Jak śmiała się z nas austriacka policja i piknik pod Lublaną. (część 3)


Węgierski młody kierowca tira - Antonio Roberto - dla jeszcze ciekawszych wrażeń częstuje nas domowej roboty śliwowicą, która dla mnie smakuje identycznie jak rakija. Po spaleniu dwóch blantów mkniemy przez niemieckie autostrady, słuchając techno.

Przy okazji dowiaduję się, że 'Grappa' to po włosku wódka z winogron. Ciekawe czy znaleźli się kiedyś aż tak głupi Włosi, którzy kupując u nas napój Grappa myśleli, że to ma procenty.
Jazda przez Austrię, czyli górka...
...tunel.
Górka...
...i znowu tunel.
Pod Salzburgiem nasz kierowca robi pauzę, a my idziemy łapać dalej. Na pożegnanie pijemy jeszcze śliwowicę. No, w takim stanie to ja mogę łapać nawet 3 godziny!
I prawie mam rację, bo w tym miejscu utkniemy na około dwie (jak to zresztą w Austrii bywa...). Najpierw jednak czas na ogarnięcie się, bo po pierwsze jest już ładna pogoda, a po drugie - ile można wyglądać jak żul?
Za 0,5 euro funduję sobie austriacką łazienkę na stacji, a kiedy słyszę, że pani tu pracująca jest Polką, zagaduję i załatwiam sobie darmowe kolejne wejście. W ogóle mnóstwo w tej Austrii Polaków. Wszędzie jest nas pełno, no ale w Austrii jakoś najbardziej mi się to rzuciło w oczy.
W tym czasie Kuba spełnia się kulinarnie - przynosi wrzątek ze stacji i jemy zupki z papierka.
Rosołek jak u mamy!

Do jutra wieczorem tiry mają jakiś zakaz, dlatego bezskutecznie łapiemy na wyjeździe osobówki. Udaje nam się zatrzymać trzech gości do Lublany, ale wyglądają dość podejrzanie i ostatecznie dziękujemy.
Siedzimy i siedzimy, i nic. Dobrze, że przynajmniej świeci słonko, a dookoła są ładne widoki.

Kiedy nikt nie jedzie...

...można robić dużo zdjęć...

Dużo pisać...

...aż w końcu człowiek się niecierpliwi. I łapie dokądkolwiek.
 
W końcu ruszamy pod stację i spotykamy Polaków, którzy mówią, że widzieli nas już w Niemczech. Dopiero jutro ruszają ciężarówkami w dalszą trasę, dlatego (gdyby nie udało nam się nic dzisiaj złapać), zapraszają nas na wódkę...

Uparcie łapiemy dalej. Zagaduję nawet po włosku do Włochów i odkrywam, że nie mam problemów z wysłowieniem się, ale mało rozumiem (bo oni myślą, że ja znam dobrze włoski i zapieprzają z mówieniem). Zamiast poprosić più lentamente, per favore, kiwam głową i uśmiecham się, powtarzając 'si si'. A później przez 15 minut zastanawiam się, o czym oni do cholery mówili?

Kiedy robi się ciemno, siadamy na krawężniku przed stacją i podchodzi do nas młody Słoweniec. Jedzie tirem do Lublany - stolicy Słowenii. Cudownie!


W Austrii skończyła nam się woda, a ta na stacji kosztuje... uwaga... 13zł. Na szczęście nasz tirowiec wiezie właśnie wodę i sam z siebie proponuje nam, żebyśmy spróbowali pysznej, truskawkowej jej wersji. Zatrzymuje się na parkingu, przynosi ją, a kiedy ruszamy - przed nami stoi austriacka policja.

Łapię się za głowę i ze smutkiem stwierdzam, że nadprogramowe osoby w kabinie - czyli nas - widać jak na dłoni. Siedzimy w bezruchu, podczas gdy nasz kierowca biega i zanosi różne dokumenty.

Kontrola trwa i trwa, nasz kierowca idzie z boku auta na fajkę. I nagle policjant kiwa palcem na Kubę, żeby podszedł. Czego oni do cholery od nas chcą?

Kuba wysiada i uznaję, że jak już mamy dostać mandat, to warto spróbować mojego niezawodnego uroku osobistego (och i ach). Również idę do policjantów. A ci stoją jak wryci, bo myśleli, że Kuba jest tym kierowcą, z którym przed chwilą rozmawiali. I że w aucie nie było nikogo więcej...

Pomimo tego, że sami się wydaliśmy, nie dzieje się nic złego. Policja ma nas chyba w nosie i nawet się śmieje, więc suma sumarum mogę napisać, że było całkiem miło (adrenalina była? była. a mandatu nie!)

***

Wysiadamy na stacji za Lublaną. Kierowca, widząc nasze zaspane i zmęczone twarze, zaprasza nas na kawę. Piję najlepsze latte macchiato w swoim krótkim życiu.

Czas na chipsy i colę, bo od początku wędruje z nami butelka Jasia Wędrowniczka. Wydajemy miliony - jak to na stacji bywa, zwłaszcza kiedy w kraju panuje euro. Swoją drogą - w Słowenii nie wszędzie znajdziecie alkohol, dlatego warto zawsze mieć swój. ;)

W zeszycie pojawia się wpis:
'2:00. Co my mamy robić?
Zjeść chipsy'

Chrupiemy więc na ławeczkach przed stacją i spotykamy polskich stopowiczów. O 2:30 postanawiamy rozbić namiot obok nich. Ubieram się najcieplej jak się da, a i tak trochę marznę. Kiedyś obiecałam sobie, że już nigdy nie wezmę cienkiego śpiwora na wyjazd. To dobrze, że tym razem nie wzięłam żadnego...

1. maja 2013.
Słoneczny poranek rozpoczynamy beztroskim biwakiem przed stacją. Dość późno, bo o 10:00 - ale czy my się kiedykolwiek gdzieś spieszyliśmy? Poza tym, dziś jest Święto Pracy. Wszyscy tu teraz świętują.

Prześlij komentarz

.