Lato skończyło się w sierpniu. (część 3)


Panicznie boję się jeździć na gapę, a nas właśnie złapał kanar. I zapakował do samochodu.
Na oko jest w naszym wieku i ma na sobie żółtą odblaskową kamizelkę. Dokładnie przyjrzeliśmy mu się już z godzinę temu i do dziś mam przed oczami tę zwichrzoną, złotą czuprynę i buzię szesnastolatka. Wypatrywaliśmy tego chłopca przez cały rejs promem mając cichą nadzieję, że dwoje turystów z wielkimi plecakami pośród dziesiątek samochodów wcale nie rzuca się w oczy.

Nie wiem, czy chcieliśmy kupić bilet. Właściwie to nie chcieliśmy i to bardzo z naszej strony nieładnie, no ale gdyby trzeba było, liczyliśmy się z kosztami. Masywna blond Norweżka podwiozła nas tak blisko pod prom, że minęliśmy kasy i o tym że jestem gapowiczem dowiedziałam się dopiero na pokładzie. A dokładniej - wychodząc z łazienki która oklejona jest informacją: za brak ważnego biletu płaci się 500 NOK. A my jeszcze nawet złotówek na korony nie wymieniliśmy.

Schodząc z promu z ulgą uznałam, że się udało. Na odstresowanie robimy sobie miliony zdjęć.


Zachwyceni widokami ze zdziwieniem odkrywamy, że wszystkie auta z naszego promu już dawno sobie pojechały. Ruch zamarł aż do następnego rejsu i bardzo nam to nie w smak, bo chcieliśmy zdążyć dziś dowędrować do Pulpit Rock. Maszerujemy przed siebie ulicą a ja kręcę się cały czas w kółko i rozglądam na boki, bo widok jest jak z bajki. Wszystko dookoła jest niebieskie, potężne i spokojne.

Po paru krokach zgarnia nas kontroler biletów, który wraca do domu.


Ja-kozica.
Jest po 19, noc jeszcze młoda... będzie ciężko i pod górkę. Rozważamy wszystkie za i przeciw i decydujemy, że jeszcze dziś wdrapiemy się na Preikestolen - niby tylko 4km górskiej wędrówki, ale Michał ma na plecach 17kg a ja 15. Oczywiście mogliśmy zostawić plecaki w hotelu i wejść bez nich, ale ubzduraliśmy sobie, że na szczycie rozbijemy namiot i zobaczymy fiordy o wschodzie słońca (rozbić namiot na skale, serio?).


Mając w pamięci odwodnienie z Turcji napełniam naszą butelkę DRIKKEVANN i każę Michałowi pić duszkiem.

***

Początek zazwyczaj jest łatwy - ale nie tutaj. Ponoć do 'budowy' tej trasy ściągnięto z Nepalu Szerpów (górskich tragarzy), którzy układali wielkie kamienie. Człapiemy kroczek za kroczkiem a ja próbuję łapać równowagę i zastanawiam się, po co znowu spakowałam tyle rzeczy.


'Już nie mogę'


Gdy zaczynam sapać jak zmęczony prosiak obiecuję sobie, że już nigdy w życiu nawet nie spojrzę na papierosy, że będę chodzić na siłownię, będę biegać, pływać i robić wszystko, żeby poprawić kondycję. Wyprzedzają nas tłumy starych ludzi, biegacze, małe dzieci i Chinki w balerinkach. Niektórzy z podziwem, inni z przerażeniem patrzą jak uginamy się pod ciężarem plecaków. Gdy kończą się strome odcinki i wychodzimy na otwartą przestrzeń, biegam jak kozica. Trochę boli mnie biodro i przykleiła się do mnie koszulka, ale wszystko jest tak ładne, że przestaje mi być ciężko. Mogłabym siedzieć tu tydzień tylko po to, żeby gapić się przed siebie.


Na szczycie jesteśmy po 21. To dobrze, bo jest już mało ludzi i nie trzeba czekać w 'kolejce do zrobienia sobie selfie'. Jedna pani zajęła najlepsze miejsce do robienia zdjęć na dobre 10 minut, próbując znaleźć ujęcie idealne. Michał się trochę zniecierpliwił.

Po nachapaniu się widokami i zrobieniu jakichś 200 zdjęć (wszystkie wyglądają tak samo), nagle huk, grzmot, trochę mocniej wieje. Burza? Tego nie było w planach. Po godzinie 22. rozpoczynamy ewakuację, to znaczy paniczne zbieganie na dół. W połowie drogi robi się ciemno a ja oczywiście nie mam latarki; tuląc się do drzew jak małpa niepewnie stawiam kroki na kamieniach. Potykam się, wykręcam kostki i parę razy nawet przewracam, bo przecież moja koordynacja ruchowa jest na poziomie dziecka które uczy się chodzić. Troszkę kropi i robi się chłodno ale adrenalina robi swoje. O ile na górę człapaliśmy się ponad dwie godziny, o tyle zbiegliśmy w jakieś 40 minut.

