Lądowanie w Normandii & AmsterdamTrip. - część 1.

Wstęp
Cel podróży to Étretat, miejscowość w północnej części Francji, leżąca nad kanałem La Manche. Wracając 'zahaczyliśmy' o Amsterdam. Całość zajęła nam 7-8 dni. Ilość kilometrów: 4050.

---
9 sierpnia
Jest już piąta po południu, dwie godziny przed wyjazdem udaje mi się załatwić kartę ubezpieczeniową (wpadam w poślizg w deszczu, doceńcie moje zdolności). Po powrocie z Łodzi zostajemy wywiezieni do Bychlewa i rozpoczynamy podróż w nieznane - kompletnie nie mam pojęcia, jak można się dostać do Wrocławia przez Bełchatów. Jak zwykle łapanie w Pabianicach nie sprawia za dużo frajdy, na szczęście po chwili zatrzymuje się dwóch chłopaków, którzy chcą nas podwieźć do Wadlewa. Podczas tej krótkiej przejażdżki chwalę się zapaleniem kanału łzowego i dostaję krople do oczu. Pierwsza jałmużna otrzymana.

Kolejni kierowcy podrzucają nas na odcinkach 10-15km. Podczas tych przejażdżek jeden z nich mówi: 'o, jedziecie do Francji? zawsze chciałem się przejechać 'deja-vu' (chodziło o TGV). A, zapomniałabym! Cały czas towarzyszy nam deszczyk, a gdy dojeżdżamy do trasy lecącej przez Bełchatów, zaczyna padać mocniej. Mimo autostopowej konkurencji na drodze zatrzymuje się nam młody student mechatroniki, Mateusz, z którym pojedziemy aż do Wrocławia. Podróż umila nam 'mechanicznymi ciekawostkami', rozmawiamy też o całkach i pochodnych.

Rozstajemy się przy obwodnicy Wrocławia i postanawiamy coś na niej złapać. Sprawa nie jest prosta, bo wszystkie auta pędzą jak szalone - i w najmniej oczekiwanym momencie gwałtownie zatrzymuje się kierowca tira, którego przekonała wykonana przez nas kartka z napisem 'A4'.

Zostajemy dowiezieni do autostrady. Od kierowcy otrzymujemy karton na następny napis - 'Niemcy'. Stoimy w najbardziej nieodpowiednim miejscu do łapania stopa chyba z 40 minut, aż w końcu zatrzymuje się kolejny kierowca ciężarówki. Dostaję pepsi w puszce (czy naprawdę już pierwszego dnia wyglądałam tak biednie?!). Krystian - nasz szofer - przez całą drogę mówi zrozpaczonym głosem, jak bardzo chciałby nas zawieźć do Étretat ('zawsze chciałem zabrać autostopowiczów, a jak mam nie swoje auto, to akurat mam takich fajnych!'). Zostajemy podrzuceni do stacji benzynowej koło Legnicy - taszcząc nasze torby przykuwamy uwagę kierowcy dostawczaka i rozpoczynamy polowanie ('patrz, on chce nas zabrać!').

Faktycznie, pan oferuje nam podwózkę 50km (jest już kompletnie ciemno, więc nic innego byśmy nie złapali). Ostatecznie lądujemy pomiędzy dwiema stacjami, KFC i ogromnym parkingiem - niestety nie mam pojęcia, jak się te okolice nazywają. Czatujemy przy wejściu z tabliczką 'Niemcy' i nawet jeden kierowca daje się na to złapać - szkoda, że ma pełne auto. I jedzie za Berlin. (oj ja bym w tym aucie już posprzątała!)



Około 1. w nocy decydujemy się rozbić namiot - Michał nie pozwala mi spać na placu zabaw. Okazuje się, że wszystkie części są w rozsypce i nie wiem dlaczego, ale zaczynam się z tego potwornie śmiać. Wspólnymi siłami stawiamy nasz dom i prezentuje się on w ten sposób (tak, pomarańczowy to bardzo maskujący kolor):



Rano zauważam jeszcze, że łapaliśmy stopa nawet podczas snu:


Podobno - gdy spałam jak zabita - jacyś kierowcy krzyczeli przechodząc obok nas: 'co za poj.bani ludzie, namiot tu sobie rozbili!' O 5. rano budzę się, trzęsąc się z zimna. Czy ja już kiedyś nie obiecywałam, że wezmę grubszy śpiwór?

Po porannej toalecie siadamy przy tym samym wejściu na stację. Od razu zatrzymuje się pan w średnim wieku z nieodpakowanym lodem w ręku (to ważne info!). Prosi nas, żebyśmy udzieli odpowiedzi na jedno pytanie. Czy jesteśmy za tym, żeby w Polsce były emerytury? Kolejne 50 minut upływa nam na słychaniu wykładu fanatyka o specyficznych poglądach - w rozmowę wkręca się nawet pracownik stacji i rozpoczyna się prawdziwa debata. Tracimy czas na łapanie stopa otrzymując kilka dziwnych rad (chyba mówię o nich w filmiku). Baranim wzrokiem i brakiem zainteresowania wymalowanym na twarzach nie zniechęcamy do podawania kolejnych informacji i wyliczeń związanych z prognozami na następne lata. Najgłupiej się czuję, gdy pada pytanie w moim kierunku, a ja nawet nie wiem, jakie - odpowiadam więc kilka razy 'nie mam pojęcia' i na szczęście to w miarę dobra odpowiedź.

Bardziej niż tych 50 minut było mi szkoda roztopionego loda Magnum. No trudno.

Kiedy w końcu zostaliśmy zostawieni w spokoju, podszedł do nas kierowca tira i zaproponował podwózkę do Zgorzelca - przez granicę nie przejedziemy, bo tam jest zawsze dużo inspekcji drogowej. Po kilkudziesięciu minutach jazdy lądujemy w markecie i robimy najpotrzebniejsze zakupy.



Godzinę później łapiemy na stopa tego samego pana, który nas tu przywiózł i robił pauzę. Proponuje nam przejechać prawie całe Niemcy razem, ale jesteśmy żałosnymi tchórzami i nie chcemy ryzykować spotkania z policją. Będę żałować tej decyzji dopóki nie złapiemy młodego małżeństwa, które wybiera się za Drezno na wesele. Nadrabiają kawał drogi, bo w Niemczech stacje benzynowe przy autostradach są co 70km. Ustawiamy się przy wyjeździe i niemal od razu zatrzymuje się pan w średnim wieku, który jedzie do... Austrii. Oczywiście to nie jest po drodze - oczywiście wsiadamy. Za 620km jezioro Bodeńskie!

Prześlij komentarz

.