingu' - gdzieś na południu Polski. Kiedy wysiadamy pod smażalnią ryb wielkości kiosku, jestem odrobinę rozczarowana.
Duży parking okazał się być niewielką zatoczką, leje, a droga jest nieoświetlona, dlatego zakładamy kamizelki odblaskowe. Jak zawsze kierowcy mylą nas z policjantami, no ale 'skoro już wyhamowałem do tej pięćdziesiątki, to zabiorę turystów'. Kierowca ciężarówki nie wywozi nas jakoś szalenie daleko, ale to zawsze kawałek do przodu no i krok w stronę cywilizacji - tym razem wysiadamy przy prawdziwej stacji benzynowej na granicy Dąbrowy Górniczej i Sławkowa.

Jeszcze dwie godziny temu mieliśmy wielki dylemat: brać atlas samochodowy Europy? Nie no, gdzie tam! Za ciężki, a przecież w nim nawet całej Turcji nie ma. A poza tym - do Stambułu prosta droga. No najpierw Słowacja, później Węgry, Rumunię i Bułgarię się szybko przeleci i proszę, zaraz w Turcji będziemy.

Tacy wielcy podróżnicy. Kawałek pojechali i już nie wiedzą, na jakie przejście graniczne się kierować. Kuba kupuje 'mapę Europy', w której na szczęście jest i kawałek Gruzji.
Deszcz, wiatr i brak ruchu na drodze zmuszają nas do rozbicia namiotu. Oby jutro było łatwiej.


13.07.2013, sobota
nocleg numer jeden: bywało lepiej, ale piwo ratuje sytuację



Nie ma wyjazdu bez zgubienia czegoś, nie ma wyjazdu, na który wszystko się spakuje. Nie wzięłam szczoteczki do zębów! Na stacji benzynowej wydaję więc pierwsze pieniądze - skromne 6 złotych, ale na pastę za 13 już się nie skuszę. Zabiorę Kubie.

Dzień zaczynamy dobrze, bo od razu zabiera nas przemiłe starsze małżeństwo, które jedzie do Krakowa. Kierowca jest wręcz zachwycony naszą podróżą i chce jechać z nami, ale skoro żona mu nie pozwala, to postanawia chociaż wywieźć nas kawał za miasto (z tego pomysłu chyba też nie jest zachwycona).


Łapanie na autostradzie nie jest moim ulubionym punktem wyjazdów, ale bez tego nie może się obejść. Każde nadjeżdżające auto wygląda jak policyjne, a ja oczywiście mam w głowie tylko bloczki z mandatami. W końcu ktoś się nad nami lituje i jedziemy do Jordanowa, na Zakopiankę. Przez całą drogę zabijam gigantyczne mrówki, które oblazły nam torbę z jedzeniem. Sprawa nie jest prosta, bo trzeba się uśmiechać, dyskretnie zgniatać pędzące stworzenia i udawać, że wcale nie robi się komuś w aucie cmentarzyska.

Po ataku owadów przychodzi czas na zmaganie się z autostopową konkurencją. Mijamy innych turystów i ustawiamy się kawałek dalej.

Kolejni kierowcy wywożą nas po kawałku do miejscowości, w której nie ma niczego, poza przystankiem autobusowym. Mija nas kilku miejscowych, jedno małżeństwo nawet łapie stopa z nami. 'Państwo też do Jabłonki?' Nie, do Armenii.

Nie cierpię ludzi, którzy nie potrafią grzecznie czekać na swoją kolej i odstraszają nam kierowców. Gdy zatrzymujemy auto, chytra baba wpycha się do środka i tyle widzieliśmy naszego stopa.

Mozolne przemieszczanie się i zimny deszcz źle działają na nasze humory, dlatego po drodze obkupujemy się w masę słodyczy, chipsów i innych świństw. Siedząc na mokrej ziemi, szczelnie owinięci bluzami, kurtkami i płaszczami, na podwózkę do granicy czekamy aż 2 godziny...

Upragnione Chyżne znowu zaskakuje mnie pustkami. Śmieje się z nas nawet straż graniczna, która na koniec życzy powodzenia i zaleca łapanie stopa w stringach.

Nastroje poprawia nam austriacka wycieczka. Z autokaru wysypują się tłumy starszych ludzi, którzy zachwyceni robią zdjęcia tabletami wszystkiemu, czemu się da i komu się da. Od razu wzbudzamy w nich zainteresowanie - a dokąd jedziemy, a czy nie chcemy z nimi do Wiednia, a ile mamy lat. Kuba resztkami swojego niemieckiego opowiada, że jedziemy daleko i stopem. Od tego momentu czuję się jak bardzo atrakcyjne zwierzątko w zoo - wszyscy robią nam zdjęcia, a na koniec jakaś uśmiechnięta staruszka daje Kubie... 2 euro.


Dzień autostopowej udręki, zmagania się z brakiem aut, przemieszczaniem się co 10 kilometrów, zimnem, deszczem i wiatrem, ratuje dwóch polskich tirowców, którzy jadą do Rumunii. Jeśli ktoś z Was będzie zastanawiał się, dlaczego Chyżne już nie jest takim super-często-wybieranym przejściem granicznym to uprzejmie informuje, że od kilku miesięcy tragicznie wzrosły opłaty za przejazd przez Węgry, dlatego dużo kierowców ciężarówek przerzuciło się na Barwinek.

Po godzinie 19. wyjeżdżamy z Polski. Było ciężko, a przecież to dopiero kawałek - gdzie cała Turcja, gdzie Armenia? Zamykam oczy i próbuję nie myśleć o zimnych, mokrych skarpetkach. Chyba należy mi się odrobina snu, bo jutrzejszy dzień wcale nie zapowiada się na mniej intensywny. W końcu Rumunia potrafi zaskoczyć wszystkim...

Prześlij komentarz

.