My, bułgarscy menele - Grecja, część 3.

Prawie widać Bechet.
Opalony przystojniak bez koszulki który do nas podjechał nie wydaje się być zniechęcony brakiem zainteresowania i zmęczeniem kapiącym z naszych twarzy. Przedstawia się i mówi po rumuńsku i hiszpańsku, ja po włosku. Dowiadujemy się że to Rumun, który mieszkał 4 lata w Hiszpanii. A największe wrażenie robi na mnie propozycja podwózki bagaży do portu na super składaku, który prawie zarywał się pod samym kierowcą. Jako że bardzo chcemy zobaczyć jeszcze kiedyś nasze plecaki grzecznie odmawiamy i rozstajemy się mniej więcej w połowie drogi. Może nie była to najbardziej klejąca się rozmowa, ale 1,5 km zleciało znacznie szybciej niż gdybym przez całą trasę miała marudzić.

Mimo wszystko parę metrów dalej znowu zaczynam zrzędzić i co chwilę odwracam się by spojrzeć, czy czasem coś nie jedzie. Ku mojemu zdziwieniu przejeżdża obok nas jedno auto, a na horyzoncie pojawia się tir. Jestem więcej niż pewna, że pośrodku pola, 1500km od kraju, gdzie średnio przejeżdża jeden samochód na godzinę, to właśnie teraz nadjeżdżające jest z Polski. Krzyczę do Michała żeby wyjmował flagę z plecaka, a on patrzy na mnie jak na idiotkę. Najgroźniejszym z najgroźniejszych tonów mówię 'WYJMUJ TĘ FLAGĘ'. Tir nas mija, a Michał dopiero ją rozkłada. Za późno. A może... zatrzymał się! Absolutnie nie wierzę w to, co się dzieje. +300 do mocy, biorę wszystkie rzeczy i potykając się o własne nogi i plecaki biegnę w stronę pojazdu. Po drodze widzę, że ma polskie tablice... so much win!

...bo zobaczył flagę.
I sam kierowca nam przyznał, że gdyby nie ona, po prostu by sobie pojechał. Zapas radości na cały dzień uzupełniony. Nie rozmawiamy długo, bo już po chwili jesteśmy w porcie. Port to miejsce, w którym Bułgarzy uznali, że nie ma sensu męczyć się z budową mostu, bo lepiej złączyć dwie barki i zarabiać na tym niemałe pieniądze (100 euro od tira, a tirów cała kolejka). Kupujemy bilety i dostrzegam kolejny błąd taktyczny w moim przygotowaniu do podróży. Otóż wzięłam na wyprawę całe 5 euro, a sam prom kosztuje 3. No ale drogą powrotną pomartwimy się później.

Kierowca daje nam radę, żebyśmy się rozstali i weszli właśnie na ten prom, który zaraz będzie odpływał, bo on musi poczekać jeszcze z godzinkę w kolejce. Biegniemy zatem po tak obrzydliwych kałużach, że tego samego dnia vansy Michała wylądują w koszu. Od razu znajdujemy się w labiryncie poustawianych w rządku ciężarówek i stwierdzamy zgodnie: 'szukajmy Polaków!'


Rozmawiamy głośno, wyraźnie, by po chwili grupka kierowców stojących przy jednym z aut odwróciła się i dała nam do zrozumienia że 'tak, też mówimy po polsku'. Pytam wprost czy za granicą bułgarską zbiorą nas z drogi i oczywiście zgadzają się, ale pod warunkiem, że będziemy jechać osobno (w kabinie powinien być tylko 1 pasażer). Zaryzykujmy. Jak Cyganie nas nie zabili, to nasi chyba też tego nie zrobią.

Rejs promem skończy się zanim się zorientuję, że w ogóle już się zaczął (w międzyczasie dokonam wspomnianego wcześniej szokującego odkrycia związanego z bułkami, które udawały schaby).


Mijamy granicę i od razu wita nas 'zakaz fotografowania' i cyrylica. Nie wróży to nic dobrego, bo rozumiem z niej tyle samo, co z chinskich znaczków. W dodatku po bułgarsku mamy napisane tylko jedno zdanie, więc nastawiamy się na coraz bardziej ekstremalne warunki podróży.
Po jakichś 15 minutach nadjeżdżają nasi kierowcy i rozdzielamy się. W Bułgarii obowiązuje zakaz temperaturowy, czyli jeśli jest więcej niż 35 stopni, nie wolno jechać. Chociaż tam 'nie wolno' i tak nie ma za dużego odzwierciedlenia w rzeczywistości - 5 euro wrzucone do kieszeni inspektora rozwiązuje problem nawet najgorszego przewinienia. Ale o tym później.
Jedziemy przez piękne góry, drogą, która autostradą jest tylko z nazwy. Mimo że w tych miejscach nie wolno spacerować czy zatrzymywać się, Bułgarom nie przeszkadza to by w każdą niedzielę organizować tam skoki na bungee. Często przyjeżdża wtedy policja. Ale też w celach rozrywkowych.
A oto zdjęcie zza szyby, czyli kolejne robione na szybko. Bułgarskie jezioro (wszystko fajnie, ale dlaczego ludzie kąpią się tam z krowami?!)


