Obrazki z Tbilisi. (część 16)

Tbilisi odwiedzamy dwukrotnie - robimy tam bazę wypadową i zostawiamy większość rzeczy (na przykład milion kisielków instant, których jeszcze nie ruszyliśmy - polecam na wyjazd). Wracając z Kazbegi (na północy, koło granicy z Rosją), znowu zawitamy w stolicy, coby odpocząć, ogarnąć się i ruszyć do Armenii. Tymczasem zapraszam na e-przechadzkę po stolicy Gruzji - no, to trochę za dużo powiedziane. Po kilku miejscach, z których mamy najwięcej zdjęć i nadają się one do publikacji.



Tam na górę.
Niedaleko naszej kwatery są schodki, a schodkami można tup-tup na szczyt Sololaki. Schodki ciągną się w nieskończoność i jak ktoś jest taką kluchą, jak ja, to będą go boleć łydki.


Widoki po drodze są śliczne. Spotkaliśmy nawet małe kotki!


Kartlis Deda, czyli dwudziestometrowy pomnik z aluminium. "Matka Gruzji" powstała z okazji 1500-lecia Tbilisi. Przyjaciół wita winem, a wrogów - mieczem.


Jest cycek!


Przez całą drogę brak jakichkolwiek oznakowań, więc dobrze mieć jakąś mapkę. My nie ogarnęliśmy, że idąc innymi schodkami trafilibyśmy prosto w objęcia twierdzy Narikala i wybraliśmy się tam dopiero następnego dnia - tym razem kolejką linową.


Ważna rada dla wszystkich łamag - jak nie chcesz wyrżnąć,to nie zbiegaj z góry.



Jedzenie.

'Dom Khinkali' poleciła nam nasza gospodyni. Znaleźć go nie jest tak łatwo, ale jak popytacie taksówkarzy na Rustaveli, to w końcu traficie. A warto, bo ceny i jedzenie sprawią, że Dom Khinkali stanie się też waszym domem.


Kiedy przychodzi pora na kolację, trafiamy na biesiadę Polaków. Na widok flagi zaczynają śpiewać na całe gardło 'Polskaaa, biało-czerwoni'. Siadamy obok i dostajemy rekomendację chyba wszystkich potraw, jakie są w karcie. Tutaj ceny trochę odpychają, więc zamawiamy tylko chaczapuri. W menu wygląda tak:

        

A jak wyglądałoby na naszych talerzach - tego nie dowiemy się nigdy. Obsługa chyba nas olała i powtarzając w kółko 'będzie za 5 minut', każą nam czekać prawie godzinę. Obmyślamy więc strategię na następne dni, robimy głupie zdjęcia, a kiedy w końcu uznajemy, że to przesada - wychodzimy bez słowa. Na domiar złego gubię okulary przeciwsłoneczne, a później dostaję po ramieniu od dzieciaka, któremu nie chciałam dać pieniędzy...


Dziwne rzeczy.

Most Pokoju w nocy świeci. Stalowo-szklana konstrukcja przeznaczona jest tylko dla pieszych i łączy starą część miasta z tą bardziej nowoczesną. Konstrukcja dojechała aż z Włoch - dwustoma ciężarówkami! Jak każda większa inwestycja, budzi dużo kontrowersji - są nawet tacy, którzy jego zburzenie wpisują w program wyborczy.

           

Nie mam pojęcia, co to jest. Właściwie to nikt nie umiał nam powiedzieć: co, po co i za ile. Milczy nawet internet. Oczywiście obiekt ten jest tak funkcjonalny, jak Galeria Pabianicka - od początku istnienia zamknięty.


Znowu na górę.
 

Kolejka linowa była dla mnie nie lada atrakcją, choć w sumie od niedawna podobna funkcjonuje na mojej uczelni. Koszt przejazdu - 2 lari (3,6zł). Płacimy kartą miejską.


Rwąca Kura.


Na tropach Polaków.


Jestem naprawdę beznadziejnym kamerzystą...
***

Ogród botaniczny.

