Herbaciane pola Batumi. (część 11)

Dojeżdżamy do stacji benzynowej w Of. To, że jesteśmy na ruchliwej ekspresówce, nie przeszkadza naszemu kierowcy, by wjechał pod prąd. Zostawia nas w jego 'ulubionym miejscu' i kupuje czekoladowe lody. Chyba niepotrzebnie narobiłam sobie nadziei odnośnie tutejszej plaży, bo okazuje się, że jest dosyć skromna - a do tego zaśmiecona. Rezygnujemy więc z morskich kąpieli i szukamy miejsca na namiot.


Wszyscy dookoła siedzą w restauracji i dyskutują z ożywieniem. Zapada zmierzch, więc rozpoczynają ucztę. Miejsce jest raczej ciche, nie licząc kilku typowych rodzin na wakacjach - jak to nad morzem bywa. Tutaj na nikim już nie robimy wrażenia, że 'wow autostopowicze, wow z Polski, uszanowanko'. Jesteśmy raczej jak każdy inny turysta, a dokłądniej mówiąc - jak ubogi turysta. Nie chcemy więc o nic pytać i kiedy odkrywamy, że padły nam baterie w telefonach, wymyślam iście szatański plan. Kuba zagaduje sprzedawców, a ja w tym czasie odłączam na chwilę lodówki i podłączam komórki. Wiem, zachowałam się jak świnia i będę się smażyć w piekle, ale bardzo chcę napisać mamie wiadomość, że wciąż żyję.

Za 10 tureckich lirów (18 zł) udaje nam się wynegocjować podwójny prysznic i nocleg między stacją a morzem.


(statek na słońcu!)



21. lipca 2013, niedziela
DZIEŃ DZIESIĄTY

Ten poranek jest jakiś dziwny. Niby niebo jest zachmurzone i jesteśmy blisko morza, a jest tak duszno, że nie da się oddychać. Niezbyt na siłach szybko się zwijamy i uciekamy w stronę Gruzji. Przed opuszczeniem Of, dokupujemy na stacji benzynowej wodę. Kiedy siedzę z plecakami na krawężniku, nagle przychodzi KTOŚ i daje mi dwie gorące kawy. Fantastycznie, bo poranek nie należy do najcieplejszych! Chcąc wrócić trochę do świata żywych, zmuszamy się do jedzenia. Nie trwa to długo, bo jak zwykle wywołujemy zgorszenie wśród osób przestrzegających ramadanu, więc ostatecznie ruszamy w dalszą podróż.

Idąc wzdłuż drogi widzimy buszujące w krzakach, owinięte hidżabami kobiety. Ni stąd, ni zowąd, jedna z nich podchodzi do nas i ładuje nam do rąk całe garści jeżyn. Kiedy z trudem dowlekamy się do miejsca, w którym da się łapać, od razu zatrzymuje się tir.

 


Jedziemy do Batumi!
Przy otwartym oknie, chłodnym wietrze i tak energicznym kierowcy, odzyskujemy siły. Młody Turek mówi trochę po włosku, więc niestety szybko się dowiaduję, że do tego Batumi razem wcale nie dojedziemy. Końcowym punktem będzie za to duży parking, na którym tiry czekają w kolejce do granicy. Na pocieszenie dostajemy paczkę olbrzymich, słodkich, czekoladowo-piankowych (?) ciastek, na wspomnienie których zawsze zaczyna mi burczeć w brzuchu.


Po drodze zauważamy mnóstwo domów, które wyglądają jak pustostany - a w oknach mają poprzewieszane sznurki z praniem i ogólnie widać, że życie się tam kręci. W Turcji i chyba nawet Gruzji jest ich całe mnóstwo - jak się później dowiemy, wszystko to przez wysokie podatki od 'ukończenia domu'.

Wcale mnie nie dziwi, że przez skrzyżowaniami nigdy się nie zatrzymujemy. Tutaj czerwone światło oznacza chyba 'zwolnij trochę, bo coś może wyjechać z prawej lub lewej'...


