Rumuńskie obawy rozwiane - Grecja, część 1.

Trzecia wyprawa za granicę, czyli podróż do Grecji (z której właśnie wróciłam) rozpoczęła się... w piątek trzynastego. I kiedy sobie to uświadomiłam, było już za późno na odwrót. Jak się jednak okazało, szczęście nie opuszczało nas na krok. Pomijam uniknięcie Inspekcji Ruchu Drogowego, kiedy w kabinie ciężarówki siedziało za dużo osób (to znaczy my!). Nawet nie wyobrażacie sobie ile adrenaliny dostarcza widok takiego inspektora, który wychodzi na drogę i ściąga do kontroli tylko tira jadącego przed nami, nie nas. Ale to tylko przedsmak emocji z całej podróży.


Już raz próbowałam dostać się do Grecji, a w efekcie wylądowałam na południu Włoch. Inspiracja do wyjazdu? Wpis na Facebooku mojego znajomego, którego widziałam raz w życiu: jedźmy gdziekolwiek, jak najdalej stąd!


piątek, 13 lipca 2012
Do granicy docieramy w mgnieniu oka. Pogoda pozostawia wiele do życzenia - oby w Grecji było cieplej!


Słowacy nas chyba nie lubią.
Chociaż my akurat trafiliśmy na miłych. Może po prostu nie wiedzieli, że jesteśmy z Polski? Coś w tym musi być, bo gdy komuś powiemy skąd jesteśmy, odwraca się tylko i delikatnie krzywi. Jakoś sobie musieliśmy na to zapracować, ale spokojnie, postaram się łamać stereotypy. Tak czy siak przejście graniczne wybrałam wręcz beznadziejne - Łysa Polana, pierwszy dzień podróży, deszcz, ruch na drodze prawie zerowy. Miejscowy mędrzec pachnący tanim winem pomaga nam odszyfrować stary rozkład jazdy autobusów, choć i tak wydawanie nawet 2 euro jest dla mnie mało ciekawą opcją. Oczywiście w najmniej odpowiednim momencie, to znaczy kiedy przebieram się i stoję raczej rozebrana niż ubrana, Michałowi udaje się coś złapać - szybko zakładam spodnie i mokre, zimne buty, na skarpetki niestety czasu zabrakło. Wbiegamy do dostawczaka i odbywamy uroczą, iście słowiańską rozmowę - pan mówi po słowacku, my mówimy po polsku. I wszyscy są zadowoleni, każdy każdego rozumie.

Jedziemy zaledwie kilka kilometrów, ale odzyskujemy nadzieję. Kolejny przystanek autobusowy jeszcze bardziej przypomina idealne miejsce na nocleg (jest już godzina 20). Drewniany, zadaszony, a przede wszystkim suchy. Powoli przygotowujemy się do rozbicia obozowiska, gdy nagle pojawia się konkurencja. Wzmożony ruch ludzi bezdomnych (a przynajmniej tak wyglądających) daje nam do zrozumienia, że chyba zajęliśmy komuś legowisko. I w tym momencie zatrzymuje się kolejny dostawczak. Na... rumuńskich tablicach.


Bune dimieniaca, unde merdżets?
Największą radość sprawia mówienie w języku, którego się nie zna. Wyjmuję szybko moje małe autostopowe rozmówki, rozbudowane aż do 20 zdań. Standardowo: 'dzień dobry, nie mówię po rumuńsku, nie znam rumuńskiego, dokąd pan jedzie?'. Problem pojawia się wtedy, kiedy do rozmówcy nie dociera, że nie znasz jego języka (no przecież pytamy go o tyle rzeczy po rumuńsku, jak to go nie znamy?!). Sytuacja powtórzyła się kiedy byliśmy już w Grecji, tyle że wtedy kierowca obraził się na nas, że go okłamujemy. W kółko mówił oburzony, że jesteśmy Rumunami i robimy sobie z niego żarty. No ale o tym później.

