Kiedy Wy mokniecie w deszczu, ja się opalam. (część 4)


Jedyne co mamy do picia to whisky z colą. Nie narzekam, choć ciężko funkcjonować w takich upałach, mając tylko TO zamiast wody.

Po pikniku idziemy na wyjazd i siedzimy bezsensownie przez kilka minut. Zniecierpliwieni wychodzimy na autostradę, ale to nie ma za dużego sensu - auta jadą za szybko i nie ma się gdzie zatrzymać. Obydwoje mamy wrażenie (choć nikt nie mówi tego głośno), że nasza podróż skończy się właśnie tutaj - pobiwakowaliśmy w ciepłym kraju i wrócimy.

Wracamy więc szukać szczęścia na stacji. I znajdujemy je po drodze, kiedy - ni stąd, ni zowąd - zatrzymuje się młode małżeństwo, trąbi i macha. Z racji Święta Pracy, oni również postanowili poobijać się na plaży - jadą gdzieś za Koper.


Niestety, nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Autostrada jest zakorkowana, a wszystkie dookoła samochody wypakowane plażowymi piłkami, materacami, kocami, koszami z jedzeniem i piwem. I oczywiście dziećmi w różowych strojach kąpielowych, które też chyba są znudzone powolną jazdą - nie mogąc usiedzieć w miejscu, kręcą się i przyklejają nosy do szyby.

Korki, korki!

Dowiadujemy się o słynnych słoweńskich jaskiniach i w ten oto sposób wydłuża się lista rzeczy, które muszę w te wakacje zobaczyć. Jedziemy w tragicznym tempie, ale kiedy droga biegnie wzdłuż wybrzeża, mam sporo czasu żeby nacieszyć się widokiem morza i rolkarzy, którzy śmigają alejkami (zwłaszcza mając świadomość, że w Polsce teraz pada i jest 15 stopni mniej).


Słoweńskie wybrzeże usiane jest mniejszymi i większymi miejscowościami turystycznymi. Przejeżdżamy przez Koper, który na pierwszy rzut oka (zwłaszcza na mapę), wydaje się być idealną destynacją - łatwy dojazd, spora miejscowość. No i mają maka.


Takie pocztówki powinien mieć Koper. Brzydki Koper. Brzydkie pocztówki. Mojego autorstwa.
Gdzieś natknęłam się na opinię, że Koper to szare i betonowe miasto. Co prawda tylko przez nie przejeżdżałam, ale faktycznie można odnieść wrażenie, że to po prostu duży port.

A to nasi kierowcy. Śpiewają, gadają i w ogóle są mili.


Korki sprawiają, że młode małżeństwo które nas zabrało, decyduje się zatrzymać w Izoli. To zaledwie 10 kilometrów od Piranu, ale chyba nie ma sensu tam się pchać, skoro jadą tam wszyscy - no i trzeba doliczyć czas na łapanie stopa, co mimo dużego ruchu wcale nie byłoby łatwe.

Początkowo wysiadamy i chcemy jechać dalej, ale kiedy widzimy Izolę i czuję na policzkach przyjemne ciepło (jest 30 stopni i bardzo lubię, kiedy COŚ - na przykłąd słońce - ogrzewa moje policzki), decydujemy się zostać tutaj. Jest południe, słońce świeci jak szalone, a chyba wszyscy Słoweńcy wybrali Piran - dlatego miejsce, w którym teraz jesteśmy, wcale nie jest tak bardzo zatłoczone. Tego mi było trzeba!

Nie wiem, dlaczego 'pozując do zdjęcia', postanowiłam szarpać palmę. Chyba nie zostanę modelką.
A to zdjęcie i dwa kolejne przedstawiają najbardziej ponure 'wesołe' miasteczko, jakie kiedykolwiek widziałam. Tak bardzo przypomina mi Prypeć! Tu kraty, tam drut kolczasty, dalej wieżyczki strażnicze. Zaraz... czy tu było kiedyś więzienie? Ktoś, kto zrobił tu miejsce zabaw dla dzieci, niewątpliwie miał fantazję.


Kręcimy się chwilę po okolicy, aż w końcu idziemy do 'centrum'. Kilku miejscowych proponuje nam kwatery. Mój kręgosłup chyba już nie chce tyle dźwigać, więc postanawiamy zostawić gdzieś plecaki. Widząc napis 0,5 euro (a za nim jakieś dziwne, słoweńskie słowa), idziemy do lodziarni. I faktycznie, od razu znajdujemy lody w przystępnej cenie! Po 'obiedzie' prosimy właściciela, żeby przechował nasz bagaż, a 10 minut później, lżejsi o jakieś 15 kilogramów, ruszamy sprawdzić, czy Izola faktycznie jest wartym uwagi miejscem.

Prześlij komentarz

.