Kawałek za parkingiem idziemy do meczetu, a tak dokładniej, to do toalety. Jesteśmy już tylko kilka kilometrów przed granicą i szczerze mówiąc, umieram z ciekawości. Gruzja? Czy to ta Gruzja, w której będą takie śmieszne literki, chaczapuri i nareszcie tania wódka? Czy naprawdę w końcu możemy stwierdzić, że udało nam się przejechać tę ogromną, ciągnącą się w nieskończoność Turcję? I przez następne dni nie będę musiała spać na Pustkowiu?

Łapiemy busika. Też jedzie do Batumi, ale jego przeprawa potrwa chyba trochę dłużej, więc się rozdzielamy. Przejście graniczne mnie zaskakuje. Ogromny, nowoczesny budynek, dużo kontroli, milion ludzi z tobołkami - czy oni wszyscy przemycają tanie fajki i alkohol? Babuszki w torbach mają zabawki, ubrania, pościel - wyglądają tak, jakby urwały się z targu.
Każdy się przepycha, każdy chce być pierwszy w kontroli paszportowej. Budynek i te tłumy trochę mnie przytłaczają - mimo wszystko dzielnie maszerujemy, gubiąc się w labiryncie przejść i korytarzy. Na widok mojego paszportu celniczka marszczy czoło - muszę pokazać dowód. Na szczęście nie wyglądam już jak jedenastoletni pokemon z kiteczkami i uśmiechem klauna.


Witamy w Gruzji! A dokładniej, wita nas sajgon, trąbienie i natrętni taksówkarze. I deszcz. Od tego zgiełku ratuje nas ten sam kierowca busa, który podwoził nas przed chwilą. Nie wiem, jak wyglądają herbaciane pola, ale jestem więcej niż pewna, że widziałam je przed Batumi...


Pomnik zgniecionej butelki.
Maszerujemy przez przedmieścia. Po długim spacerze, za cel obieramy restaurację McDonald's (jako źródło internetu i darmowych łazienek). W końcu rezygnujemy ze spacerów z naprawdę wyjątkowo ciężkimi plecakami i łapiemy stopa. Dobrze, że Kuba zna rosyjski, bo na widok czarnej wołgi prawie umieram ze strachu. A panowie po prostu chcieli nas podwieźć do maka! Mimo wszystko lęk z dzieciństwa bierze górę (też Was straszyli czarną wołgą?!) - od razu wracają mi siły.

Idąc alejkami w kierunku morza, odkrywamy tutejszą sztukę. A ta jest niezwykle skomplikowana.


Skomplikowany jest też budynek, który pojawia się na horyzoncie - chyba najbardziej kosmiczny mak, w jakim kiedykolwiek byłam. Przez pierwsze pół godziny biegam z kamerą po wszystkich piętrach (i szklarni?!), między fontannami na zewnątrz i boiskami do koszykówki dla dzieci w środku. Przez następne pół godziny próbuję rozszyfrować napisy w menu. Równie dobrze mogłabym po prostu podejść i spytać, po ile jest hamburger, ale zamiast tego stoję z kartką z gruzińskim alfabetem i przyglądam się wszystkim znaczkom po kolei. Cieszę się jak dziecko, kiedy w końcu udaje mi się przeczytać 'hamgurber' - a, czyli to pewnie hamburger!

Gruzja moim zdaniem do najtańszych nie należy. Podczas gdy Kuba ładuje telefony i kamerę, ja obieram kierunek 'sklep-woda'. Strasznie irytuje mnie to, że Gruzini - zwłaszcza w Batumi - wymyślają ceny. Ale to już wymyślają je tak bezczelnie, że każdej osobie w kolejce podają inną kwotę za tę samą rzecz. Odzywa się we mnie podróżniczy skąpiec i spaceruję tak długo, aż znajduję sklep, w którym ceny poprzyklejane są do produktów. Zadowolona wracam z 4-litrowym baniakiem wody. Po długim odpoczynku idziemy szukać noclegu...

Prześlij komentarz

.