Zostajemy dowiezieni do obwodnicy sofijskiej, czyli przejeżdżamy mniej więcej połowę kraju. Po drodze dowiaduję się, że dotarliśmy tu szybciej stopem, niż panowie ciężarówkami. Dostajemy propozycję noclegu na parkingu strzeżonym, ale jako że jest jeszcze odrobinę widno uznajemy, że 'dzięki, ciśniemy dalej Bułgarię'. Nie jest to mądre, bo za chwilę robi się ciemno i pierwszy raz zostajemy uznani za parę dziwek. Dziękujemy za złożoną propozycję i zaczynam się śmiać z miny Michała (tak, na niego też mieli ochotę!). Szybko nadjeżdżają nasi wybawcy, czyli młode małżeństwo. Uprzedzamy po bułgarsku że jesteśmy spłukani, choć to chyba głupie mówić coś takiego kierowcy jeepa sprowadzonego ze Stanów.

Rozmawiamy po angielsku i robimy raczej dobre wrażenie, bo zostajemy wywiezieni dużo dużo dalej, niż mieliśmy być. Zatrzymujemy się na stacji benzynowej i wypisujemy pamiątkowe pocztówki z Polski. Po drodze wspomnieliśmy, że nie mamy rzeczy niezbędnych do życia, więc nasz kierowca wyjmuje z portfela... 10 bułgarskich lewów. Miały być 'na kawę', ostatecznie zostają wydane na inną używkę. Pracowników stacji udaje nam się przekonać, że turyści rozkładający obozowisko przy samym wejściu nie są dziwni ani groźni, dlatego pozwalają nam na kąpiel w umywalkach, a na koniec dają wrzątek na zupki chińskie. Po kolacji przenosimy się jednak i ostatecznie nasz nocleg prezentuje się tak:


Z założenia każdemu przysługuje po 2,5 godziny snu. Ostatecznie usypiam w połowie swojej warty i budzimy się dopiero rano. Pracownicy stacji zdążyli nas już chyba polubić, bo od razu podchodzi do nas Czech, który siada obok i zaczyna rozmowę. Żegnamy się z uśmiechem na twarzy, jeszcze raz korzystamy z w miarę czystej wody w łazience i ruszamy w dalszą drogę.

Dzień trzeci.
Jedyny moment z całej wyprawy którego naprawdę nie pamiętam to złapanie pierwszego stopa tego dnia (mój mózg nie funkcjonuje poprawnie przed południem). Mimo niewyspania z bułgarskim kierowcą ciężarówki odbywam swoją najbardziej zaawansowaną rozmowę w języku włoskim, a Michał od tamtego momentu postanawia nauczyć się chociaż kilku słów - do dzisiaj zamiast 'w prawo' powie 'a destra'. :)

Po drodze mamy postój na kąpiel auta i robię kilka potwornie ciekawych i artystycznych zdjęć:

 Przerwa w piciu wina dla pracowników myjni, czyli czas do roboty!
 Nie zdążyłam zrobić zdjęcia górom, więc wstawię zdjęcie niczego:


Zostajemy dowiezieni do okolic Kulaty czyli miejsca, z którego czuć Grecję, niemalże widać przejście graniczne, upał roztapia ostatnie konserwy a na stacji obok zatrzymują się busy wywożące panie lekkich obyczajów (były tak brzydkie i grube, że mogły się podobać tylko w Niemczech!). Długo próbujemy coś złapać i naprawdę tracę już wiarę w ludzi, zwłaszcza gdy po 45 minutach zatrzymuje się taksówkarz i na pytanie 'Greece?' odpowiada '10 euro'.


I my w Grecji mamy kryzys.
Musiałam zrobić naprawdę żałosną minę, bo po dwukrotnym 'no money' kierowca macha ręką i każe nam wsiadać. Dostajemy więc podwózkę 100km za darmo + mapę Grecji, bez której do morza chyba w życiu byśmy nie dotarli. Docieramy do 'dużej drogi' która faktycznie jest duża, ale nic na niej nie jeździ. Stojąc w pełnym słońcu i umierając z braku wody postanawiamy złapać cokolwiek - i wtedy zatrzymuje nam się dziwny, stary rumuński kierowca tira. Podbiegam ze swoim słowniczkiem i dostaję słowotoku - przedstawiamy się, mówimy skąd dokąd jedziemy, że nie rozumiemy po rumuńsku i nie znamy tego języka i czy możemy z nim jechać gdziekolwiek. W odpowiedzi zostaję zabita tępym spojrzeniem i zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle coś z tego zrozumiał. Szybko wsiadamy i jedziemy w nieznane, a z czasem problem naszego kierowcy wychodzi na jaw. Zaczyna do nas mówić w swoim języku i na każde zdanie odpowiadam uparcie, że niczego nie rozumiemy. W efekcie rozstajemy się kilka kilometrów dalej, gdyż pan skręca w kierunku Bułgarii - okazuje się że jest zły, że robimy sobie z niego żarty. Przecież powiedziałam do niego po rumuńsku aż 5 zdań, musimy być z Rumunii!

Zaczynam wątpić w to, że kiedykolwiek zobaczymy Morze Egejskie. Ponownie ustawiamy się przy trasie do Serres, kiedy na horyzoncie pojawia się policja. Na szczęście mówią po angielsku więc wykładamy całą sprawę i zostajemy wzięci za szaleńców (kto normalny jeździ stopem z Polski na południe Europy?). Każą nam wsiadać, a z moim szczęściem do policji jestem więcej niż pewna, że faktycznie, mamy podwózkę do Serres. Prosto na posterunek.

Prześlij komentarz

.