Łódkostopem przez Bosfor do Azji. (część 5)


Po wizycie w Galata Tower czas na typowo stambulskie krzątanie się po mieście - nie trzeba jechać daleko, żeby zobaczyć ciekawe miejsca, rzeczy i oczywiście nietypowych dla mnie ludzi. 

Spacerując uliczkami oglądam wystawy sklepów, które przyciągają mój wzrok kolorami, kształtami i egzotyką. Oczywiście można też znaleźć sklepy typu 'Tefal Outlet', Turków próbujących wcisnąć ci za kilka lirów tanie, chińskie badziewia, ale cały urok budują wspomniani wcześniej typowi handlarze, wyciskacze soków owocowych i artyści, którzy ręcznie wykonują ozdoby w typowym azjatyckim stylu.


Dzięki kolejce linowej (która działa tu jak cała komunikacja miejska!), docieramy w kolejne miejsce (niestety w kwestii podania dokładnej lokalizacji ograniczę się tylko do poinformowania, że nadal jesteśmy w Europie). Spacerujemy, a po zakupie baterii do aparatu - tym razem takich, które przeżyją dłużej niż dzień - czas na obiad. Nie uwierzycie, ale idziemy na kebab!


Stety-niestety po drodze zatrzymujemy się przy jednym z ulicznych stoisk z jedzeniem. Na nieszczęście padło na małże, które grzecznie leżą ukryte w swoich skorupkach, tworząc wielką brązową górę mieniącą się zgniłą zielenią. Na sam zapach zaczynam mieć wątpliwości, czy mdłości przejdą mi do momentu, kiedy będziemy zamawiać obiad. Z początku mam wrażenie że to najbardziej szalona rzecz, jaką dzisiaj zrobię, ale po minie Cana wnioskuję, że dla Turków to normalne, do tego traktowane jak jedzenie delicji. Dowiadujemy się też że zawsze po wyjściu z klubu, kiedy zbliża się świt i wszyscy są nieziemsko pijani, małże sprzedają się jak świeże bułeczki. Płacisz raz - sprzedawca otwiera 6 skorupek, wyciska do środka sok z cytryny i możesz delektować się obślizgłym glutem, który cuchnie wodorostami.

Do wszystkich fanów owoców morza (którzy pewnie są teraz oburzeni moim opisem): pragnę powiedzieć tylko, że to co dostajecie na talerzu w Polsce nijak ma się do azjatyckiego jedzenia sprzedawanego na ulicy.

A do osób zniesmaczonych widokiem małży 'z robaczkami' - to białe to na szczęście ryż. Choć dowiedziałam się o tym dopiero po zjedzeniu, przez cały czas będąc w przekonaniu, że to naprawdę jakieś żyjątka gratis.

Chyba dostałam w bonusie jakieś wodorosty, zjadłam kawałek skorupki albo po prostu histeryzuję, ale poczułam się tak, jakbym przeżuwała coś pomiędzy martwą rybą z Bosforu (owiniętą wodorostami), a surowym mięsem, którego termin ważności już dawno upłynął. Przez następne 5 minut nic nie mówię i powtarzam sobie tylko, że nie wypada wymiotować przysmakami, którymi uraczyli cię gospodarze.

Posmakowałam Azji. Wtedy powiedziałam sobie 'nigdy więcej' ale wiem, że to powtórzy się w te wakacje (bo co to za podróżnik-odkrywca, który nie spróbuje wszystkiego?).

Na obiad _jakiś_inny_kebab_ - choć dla mnie smakuje jak zawsze. Tym razem podany z ayranem, czyli zmieszanym z wodą jogurtem. Istnieje oczywiście mnóstwo wersji tego napoju - może być przyprawiany, może mieć różne proporcje składników. Jest podobny do armeńskiego napoju doogh, tak przynajmniej wyczytałam. Sprawdzę!


Po kolejnym spacerze udajemy się na shishę, która również zasługuje na pochwałę. Chłopaki grają w 'tavlę', a ja z przerażeniem odkrywam, że przy takich cenach alkoholu chyba nie chciałabym tu mieszkać. (Co do gry 'tavla' - nadal nie wiem, o co w tym chodzi, ale w Polsce podobno też jest znana.)


Długo spacerujemy wśród palm i kotów, idąc wzdłuż się Bosforu. Oglądamy pokaz świateł na moście łączącym tę część z Azją i ruszamy dalej. Nagle Can krzyczy do nas, że właśnie do brzegu podpływa jakaś mała łódka i że... mamy ją złapać.

Nienawidzę siebie na filmach, ale większe niż zwykle trudności z wysłowieniem się chyba dobrze oddają moje zaskoczenie całą tą sytuacją.


Nie wiem po co płyniemy do Azji praktycznie w nocy, ale brzmi to dla mnie trochę egzotycznie...

Prześlij komentarz

.