I to naprawdę wielki wyczyn, że nie skończyło się na zagipsowanych kończynach.



Tak, wiem, wszystkie są takie same. Ale i tak jaram się każdym.


Możecie mi nie wierzyć, ale to jest zdjęcie pączka z lukrem.

Padnięci wbiegamy do recepcji jakiegoś drogiego hotelu. Na osłodę życia dostajemy kapiące lukrem pączki i oficjalne pozwolenie na rozbicie namiotu w pobliżu. Wiatr wieje z prędkością światła i do tego kropi, ale po 30 minutach wreszcie udaje nam się rozbić niezbyt pewną poliestrową konstrukcję. Dziś czas na rozdziewiczenie śpiwora, który na Islandii wcale nie okaże się taki wspaniały i ciepły. Owijam się szczelnie, podkulam nogi i z przerażeniem patrzę na ścianki namiotu, który pokłada się pod siłą wichury.


7.08.2014, czwartek
DZIEŃ TRZECI

Z parku narodowego zabierają nas niemieccy turyści. Dojeżdżamy do promu do Stavanger, bo to stąd jutro mamy samolot. Tym razem płacimy za podróż - 15 euro. Mniej niż za hamburgera!

Stavanger to całkiem duże jak na Norwegię miasto. Leży na południowo-zachodnim wybrzeżu i jest dla nas świetną bazą wypadową na Islandię. Niby nie będziemy opuszczać Europy ale mam dziwne wrażenie, że to ostatnie miejsce przed podróżą, w którym mogę się czuć 'jak w domu'. Stosunkowo blisko, klimat i otoczenie w miarę podobne do naszego, no i przede wszystkim - małe szanse na odcięcie od świata z powodu wybuchu wulkanu. Już jutro polecę do kraju który podobno wygląda trochę jak Księżyc, trochę jak miejsce akcji Władcy Pierścieni. Czasami mam wrażenie że autostop i pokonywanie kolejnych granic trochę mnie już nużą, ale teraz przeszywa mnie fala takiej ekscytacji jakbym naprawdę miała opuścić planetę.


Tam gdzie wieje wiatr.
Koniec marzenia i ekscytowania się na zapas. Czas wrócić na ziemię - przypominają mi o tym drobne kropelki słonej wody, które szczypią w nos i oczy. O ile do tej pory pogoda była wspaniała, o tyle teraz dopadła nas typowo skandynawska plucha. Wszystko jest szare, mokre i zimne, dlatego kilka godzin siedzimy w informacji turystycznej i w maku. Plus jest taki, że udało nam się wyhaczyć jedzenie w przyzwoitej cenie. Tak, w Norwegii! McDonald's i cheeseburgery smakują jak nigdy przedtem.

Czekamy na Majka, który jest kolegą kolegi Michała i zgodził się nas dzisiaj przekimać. Na pierwszy rzut oka byliśmy zdziwieni faktem, że mamy spędzić następne 12 godzin z typowym szwedzkim emo z farbowaną, zasłaniającą pół twarzy grzywką. Z minuty na minutę coraz bardziej się do siebie przekonujemy, aż w końcu ze wstydem przyznajemy, że ocenianie po pozorach jest po prostu haniebne.


Polską wódką można zabić.
Wiele razy zdarzało mi się korzystać z Couchsurfingu i noclegów załatwianych przez znajomych, ale rzadko kiedy bywałam goszczona z taką troską i zaangażowaniem. Majk pokazał nam miasto i zabrał nas na piwo (wiele piw), załatwił degustację słodko-słonych słodyczy (słonyczy? :d), a gdy się wypogodziło na spacer z kawą, wieczorem na melanż pod mostem i picie naszej polskiej wódki. Gdy jestem już wystarczająco nietrzeźwa proponuję spacer po taśmie i przewracam się, zanim na nią wejdę.

- Why is it so fucking windy?
- Dude, it's Stavanger!
 

Gdy w nocy docieramy do mieszkania, nie zwracając uwagi na swój stan (w myśl zasady: umyj się na zapas, od jutra śpisz w namiocie), idę pod prysznic. Chwiejąc się i próbując złapać równowagę ochoczo leję się gorącą wodą. Aż w końcu zauważam, że kabina jest niedomknięta i spowodowałam powódź. Cała łazienka pokryta jest grubą warstwą wody.

