Wracamy do Polski, czyli jak prowadziłam tira - Grecja, część 6.

Przy granicy odruchowo oglądamy rejestracje wszystkich tirów i widzimy jedną polską. Bez wahania podchodzimy do kabiny i z uśmiechem na twarzy pytam: 'czy jedzie pan do Polski?'. Jak zwykle nie słyszę odpowiedzi (bo jestem głucha), więc robię durną minę i zaczynam swój monolog. Pan jednak proponuje nam, że zabierze tylko jedną osobę, bo przepisy. I że lepiej, żebyśmy przeszli granicę i dopiero tam próbowali coś łapać. Wkraczamy więc znowu na teren Bułgarii.

Stoimy w słońcu i obserwujemy bułgarskich żebraków, którzy przyglądają nam się - niestety - z coraz większym zainteresowaniem. Po około pół godziny przez bramki przejeżdża 'nasz Polak' i zatrzymuje się pośrodku drogi. Udaje nam się go ubłagać, żeby podwiózł nas chociaż kilka kilometrów. Ładujemy się do kabiny i dostajemy propozycję przejechania aż 30km, co na tamtejszym pustkowiu jest naprawdę dużym sukcesem.
Wspomniane pustkowie uwieczniłam na zdjęciu:


Dojeżdżamy do sklepu, w którym podobno można kupić 5 litrów wódki za 13 euro (dlatego zazwyczaj zatrzymuje się tam wielu Polaków). Dziś jednak nikogo tam nie ma, więc Łukasz (nasz kierowca) patrzy na nas z politowaniem. Dostajemy zimną colę i bułeczki z serem na pocieszenie, siedzimy bez żadnego planu i czekamy. I wtedy Łukasz podejmuje najlepszą tego dnia decyzję: jedziemy razem! A jak jakiś inspektor nas zatrzyma, to ma już naszykowane 5 euro. Stawiam opór, bo przecież wstyd mi narażać kogoś na takie problemy, ale słyszę tylko 'a ty siedź cicho, to moja decyzja!'. Chowam się na łóżku i mkniemy przez Bułgarię, aż do samego Dunaju. Po drodze mijamy miliard kontroli i zgodnie dochodzimy do wniosku, że to prawdziwy cud, że jeszcze jedziemy.
Najpopularniejszy środek lokomocji wśród mieszkańców bułgarskich wsi:



Przejście graniczne z Rumunią Michał pokonuje pieszo i ponownie znajdujemy się na promie. Wcześniej jednak mój towarzysz używa słowa 'tourist', co straż graniczna zgodnie interpretuje jako 'terrorysta'. Zostaje więc dokładnie przeszukany (ale mnie rozbawiło, gdy otworzyli Apap! :D).

Na promie podchodzi do nas jakiś kierowca, który zaczyna rozmowę mówiąc 'ty, 3 dni po polsku nie gadałem!'. Wraca z Albanii i opowiada ciekawe historie, między innymi ze spotkania z tamtejszą policją, kiedy nie miał 5 euro na łapówkę, tylko całą dychę. Dał więc banknot, a policjant... wydał mu resztę.

Michał przesiada się do nowo poznanego kierowcy i decydujemy się rozdzielić. Ostatnim miejscem gdzie jesteśmy razem jest Taverna, Łukasz - dzięki za ciepły posiłek!

(w tym miejscu miał być film, ale gadam takie pierdoły, że lepiej go nie wstawię).

Największa frajda to prowadzenie tira, 16 biegów. Ogarnęłam górną i dolną skrzynię, a także półbiegi. Obiecałam też sobie, że w jak będę miała za dużo pieniędzy, zrobię sobie prawko na ciężarówki. Jak wielkie trzeba mieć zaufanie, żeby dać mi poprowadzić 22 tony!

Podczas podróży przez Rumunię robię zdjęcia cygańskich domów (kiedy ogarnia się wzrokiem całą dzielnicę wygląda to naprawdę ciekawie):


Ostatni nocleg mamy na parkingu (jest tam wifi!), gdzie czeka na nas (tak dla odmiany) zimne piwo. Piję też grecką wódkę z nektarem bananowym, dodajcie jeszcze tylko syropu malinowego - polecam!


Na Węgrzech odwiedzamy jeszcze Tokaj - dobre imprezy tam mają, no i oczywiście słynne wino! W ramach ciekawostki napiszę jeszcze, że tak nas tam lubią, że wywieszają obok swoich flag - flagi polski.

W Barwinku - przy granicy ze Słowacją - nadchodzi czas, by po 1300 razem przejechanych kilometrach rozstać się. Trochę przeraża mnie myśl, że jest już po południu, a ja muszę właśnie przejechać pół Polski sama. Idąc na stację widzę auto z łódzkimi tablicami i postanawiam zaryzykować. Bardzo dziękuję Robertowi, który mimo że jechał za Piotrków, podwiózł mnie pod sam dom.

Po północy wchodzę do mieszkania z pełnymi torbami łupów w postaci jedzenia (oczywiście największą atrakcją jest ogromny arbuz). Wszyscy domownicy już śpią, więc nikt raczej nie skacze z radości, że żyję. Ale w tym momencie naprawdę mnie to nie obchodzi - mam jeden cel. Nieprzyzwoicie się najeść i wypić piwo z Rumunii. I móc się wyspać we własnym łóżku.

Na koniec dziękuję Michałowi za cierpliwość, wytrwałość i wspaniałe towarzystwo. Wszystkim dobrym ludziom, którzy nam pomogli. I oczywiście Łukaszowi - mam nadzieję, że gdzieś jeszcze razem pojedziemy!
edit: i mojej mamie! Cieszę się, że wszystko to cierpliwie znosi. :>

Prześlij komentarz

.