Lądowanie w Normandii & AmsterdamTrip. - część 2.

Popołudnie dnia drugiego.
Podróż z Algierczykiem - panem Arbuzem - jest dość przełomowa. Mimo że drugą połowę drogi właściwie przesypiam, dostajemy wiele życiowych rad, słyszymy mnóstwo historii od człowieka, który widział chyba cały świat (opowiada np. o tym, jak w Wietnamie nieletni chłopcy proponowali mu seks). W zdania wplata polskie słowa i zwroty - pracował w naszym kraju przez pół roku, zna 5 języków. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, co ciekawego jest w podróżowaniu stopem - mogę napisać, że możliwość rozmawiania z ludźmi z całego świata. Naprawdę.

Zostajemy dowiezieni do Lindau - miasteczka nad jeziorem Bodeńskim, które leży na granicy Niemiec, Austrii i Szwajcarii.
Wchodzimy do parku. Spodziewamy się tego, że będzie pięknie. Ale gdy widzimy wodę... nie napiszę, co powiedzieliśmy. ;)
Kolacja nad jeziorem. Nieśmiertelne kanapki z pasztetem pieczarkowym i żubr. Oczywiście nie umiem normalnie otworzyć piwa i część ląduje na ubraniu.

A oto pierwszy filmik, w którym użyłam jakże zaawansowanego edytora na YT. W momencie w którym rozładowała się bateria jest nawet przejście! Nad dodawaniem napisów ciągle pracuję.



Wieczorem przechadzam się po okolicy - parku i wąskich uliczkach przy samym jeziorze. Nie znajdujemy miejsca na namiot, więc rozbijamy się... sami zaraz zobaczycie. Jedno jest pewne: można dostać za to 90 euro mandatu. Nastrój grozy umacniają w nocy jacyś ludzie, którzy biegają z latarkami, drą się i wołają policję. Czuję się jak podczas wojny. Serio.


Dzień trzeci
Rozpoczynamy go serią suchych żartów i słabych opowieści - nie udostępnię lepiej tych filmów, to naprawdę jest ciężkie. Wrzuciłabym nagranie o pająku, ale zamiast kątnik nazwałam go kątownikiem. Nie mogę sobie pozwolić na brak profesjonalizmu, absolutnie nie!




Przechodzimy całe Lindau i dochodzimy do jakiejś wioski. W sumie nawet nie wiemy, czy idziemy w dobrą stronę - łapiemy za rondem, gdzie nie ma się jak zatrzymać, a ruch jest niemały. Mimo wszystko od razu zgarniają nas młodzi Niemcy - niestety, tylko na 2km.

Dwa stopy naraz!
Docieramy do właściwej trasy i stoimy z tabliczką 'France' pośrodku pól i drzewek owocowych. Na upartego jest się gdzie zatrzymać, dlatego już po chwili rozmawiam z kierowcą, który może nas podwieźć kilkanaście kilometrów. Trochę się krzywię i wtedy zauważam, że... po drugiej stronie ulicy Mrówa rozmawia z innym kierowcą, który też zatrzymał się dla nas! Sarah - dwudziestolatka z blond irokezem - uznała, że zabierze nas do Freiburga - tyle że staliśmy w złym miejscu, bo nie da się zatrzymać - i zawróciła po nas. Przejechane 200km z Sarą wróży wiele dobrego na ten dzień:


Podróż jest długa, bo opiera się na staniu w korkach. Mimo wszystko ta dziewczyna ląduje na liście moich ulubionych kierowców - w którymś momencie tak zaczęła się śmiać, że przegapiła zjazd z autostrady. Uczymy się nawzajem 'brzydkich słów' po niemiecku i polsku, rozmawiamy absolutnie o wszystkim. Na pożegnanie Sarah dostaje nawet nasze ostatnie piwo - Żubra. Na szczęście za jakieś dwie godziny wylądujemy w autostopowym raju - markecie Lidl (sześciopak piwa za 1,4 euro - ale o tym następnym razem :>).

Prześlij komentarz

.