Gdzie zaczyna się Azja? (część 4)

16. lipca 2013, wtorek.
Dzisiejszy dzień to druga i ostatnia szansa dla Bułgarii - jeśli nie teraz, to już nigdy się do niej nie przekonam. Siedzimy więc przy pustej drodze, machamy polską flagą i ze znudzeniem oczekujemy na cokolwiek, co jest w stanie przewieźć nas chociaż kilka kilometrów w stronę Turcji.

Niestety, kiedy ja daję kolejną szansę Bułgarii, ona odpowiada deszczem i nalotem brudnych, niemiłosiernie cuchnących psów. Cierpliwie znosimy wszystkie te upokorzenia i przyglądamy się Bułgarom, którzy dobre pół godziny uwieszają się na płotach swoich domostw i obserwują nas. Nasza obecność to chyba dla nich największa atrakcja tego tygodnia. To dopiero jest życie!


Po godzinie dwunastej ktoś się nad nami lituje. Dalsze łapanie chyba nie mogło być gorsze, niż to dotychczas, bo w moim pamiętniku zostawiłam puste strony. Jedyny napis - 'Bułgaria syf.' - przypomina mi tylko ostatnie chwile przejazdu przez ten piękny kraj. Jak na złość zaczyna lać, a nas wysadzono kilka kilometrów przed granicą. Nie ma sensu łapać stopa, to oczywiste - nikt nie zabierze obładowanych ludzi, którzy przypominają szmuglerów. Spacer do granicy wspominam najgorzej, bo jest ciężko, mokro, a moja nieśmiertelna parasolka gubi ostatnie druty i wygina się na wietrze. Upalna Bułgaria, psia mać! Filmuję życie biednej, brudnej wsi - dzieci myjące się w fontannie, świnie ganiające gęsi na ulicach i oczywiście miejscowych pijaczków.


Po drodze zatrzymuje nas bułgarska policja, która najwyraźniej bardzo chce zabrać nasze paszporty i oddać je z powrotem za kilka euro. Interes życia! Funkcjonariuszy oczywiście wyśmiewamy, a Kuba informuje ich, że znamy te marne sztuczki. Grożąc wezwaniem wsparcia, wymuszają na nas pokazanie dowodów - i tak na nas nie zarobią.
Kto ich wpuścił do Unii?!


Nareszcie w domu.
Widok Kapıkule - przejścia granicznego Bułgarii z Turcją - znowu sprawia, że się rozpływam. Wcześniej byłam tu dwa razy i delektowałam się wtedy niby zimowymi, ale przyjemnymi i ciepłymi promieniami słońca. Dziś nie może być inaczej - podrzuceni tu przez bułgarskiego tirowca z radością odkrywamy, że ta granica jest nie tylko granicą dwóch państw, ale też linią między brzydką pogodą, a wiecznym słońcem. Magia.

Dopiero tutaj czuję, że zaczyna się nasza przygoda. Co prawda w Stambule już byłam, ale na zawsze ten moment będzie dla mnie początkiem kolejnego etapu. Tego właściwego. Tego, gdzie coraz szybciej kończy się europejskość, znana mi religia, znane mi obyczaje. I krajobraz.

Przekraczam granicę na starej wizie i paszporcie ze zdjęciem z podstawówki, co niezbyt podoba się celnikom. Teraz wyglądam nie lepiej, mam na sobie mokre ciuchy, jestem zmęczona i głodna, z bagażu nie ubył ani kilogram - ale i tak idzie mi się lżej, mam wrażenie, że plecak nic nie waży.  Czuję się tak, jakbym wróciła do domu po półrocznej podróży. Dostrzegam dobrze znany mi meczet - pierwszy meczet, który widziałam w życiu. Meczet, pod którym prawdopodobnie podczas swoich podróży wysiedziałam się najdłużej. A za meczetem - chylące się ku horyzontowi słońce. Różowo-fioletowe niebo.
I te cholerne komary! A miało ich tutaj już nie być.


'Welcome to Turkey, my friends.'
Jest i on! Nie mogłoby go zabraknąć. Młodego taksówkarza z granicy kojarzę już z poprzedniej wyprawy - on mnie chyba nigdy nie zapamięta. Nie szkodzi. Wystarczy, że zna kilka słów w języku angielskim i że zawsze proponuje mi pomoc. Oczywiście najpierw jest to namawianie na taxi, ale jak już widzi, z kim ma do czynienia, to po prostu oferuje schronienie w kanciapie, lub częstuje herbatą. Napalona na turecki czaj, którego nie piłam prawie pół roku, otrzymuję kubeczek coca-coli. No cóż, liczy się gest.

Moja trauma do przejazdu przez Stambuł nigdy nie minie. Podejmujemy więc odważną decyzję, że 'nie ma co się pieprzyć po 200 kilometrów, jedziemy prosto do Ankary'. Złapanie takiego stopa to jak wyjadanie oliwek z sałatki greckiej. To jak podziękowanie za czwórkę z kolokwium, bo chce się je poprawić na piątkę. A tak na serio, to jest to po prostu kilkugodzinne siedzenie na chodniku i dziękowanie co 5 minut kierowcom, którzy jadą 'tylko' 200 kilometrów.


Komary, komary. Komarów całe chmary.

Robi się ciemno. Zimno.

Wyciągnę śpiwór i karimatę. Tak będzie wygodniej siedzieć.

Siedzieć?...

To może... poleżeć?

(chwilę później zmieniliśmy napis na 'Ankara')

'Emilka, nie śpij'
'Nie śpię. Czuwam.'
(...)

