Lądowanie w Normandii & AmsterdamTrip. - część 6. I ostatnia.

Cześć Holandio!
Nezar z Jordanii zostawia nas na parkingu przed Amsterdamem. Jedyną rzeczą, jaką możemy dać mu na pamiątkę, jest flaga Polski z Euro - podpisujemy się markerami i żegnamy. Dookoła widzimy mnóstwo polskich tirów, ale nikt nas nie zabierze - na zachodzie wszyscy boją się kontroli.

Czekamy może jedną minutę przy wyjeździe i łapiemy młodego Holendra, który jedzie do stolicy. Robię mały narkomański wywiad i już wiem, że miejscowi nie 'jarają się' paleniem marihuany tak bardzo, jak turyści.

Dowiadujemy się, że centrum miasta to m.in. Plan Rembrandta. Idziemy w tamtym kierunku i podziwiamy Amsterdam, który jest absolutnie i niezaprzeczalnie jednym z moich ukochanych miast - a jest ich niewiele.


Są filmiki z Amsterdamu, są różne zdjęcia, ale zgodnie ustaliliśmy, że 'co było w Amsterdamie, zostaje w Amsterdamie'. Więc przykro mi, ale jeśli ktoś czekał na szerszą relację z pobytu w tym mieście - niech pojedzie sam i sprawdzi na własnej skórze. ;)


Z ciekawostek mogę napisać tylko, że przechodząc obok Rembrandtplein można upalić się samymi oparami, nie wspomnę o tym co się dzieje po przekroczeniu progu coffee shopu. W samym mieście jest mnóstwo Polaków. Oraz Murzynów, którzy będą podchodzić do ciebie na każdym skrzyżowaniu i pytać, czy chcesz kupić kokainę.

Wieczór i noc spędzamy na Placu Rembrandta. Zgadnijcie, co robią ludzie dookoła tego pomnika!



Dzień przedostatni
O 6. rano wyruszamy w stronę wylotówki z Amsterdamu. Wcale nie musimy iść daleko, bo może stolica Holandii ma prawie 0,8mln mieszkańców, ale powierzchniowo nie wydaje się być duża. Docieramy do miejsca stworzonego dla nas:

 

...i dalsza podróż jakoś leci dość szybko. Niestety nie mogę opisać szczegółów, gdyż czyta to moja mama, ale przed granicą mieliśmy 7-godzinny postój (połączony z drzemką). W Niemczech okazuje się, że musimy dokończyć testowanie naszego zakupu, bo przez przypadek przejechał z nami przez granicę (pod Hannover, czyli w połowie Niemiec ożyliśmy). Delektując się resztkami nie zauważam, że 10 metrów za mną stoi... niemiecka policja. Przechodzę mini-zawał - nie chcę skończyć tripa w zagranicznej celi.

Niestety, zmęczenie i ogólny brak życia po nocy sprawiły, że Holendrzy chyba nie mają najlepszego zdania o autostopowiczach z Polski. Zwłaszcza pan, który przewiózł nas w głąb Niemiec, a na koniec podróży spytałam go, czy nadal jesteśmy w Holandii. Kiedyś poprawię tę opinię, obiecuję!

Pod Hannover łapiemy z flagą i jak zwykle jest to strzał w dziesiątkę. Zabiera nas rodak, który przewozi busami tanią, polską siłę roboczą i akurat wraca bez pasażerów. Dostajemy śpiwór, kocyk i polecenie, że mamy się wyspać.



Powrót do Ojczyzny.
Budzimy się przy granicy na stacji benzynowej przy autostradzie A2 - jest koło północy. Dziękujemy kierowcy i rozkładamy tobołki przy stolikach. Jest zimno, a dookoła nas same busy z pracownikami, którzy wracają z Niemiec. Michał uśmiecha się do pracownic stacji i bierzemy wrzątek na zupki chińskie, a ja próbuję doprowadzić się do porządku po imprezie w Amsterdamie. Kiedy już wyglądam całkiem jak ja, zaczynam karierę czegoś pomiędzy żebrakiem, dziwką a bezdomnym - podchodzę do każdego kierowcy i pytam, czy podwiezie nas do Łodzi. W końcu udaje mi się dogadać z gościem, który jedzie do Warszawy i może nas podrzucić koło Koła, ale dopiero za 3 godziny - jak prześpi się w samochodzie. Grzecznie czekamy, przysypiając na ławkach i marznąc niemiłosiernie - około 4. wyruszamy w stronę domu.

Nasz kierowca nie spał jednak dobrze, więc dostaję ważną misję - muszę cały czas gadać. W normalnych warunkach nie jest to dla mnie trudne, ale zmęczenie sprawia, że naprawdę nieźle się wysilić, żeby cokolwiek powiedzieć. Mimo wszystko chyba nienajgorzej spełniam swoje zadanie - po kilku godzinach cali i zdrowi lądujemy na krajowej 'jedynce' - jakieś 60km od Łodzi.

Łapanie nie idzie nam tak dobrze, jak myślałam - wszyscy którzy się zatrzymują jadą w przeciwnym kierunku, czyli na Poznań (staliśmy przed rozjazdami, a nie mieliśmy siły iść nawet 0,5km dalej). W końcu udaje nam się złapać kierowcę tira, który jedzie do samej Łodzi.
Z Dąbrowy odbiera nas kolega Mrówy, który błądził po mieście przez 1,5 godziny. Dziękujemy bardzo za ostatnią tego dnia podwózkę!


Bilans wyjazdu?
Zaglądając do portfeli z dumą uznajemy, że jesteśmy o 4 euro bogatsi niż przed wyjazdem. Zapomniałam w relacji napisać, że po drodze dostaliśmy oczywiście mnóstwo jedzenia, ale najlepszymi fantami - jak na rasowych żebraków przystało - okazało się 20 euro otrzymane od jednego z kierowców, oraz butelka naprawdę dobrego, francuskiego wina.

Prześlij komentarz

.