Oblicza Batumi. (część 13)

Przepych obok skrajnej biedy, superszybkie auta wśród krów na drodze i Polacy w skarpetach i sandałach. To przychodzi mi na myśl, kiedy słyszę nazwę najpopularniejszego gruzińskiego kurortu. Brzmi abstrakcyjnie? Ostatni wpis był z zaledwie jednym zdjęciem, więc dziś nie musicie wysilać swojej wyobraźni – obrazków będzie trochę więcej.


Zbierając materiał do dzisiejszego wpisu z przerażeniem odkryłam, że w ubiegłym roku Natalia Lesz - na specjalną prośbę wiceministra ekonomii - nagrała cover piosenki 'Batumi' (za co dostała honorowe obywatelstwo Gruzji!). Każdemu, kto ma zamiar zapoznać się z dalszą częścią wpisu, polecam zobaczyć choć kawałek teledysku: http://www.youtube.com/watch?v=70MKULuhIjY

No przyznam szczerze, że przez 4 minuty i 25 sekund gapiłam się z niedowierzaniem - ujęcia zrobiły na mnie duże wrażenie. Może dlatego, że wiem, jak wygląda reszta Batumi. Tak dla kontrastu skupiliśmy się na fotografowaniu tych 'brzydkich' rzeczy - resztę zobaczycie w przewodnikach i ofertach biur podróży.

***

 22. - 23. lipca 2013
DZIEŃ JEDENASTY&DWUNASTY
Po niezbyt przespanej nocy trafiamy do kwatery u starszej pani. Suszymy wszystkie mokre ciuchy (czyli wszystkie, które mieliśmy), szacujemy straty materialne i moralne, doprowadzamy się do porządku. Przed wyjściem odbywamy jeszcze krótką rozmowę w języku rosyjskim z właścicielką domu – starszą kobieciną w fartuchu i rozpadających się kapciach.

- Czemu obrączek nie macie?
- Bo to nie jest moja żona...
- Ale jak to? I w jednym pokoju spaliście?... No jak to nie żona?
- W jednym pokoju, w jednym namiocie, grunt że nie w jednym śpiworze.
- Acha... Ale jak przyjedziecie do mnie za rok, to to już będzie twoja żona?
 Z dobrymi humorami wychodzimy z kamienicy. I mijamy... krowę. Tak rozpoczyna się nasz spacer - w końcu bez plecaków.


Spokojnie! Bez znajomości gruzińskiego alfabetu nie zginiecie.


Mało bocznych ulic może poszczycić się asfaltem.


Śniadanie jemy w jednej z restauracji z gruzińską kuchnią, która w ofercie ma chyba więcej rodzajów wódki, niż potraw. O chaczapuri, khinkali i innych tradycyjnych daniach napiszę osobno, bo takim pysznościom warto poświęcić więcej uwagi.



O tavli (trytrak) pisałam podczas wizyty w Turcji, ale jak się okazało, jest on grą ludową również dla Gruzinów, Ormian i Arabów. Chyba w końcu będę musiała się jej nauczyć, choć i czyjeś rozgrywki zawsze przyciągają wielu widzów...


W międzyczasie odwiedzamy konsulat Azerbejdżanu, z myślą złożenia wniosków o wizę. Każde z nas dostaje tonę kartek A4, zapisanych drobnym druczkiem. Nie wiem, jak długo zajęłoby mi wypełnianie tego, bo pytania wyglądały na trudniejsze niż na kolokwium z fizyki półprzewodników. 'Podaj dokładny adres miejsca w Republice Azerbejdżanu, do którego zmierzasz', 'czy po odwiedzeniu Republiki Azerbejdżanu wybierasz się do Armenii?', 'czy uważasz, że polityka prowadzona przez rząd azerski szkodzi państwu?', 'czy jest ona zgodna z twoimi poglądami?'


Oprócz tego mnóstwo pytań o więzienie, numer autobusów, którymi będziesz się poruszać, jeszcze raz o adres (i numer telefonu!), numer buta mamy i stan twojego konta. Sprytni urzędnicy powtarzają wielokrotnie to samo pytanie, żeby sprawdzić, czy gdzieś czasem nie podałeś zmyślonej odpowiedzi.

Podczas włóczenia się po mieście widzimy punkt foto, dlatego Kuba postanawia zrobić sobie zdjęcia do wizy. Właściciel 'zakładu' każe mu usiąść na stołeczku pod obdrapaną ścianą i robi kilka zdjęć Olympusem za 100zł. Drukuje je na komputerze i voila. Proste?

Wiza kosztuje trochę więcej, niż myśleliśmy - ponad 300zł. Decydujemy się jechać nie do Azerbejdżanu, a do Armenii - i jest to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęliśmy podczas wyjazdu.

***

Po południu przenosimy się do kwatery, w której do wczoraj urzędowali spotkani przez nas Polacy. Zgodnie z zapowiedziami, mieszkanie ładne, bliżej centrum, 15 lari (30zł) za noc. No i 'trzy grube baby w średnim wieku - jedna bizneswoman, trzeba się będzie targować. Druga jakaś niemrawa, a trzecia całymi dniami zbiera marchewki w FarmVille'.


Kamienista plaża nie sprzyja ani kąpielom, ani opalaniu. Tu akurat niezdarnie próbuję wrócić po klapki - a taki spacer na bosaka jest naprawdę bolesny.


Każdy orze jak może!


wszechobecne pranie.


niewątpliwie jedną z głównych atrakcji Batumi są 'tańczące fontanny'. Po jakiejś godzinie oglądania i śpiewania przy piwie, obeszliśmy je dookoła i odkryliśmy, że siedzieliśmy 'z tyłu' widowiska. Po drugiej stronie wyświetlane były jakieś, mało związane z resztą, obrazy. Ale to już przeżytek, dlatego polecam oglądać pokaz 'po lewej stronie'.

***

To, co spodobało mi się w Batumi najbardziej, to duża ilość parków i zieleni. Miejsca, w których odnaleźć można względny spokój - na przykład Nuri Lake i wieczorny koncert żab. Podsumowując - miasto jak miasto - ma swoje słabe i mocne strony, choć ten gruziński kurort wyjątkowo zaskakuje miszmaszem. Mimo wszystko absolutnie nikomu nie polecam omijać tego miejsca - nawet jeśli nie uda Wam się odnaleźć 'herbacianych pól', Batumi to po prostu klasyk.

Prześlij komentarz

.