'Którędy jedzie pan na Węgry?' - pan nie wie. Pokazuje nawigację i uśmiecha się tylko mówiąc, że cel podróży to Timişoara. A przez jakie miasta, to on sam nie wie, po co ma wiedzieć. Krótka narada, zaraz po niej zasypiam. Mamo, jadę do Rumunii. Tak, do tej Rumunii, którą chciałam ominąć. Nie jestem rasistką, ale chyba zjedzą nas Cyganie.

Dopiero na przejściu granicznym między Węgrami a Rumunią uświadomiłam sobie, że jest tu całkiem dziko i pewnie niebezpiecznie. Jakby nie patrzeć 900 km w jeden dzień to wynik całkiem niezły - o 5. rano byliśmy już w Timişoarze - poinstruowani po rumuńsku jak mamy iść, wręczyliśmy kilka 'polskich pocztówek wdzięczności' i rozpoczęliśmy nasze gubienie się. Pytanie o drogę straciło sens, bo wśród klasy robotniczej jeżdżącej do pracy przed świtem język angielski chyba nie jest popularny. Mimo wszystko udaje nam się spotkać przesympatyczną kobietę w średnim wieku, która szprecha w obcym dla mnie, ale nie dla Michała języku. Po niemiecku tłumaczy, że najpierw jeden trolejbus, później drugi, a w ogóle to najpierw trzeba do niego dojść. Znowu mi się to nie uśmiecha, komunikacja miejska jest dla frajerów.

Gdy znajdujemy się na przystanku, widzimy naszą nowo poznaną koleżankę. Wybiega po nas szybko i zanim udaje mi się powiedzieć słowo 'bilet', już siedzę w środku. Tak, jeżdżę autostopem tysiące kilometrów, czasem podróżuję sama i można powiedzieć: 'o, taka jest dzielna!' A mimo wszystko panicznie boję się mandatów, niestety mam wrodzony dar do zbierania ich. Jedziemy kilka przystanków i uświadamiamy sobie, że z buta ciężko by było pokonać taki odcinek. Oczywiście to dopiero połowa podróży, zaraz czeka nas przesiadka.
Szybkie mycie na stacji, znam już kilka zwrotów w tamtejszym języku! Pamiątkowe zdjęcie z radosną miną pod tytułem 'Boże, jak śmiesznie, zgubiłam się w Rumunii!'



Nu am bani. Czy podwiezie nas pan za darmo?
Jadąc gdziekolwiek zabieram ze sobą zeszyt, w którym mam jedno jedyne zdanie w 10 językach: nie mam pieniędzy. Uwierzcie mi, to najważniejszy element przygotowań do wszystkich podróży!

Wbrew powszechnej opinii, że Rumunia to bieda i złodziejstwo, ludzie są naprawdę mili i bezinteresowni. Spacerując między przystankami pozwoliłam sobie na zrobienie aż jednego zdjęcia. Mało na nim widać, niestety poskąpiono mi talentu zarówno do robienia zdjęć, jak i ładnego i spójnego pisania.


Trolejbus numer 11. Grzecznie wchodzę do pojazdu komunikacji miejskiej i pytam, czy możemy jechać za darmo, bo nie mamy pieniędzy. W Łodzi taki numer skwitowano by - w najlepszym wypadku - ironicznym śmiechem. Natomiast nasz pan kierowca zaprasza do środka po angielsku (!), a gdy dowieduje się, że musimy się dostać do Grecji, robi tabliczkę z napisem 'Lugoj' [nasz następny cel] - i każe mi kolorować wykonane przez niego literki.


Prawdziwi biznesmeni jeżdżą do pracy stopem!
I nie tylko oni. Ludzie starsi, młodsi, bogaci, biedni. I taki widok czeka nas w miejscu, w którym wysiadamy. W Rumunii autostop to coś normalnego, na każdym przystanku znajdzie się ktoś z wyciągniętym kciukiem, a i czekać nie trzeba długo. Oczywiście nic za darmo - kierowcy traktują to jako dorabianie do paliwa, a pasażerowie - dość tanią taksówkę. Z perspektywą targowania się i żebrania o darmową podwózkę wyciągam rękę i czekam.

A reszta jak znowu będę miała problemy ze snem. Ahoj!

Prześlij komentarz

.