Melonowe Pole. (część 7)

Idziemy poboczem ruchliwej, tureckiej drogi. Zapadły już egipskie ciemności i - potykając się o własne nogi, śpiwór i wszystkie torby, jakie zabrałam ze sobą - niezdarnie gonię Kubę, który jest strasznie wkurzony. Do naszej właściwej drogi został jeszcze kawałek, a mi z każdym krokiem maszerować chce się coraz mniej. Jest ciemno, ale nadal jesteśmy świetnie zauważalni dla tureckich kierowców tirów, którzy migają nam światłami, trąbią, machają i zatrzymują się co chwilę, oferując podwózkę. To urocze, zwłaszcza że idziemy w przeciwną stronę...

Samego siebie przechodzi za to kierowca, który zatrzymuje się pośrodku autostrady, cofa, goni nas na wstecznym i wychylając się z kilkuletnią córeczką przez okno krzyczy z nią: 'GOOOO! SAMSUN, YOU GO SAMSUN. COME, COME, FRIENDS, SAMSUN!'. Kuba nie daje się namówić na Samsun i wtedy to ja czuję irytację.

Chcąc uciec od namolnych kierowców, odbijamy w pole. Gdzieś tam daleko migają dwa czerwone punkciki i z radością stwierdzam, że to stacje benzynowe. Idziemy więc na oślep przed siebie, a ja cały czas mam wrażenie, że coś w trawie piszczy. I zaraz nas zje.

Nie wiem, ile trwał ten spacer. Przemierzając Pustkowie (za często się pojawia w ostatnich notkach, żeby go nie nazwać), czuję się jak zagubiony wędrowiec na pustyni. Moją fatamorganą są czerwone punkciki, które okazują się nie być wcale stacją benzynową. To zwykłe stoiska z melonami...

Czuję się tak, jakby ktoś kopnął mnie w twarz. Koniec z marzeniami o ciepłej herbatce (w nocy na Pustkowiu wieje arktyczny wiatr), koniec z marzeniami o Wifi (mama chyba od kilku dni myśli, że nie żyję). Koniec z marzeniami o prysznicu. Jest za to milion melonów.

Z nadmiaru wrażeń w dniu dzisiejszym, decydujemy się iść spać. Otoczenie nie jest zbyt atrakcyjne, dlatego rozbijamy się na Pustkowiu. I powiem Wam szczerze, że pierwszy raz od dawna umieram ze strachu.

Na pocieszenie postanawiamy kupić melona. Jestem zła, że nie jedziemy dalej, więc daję Kubie 2 tureckie liry (niecałe 4zł) i każę wytargować jakiś owoc. Wraca z niezbyt dorodnym melonem, no ale grunt, że misja się udała. Mamy śniadanie!

czwartek, 18.07.2013.
DZIEŃ SIÓDMY
Pada? Mam wrażenie że tak, ale - jak się później okazuje - to tylko agresywne ziarenka piasku, które uderzają o nasz namiot. Wstaję po 11 i ze zdziwieniem odkrywam, że właśnie spałam w polu melonów...


zawsze miałam problemy ze wstawaniem.


to, co w nocy uznałam za stację...

Zaczynam nucić 'Marchewkowe pole' Lady Pank i - stety niestety - będzie mi to siedzieć w głowie przez kilka następnych dni. Stety, bo tęsknię za polską muzyką i do tego lubię śpiewać (lubię nie oznacza umiem); niestety - bo znam tylko 3 linijki tekstu.


O 13 ustawiamy się przy melonach. Ruch jest mały, ale auta zatrzymują się jedno za drugim. Nadal bawi mnie to, że wszyscy kierowcy w Turcji nawijają po turecku jak najęci, choć mówimy co sekundę, że nic nie rozumiemy. Mimo wszystko wydajemy się być idealnymi rozmówcami dla kolejnego tirowca, który opowiada nam niesamowite (tak myślę) historie. Chyba naprawdę stęsknił się za ludźmi.


Wnętrza tureckich ciężarówek są naprawdę urocze. Wszędzie firanki, falbanki,
kocyki i mięciutkie narzuty!

O 14:30 przesiadamy się, to znaczy wysiadamy, idziemy kawałek przed siebie i łapiemy dalej. Po drodze macham ludziom na Pustkowiu, którzy prawdopodobnie właśnie podlewają jakieś grządki. Zatrzymuje się ciężarówka, wsiadamy, kiedy nagle... podbiega do mnie około 10-letni turecki chłopiec i wręcza mi dwa świeżutkie ogórki. Ogórki! Przybiegł tu z drugiej strony autostrady, żeby dać nam świeżo zerwane, pachnące Polską (?) ogórki! Nie umiem tego opisać, ale ten gest naprawdę mnie zaskoczył. Pozytywnie.


To dopiero mnie zdziwiło! - po co kierowcy lusterko wsteczne w kabinie,
skoro i tak nic nie widać?


Po kilku godzinach jak zwykle monotonnej jazdy, docieramy do Sivas. Wylot z miasta, duża stacja, ciekawa okolica - czego chcieć więcej? Upragniona łazienka, kolacja, internet i kontakt z Polską. O nocleg na razie się nie martwię. Namawiam Kubę, żebyśmy nie jechali dalej. Zaraz zrobi się ciemno, a pracownicy stacji chyba nas polubili. Tylko jeden z nich mówi po angielsku, ale również cała reszta namawia, żebyśmy przyszli, posiedzieli, pogadali. I wypili herbatkę.


Nieśmiało przenosimy plecaki przed wejście do biura. Paciorek w meczecie naprzeciwko odśpiewany, zrobiło się ciemno - więc Allah już nas nie widzi - czyli można zacząć jeść (uroki ramadanu). Pojawiają się stołeczki, herbata, cola, fanta, sprite, melon, milion innych rzeczy... ale co najważniejsze, w końcu dostaję prawdziwą BAKLAVĘ. Baklava to absolutnie mój numer jeden wśród słodyczy. Ciasto listkowe przełożone miodem i orzechami, do tego jakieś inne migdałowopodobne składniki - wszystko zapieczone i pokrojone w fikuśne kształty. Nie umiem tego opisać słowami, ale to jest po prostu orgia kubków smakowych.

Kiedy przychodzi szef, absolutnie nie mamy prawa do dyskusji. Jest zimno i jako goście mamy wejść do biura, ba, mamy tu spać! Internet, podłoga, herbatki i pracownicy są do naszej dyspozycji. Mamy czuć się jak u siebie w domu - i w sumie to bardzo nam to pasuje. 

Czy ktoś jeszcze nie wierzy w turecką gościnność?

Prześlij komentarz

.