Do ogrodu trafiamy całkiem przez przypadek. Wchodzimy tam za 1 lari, czyli 1,8zł od osoby. Jak ktoś jest zapalonym botanikiem, to się pewnie trochę rozczaruje. Mimo wszystko polecam tam zajrzeć, gubiąc się i szukając wyjścia można spalić zylion kalorii.


Wszechobecne kaktusy. Nie wiem, po co im tyle kaktusów, ale gdy się gubiliśmy i przewracałam się na nierównym terenie, okazywały się dość agresywne i nieprzyjemne w kontakcie ze skórą.


Ogród botaniczny to tak naprawdę zwykła dżungla. Czasem też zdarzało nam się zboczyć ze szlaku (szlaku? tam nie było żadnych szlaków. ani oznaczeń). Wtedy naprawdę miałam wrażenie, że nigdy nie trafimy do wyjścia.


Największą atrakcją był dla mnie plac zabaw i pozowanie do bezsensownych zdjęć. W ogrodzie spędziliśmy chyba z pół dnia!


Jako że moja mama uwielbia roślinki, zawsze z wyjazdów przywożę jej liście, patyki, kwiatki i chwasty. Kiedy zimą przywiozłam z Turcji herbatę, kawę i przyprawy, mama stwierdziła: 'eee, wolałabym jakieś listki'.

Ogród botaniczny nie miał zbyt urozmaiconej roślinności, ale kilka okazów zwinęłam.


Idziesz sobie i idziesz pod górę brukowaną uliczką, i myślisz, że to już koniec, a tu na końcu drogi stoi strażnik i mówi: 'przejścia nie ma'.
A mnie naprawdę bolą już łydki!


Nigdy nie zrozumiem, jak w takim miejscu można wyrzucać śmieci i puste butelki.


Muzea.

Muzeum Narodowe skusiło mnie wystawą o okupacji sowieckiej. I oczywiście ceną - z kartą studencką płaci się grosze. W ramach odchamienia zobaczyliśmy jeszcze dwie inne wystawy, jedna o złocie, druga o trylobitach i innych skamielinach (to akurat było arcynudne). 

Historyczna część okazała się z dużo ciekawsza. W przeciwieństwie do muzeum w Armenii, tutaj znajdziemy angielskie napisy.


A do Muzeum Sztuki Nowoczesnej wjazd za darmo!


Ludzie bezdomni.

 Tam, gdzie Starówka, drogie sklepy i bogaci turyści, tam i biedacy. Wielu z nich dorabia sprzedając łuskany słonecznik, orzechy i migdały. Co najpyszniejsze, obierają je zębami.


Ulica Rustaveli co krok usiana jest malutkimi dziećmi, które zostawiane są tam w celach zarobkowych od świtu do nocy. Śpią, leżą, siedzą w miejscu. Bez opieki.


Hitem był dla mnie moment, w którym starsza pani (nie ta na zdjęciu, tylko taka z zabandażowaną twarzą), wkurzyła się tak bardzo, że cisnęła w nas garścią monet,
jęcząc coś pod nosem.
Kiedy bezdomna rzuca w ciebie pieniędzmi, wiedz, że jesteś strasznym biedakiem. 

***

W pokoju obok zamieszkali Czesi. Jak ktoś myśli, że ich język jest podobny do naszego - nic bardziej mylnego! Jedyny sposób, żeby się porozumieć, to angielski.


Cały wieczór rozmawiamy, pijemy wódkę i gramy w chińczyka. Chińczyka? Nasi Czesi śmieją się z polskiej nazwy tej gry. I mają rację - w całej Europie nazywa się ona 'Do not get annoyed'...

 ***

Tu kończy się nasza przygoda z Tbilisi. Miasto jest zdecydowanie ciekawe i w dobrym stylu, choć wciąż pełno tu gruzińskich kontrastów. Co odradzam, to spacerów po zmierzchu, bo mimo wszystko nie jest tu najbezpieczniej. A jeśli chodzi o rekomendacje, to polecam całym sercem: jedzcie khinkali, pijcie wino i zostańcie tu co najmniej 4 dni.

Prześlij komentarz

.