Zresztą czego ja się mogłam po sobie spodziewać. Wystraszona chwytam ścierkę i po kawałku wykręcam z niej hektolitry zbieranej wody. Sama kąpiel zajęła mi za dużo czasu a doliczając moje spowodowanie katastrofy, siedziałam tam dobrą godzinę. Z planu wyspania się przed Islandią raczej nici, ale pomartwię się o to później.

***

Majk zgubił nakrętkę od wódki i stoi przy oknie z odkręconą butelką, paląc papierosa. Długo patrzy w szkło i kiedy w jego wzroku zauważam rezygnację i brak pomysłów jak zamknąć butelkę, postanawia wyzerować. Pije ciurkiem jeszcze ćwierć flaszki. I umiera.

Budzik ma dzwonić o szóstej. Majk będzie nietrzeźwym kierowcą wózków widłowych, my będziemy próbowali trafić na lotnisko.

Nie tak wyobrażałam sobie profesjonalną ekspedycję na koniec świata.


8.08.2014, piątek
DZIEŃ CZWARTY
Budzi mnie budzik o 5:50 i zrywam się z łóżka po pierwszym sygnale. Mozolnie ogarniam wszystkie rzeczy. Dlaczego woda z kranu tak śmierdzi? Kilka minut później słyszę z pokoju Majka szatańsko głośne dzwonienie. Po 5 minutach wycia budzika zaczynamy się zastanawiać, czy aby na pewno nie zabiliśmy wczoraj naszego hosta. Michał nieśmiało sugeruje Szwedowi, że czas do pracy. Bez skutku. Spędzamy kacowy poranek  na kanapie aż po 30 minutach i rozładowaniu się budzika, w salonie pojawia się nasz kolega. Żegna się z nami i wychodzi do pracy. Pachnie jak fabryka spirytusui ma na sobie wczorajsze ubrania.


Gotowi na przygodę życia!


Na gapę II. Samolot.

Powoli wleczemy się w stronę wylotówki na lotnisko. Czuję się tak, jakbym zamiast butów miała na stopach dwa betonowe głazy a w głowie mokre trociny. Po jakimś czasie odzyskuję myślenie i sugeruję Michałowi że mogliśmy sprawdzić, czy na pewno mamy bilety.
Nie mamy.

Michał wraca do mieszkania Majka a ja rozsiadam się z plecakami na chodniku jakiejś imigranckiej dzielnicy. Pozwolę sobie pominąć opis dalszej wędrówki bo jest to na zmianę: gubienie się, cofanie i pytanie o drogę. W końcu docieramy do przystanku autobusowego w kierunku 'Sola' - prosto na lotnisko. Zamiast zrobić sobie autostopową tabliczkę, wyschniętym markerem rysuję na kartce samolot. Podobno wygląda bardziej jak wieloryb.
Dwunastym stopem naszej wyprawy jest Syryjczyk, który wiezie nas na miejsce. Do wylotu mamy jeszcze kilka godzin: w międzyczasie robimy przegląd jedzenia, przepakowujemy się i próbujemy oszacować wzrost Polaka który siedzi obok nas, bo jesteśmy pewni, że to Marcin Gortat.

O 14:45 siadamy wygodnie w naszych fotelach i przyglądamy się uważnie pierwszym Islandczykom, jakich widzimy w życiu. Faktycznie - wełniane swetry, piegowate okrągłe buzie i coś, co przypomina język elfów. W tle leci islandzka muzyka a ja rozkoszuję się tym, że zostawiam za sobą na cały miesiąc europejskie upały. To dziwne, że jest środek lata a ja za dwie godziny będę chodzić w zimowej czapce, kurtce i rękawiczkach.

Bawi mnie to.

Jeszcze.

2 komentarze

Bardzo fajna relacja.

Wybieram się na Islandię początkiem sierpnia. Jestem mniej więcej spakowana, ale mam dylemat. czy powinna zabrać kurtkę zimową? Brdzie to początek sierpnia, więc teoretycznie powinno być ciepło, ale zaczęłam przeglądać prognozy pogody i mam mieszane uczucia. Myślałam, żeby wziąć wiatrówkę +czapka, szalik, rękawiczki, ale teraz sama już nie wiem. Gdybym chciała podróżować autem nie byłoby problemu, ale mam zamiar poruszać się busem+ewentualnie stopem.

Bardzo proszę radę;)

Reply

Niech nie zmylą Cię prognozy pogody - 15 stopni na plusie i słoneczko - przy takim wietrze jak na Islandii, temperatura odczuwalna jest dużo niższa. Kurtka i czapka obowiązkowo! Pozdrawiam i udanego wyjazdu. :)
Emi

Reply

Prześlij komentarz

.