Ktoś mną szarpie. 'Emilka, wstawaj, jedziemy do Ankary!'
Chowam twarz do śpiwora i staram się nie słuchać. Nienawidzę, gdy ktoś mnie budzi. Kiedyś wylano na mnie butelkę zimnej wody, żebym wstała. Burknęłam wtedy do mojego oprawcy, że go nienawidzę - i szczelniej otuliłam się mokrym śpiworem. Tym razem było trochę łatwiej.

'Emilka, JEDZIEMY DO ANKARY. Wstawaj albo jadę bez ciebie'

To chyba jednak nie żart. I nie sen. Szybko zbieramy klamoty i wskakujemy do tureckiego tira. Jest po pierwszej w nocy.



17. lipca 2013, środa.
Husajn będzie naszym autostopowym ojcem przez najbliższe 700 kilometrów podróży. Nigdy w życiu nie spotkałam i pewnie nie spotkam czegoś podobnego - turecki kierowca ciężarówki, który mówi trochę po angielsku! I do tego ma najbardziej imponujący paszport, jaki kiedykolwiek widziałam. Wizy i pieczątki na każdej stronie. Kraje do których jeździ? Czasem Rosja, czasem Kazachstan. Ale częściej Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska.


Teraz Husajn wraca z Moskwy - jedzie już cztery dni i przez ten czas spał w sumie... 3 godziny. Ta informacja stawia nas na równe nogi. Jest czwarta rano, przejeżdżamy właśnie przez Stambuł. Wszystkie ciężarówki 'migają' do siebie światłami i trąbią. Dlaczego? Ano dlatego, że tu każdy jeździ bez snu i trzeba się nawzajem budzić. Nie ma ograniczeń czasu jazdy, nie ma kontroli. W takim tempie przejedziemy Turcję dość szybko, oczywiście z odpowiednią dawką adrenaliny, kiedy będziemy o włos od wjechania w barierki.

Nasza specjalność - zagadywanie śpiących kierowców, coby nie robili nas na drzewie. Czasem wychodziło nam to komicznie, biorąc pod uwagę barierę językową (ogrooomną barierę!). Czasem kończyło się na desperackim 'Achtung! Achtung!' - kiedy łapaliśmy pobocze. Mimo wszystko z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że prawdopodobnie ocaliliśmy kilka żyć, a z pewnością wiele ciężarówek przed rozbiciem - zwłaszcza w drodze powrotnej. Ale o tym później.

Przejazd przez Stambuł to prawie dwugodzinne śmiganie autostradą (jedno z największych miast na świecie, w którym udało mi się zgubić). Po kilku godzinach jazdy zjeżdżamy na parking. Husajn kilka sekund po wyjęciu kluczyków ze stacyjki już śpi, a my czekamy 3 godziny na dalszą podróż. W tym czasie czas na upragnioną, poranną toaletę i ogólne rozeznanie w terenie - co jak co, ale za Stambułem jeszcze nigdy nie byłam.


Przed restauracją zostawiamy plecaki. Jest siódma rano, więc chyba nikomu wadzić nie będą. Od razu przybiega kelner, który na hasło 'autostop Polska-Gruzja' zaczyna wariować ze szczęścia i podziwu. Nazwani jego 'przyjaciółmi' wypijamy kolejne szklaneczki darmowej herbaty i prowadzimy konwersacje polsko-tureckie, z których właściwie nic nie wynika. Ach ta łatwość nawiązywania przyjaźni w Turcji!


To gdzie zaczyna się ta Azja?
Znaki na Moście Bosforskim mówią, że już w Stambule. Ja tam w tym mieście nie zauważyłam żadnej różnicy między częścią europejską a azjatycką. Długo zastanawiałam się, jak daleko na wschód trzeba pojechać, żeby zobaczyć coś... dziwnego. Coś co sprawi, że w końcu poczuję się tak, jakbym była całkiem daleko. Bo budki z kebabem, to mam w Pabianicach. Turków widzę codziennie na swojej uczelni, a meczety w Europie to już nic szokującego.

A więc moim zdaniem Europa kończy się tam, gdzie kończą się 'nasze' ubikacje. Tam, gdzie nawet w najlepszej restauracji, w toalecie zastanie nas dziura w ziemi i kranik, zamiast papieru. Z fascynacją wkradam się do muzułmańskiej łaźni i przebieralni, która wyłożona jest orientalnymi dywanami i zdobionymi lustrami. Maskuję kamerę i z satysfakcją dziecka, które wdarło się do zakazanego miejsca, zwiedzam kolejne pomieszczenia, zbierając materiał do filmu pt. 'Mamo zobacz, jak tam jest dziwnie'.

Gdy wracam, czuję na nogach spojrzenia wszystkich ludzi dookoła. No tak, długie spodnie! Zakryte ramiona, może i cała twarz; a w ogóle to najlepiej, gdybym nie wychodziła z domu. Za Stambułem nie ma zmiłuj. Nie ma, że turystka. To nie Europa. Jak jest 20 stopni, to jeszcze okej. Ale jak pojadę do Trabzonu i będzie 40, to umrę z gorąca. Różnice kulturalne są fascynujące, dopóki niczego ci nie narzucają. Z chęcią pojechałabym do Iranu. Ale smażyć się w czarnych szatkach, przestrzegać prawa i nie pić alkoholu? Nie, dziękuję...

Młodziutka osiemnastolatka z różowym hidżabem jest mną zafascynowana. Jasne oczy? Włosy? Skóra taka blada. Rzadko tu tacy się zatrzymują. I to bez własnego auta? Co to za śmieszne cięcie? GRZYWKA? CO TO JEST GRZYWKA? Nie mamy za bardzo się jak dogadać, ale dziewczyna jest niesamowita. Mogłabym nawet powiedzieć, że się zakochałam - gdyby nie fakt, że to któraś tam żona jakiegoś starego Turka.

Prześlij komentarz

.